Kawałek sklejki

20 minut czytania

/ Sztuka

Kawałek sklejki

Rozmowa z Beatą Bochińską

W PRL-u tonęliśmy w błocie, bo nie mieliśmy porządnych chodników, ale piliśmy kawę z porcelanowych, ręcznie robionych filiżanek, zaprojektowanych przez świetnych artystów. Na południu Europy projektanci pracowali z myślą o zamożnych, a Polska – dla przeciętnego odbiorcy. Po wojnie trzeba było wyposażyć miliony mieszkań

Jeszcze 5 minut czytania

MONIKA STELMACH: W swojej książce zachęca pani do pokochania dizajnu, Marcin Wicha pisał niedawno jak dizajn kochać przestał. Kto ma rację?
BEATA BOCHIŃSKA: Obie książki mają na celu uzmysłowić, jak bardzo ważny jest dizajn i jak nie wolno lekceważyć projektowania, bo ma ogromny wpływ na nasze codzienne życie. Z Marcinem Wichą różnimy się jedynie kwestią metody i podejścia do tematu: ja pokazuję dobre przykłady, które nas otaczają od lat, a które przestaliśmy widzieć i doceniać; a Wicha skupił się na ciemnych stronach wzornictwa. Nie kwestionuję, że istnieje wiele złych projektów, ale namawiam do przyglądania się temu co nas otacza i wybieraniu dobrych, przemyślanych wzorów, zamiast bezmyślnej konsumpcji. Nasze książki uzupełniają się. 

Czy większość Polaków wciąż nie kocha dizajnu?
Polacy dopiero się go uczą. Szereg lat nie wiedzieliśmy nawet, że meble, porcelana i tkaniny są projektowane przez twórców wykształconych na uczelniach artystycznych. Ale kto miał to ludziom powiedzieć, skoro na historii sztuki do dziś nie uczy się historii wzornictwa przemysłowego. Zaczynamy dizajn odkrywać w sensie masowym, bo oczywiście nieliczni specjaliści i kolekcjonerzy robili to wcześniej. Następuje to właśnie teraz, między innymi pod wpływem międzynarodowego trendu tzw. mid century modern, który wprowadził do znanych galerii liczne obiekty produkowane masowo, a dobrze zaprojektowane w latach 50. czy 60. Ta moda spowodowała zainteresowanie architektów wnętrz, galerzystów, blogerów.
Kiedy myślałam nad tytułem książki, to okazało się, że my nawet nie mamy jednoznacznie ugruntowanego słownictwa związanego z projektowaniem. Rozważałam użycie polskiego określenia, czyli „wzornictwo przemysłowe”. Tylko kto by sięgnął po publikację „Zacznij kochać wzornictwo przemysłowe”? Może garstka znawców. A tę książkę pisałam dla czytelnika, który dopiero zaczyna interesować się tematem. „Dizajn” brzmi lepiej, nie kojarzy się z produkcją i przemysłem, tylko dobrze zaprojektowanymi przedmiotami codziennego użytku, stylowymi, a jednocześnie przemyślanymi. Przedmioty masowego użytku wiele lat przez historyków sztuki były uważane za rzecz gorszą; tylko ręcznie wykonane, unikatowe obiekty uznawali za dzieło warte uwagi.

Pani się z tym nie zgadza?
Kompletnie się z tym nie zgadzam, ponieważ w odniesieniu do sztuki współczesnej to archaiczne myślenie. Dziś już wiemy, że meble czy porcelana wypuszczone w 500 tysiącach egzemplarzy bywają lepiej zaprojektowane i więcej warte na rynku kolekcjonerskim niż limitowane, ale nieciekawe serie. Poza tym, często znacznie prościej jest zaprojektować przedmiot unikatowy niż funkcjonalny, produkowany w wielkim nakładzie, który będzie obiektem pożądania wielu osób.

Pisze pani, że dizajn jest pełnoprawnym elementem rynku sztuki.
Muzeum of Modern Art w Nowym Jorku ma jedno piętro dedykowane tylko wzornictwu, w Corning Museum pod Nowym Jorkiem znajdziemy kolekcję szkła, w tym użytkowego, z całego świata. Przeróżnych, fantastycznych placówek kultury zajmujących się wzornictwem przemysłowym jest bardzo dużo od londyńskiego Design Museum po Design Museum Holon w Tel Awiwie. Polska jest pod tym względem białą plamą na mapie zachodniego świata. A przecież nie pomniki i polegli bohaterowie, ale sztuka buduje dziedzictwo kulturowe. Przy czym jakieś 90 proc. społeczeństwa w Polsce nie ma do czynienia z żadną sztuką poza użytkową, którą posiada we własnym domu, pod warunkiem oczywiście, że jest dobrze zaprojektowana. No więc gra jest warta świeczki. Tymczasem na naszych oczach dobre wzory wystawiane są pod śmietniki w ramach wymiany pokoleniowej wyposażenia domów po rodzicach i dziadkach.

Beata Bochińska

historyczka sztuki, w latach 2006–2012 szefowa Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Autorka raportów i książek poświęconych dizajnowi. Kuratorka międzynarodowych wystaw sztuki użytkowej i jurorka konkursów projektowych. Jesienią 2016 roku ukazała się jej książka „Zacznij kochać dizajn. Jak kolekcjonować polską sztukę użytkową”.

Dlaczego w Polsce nie mamy muzeum dizajnu?
Nie mamy nie tylko muzeum dizajnu, ale nawet działu ze stałą, przekrojową ekspozycją. Muzeum Narodowe w Warszawie otrzymało kilkanaście tysięcy obiektów po zlikwidowanej wzorcowni IWP, które leżą w magazynie. Za unijne pieniądze wybudowaliśmy dziesiątki nowych instytucji kultury, w tym muzeów, niektóre nawet nie posiadają własnych zbiorów. Ale żadna z nich nie wpadła na to, żeby wyspecjalizować się w dizajnie.  Dzieje się tak, bo w muzeach najczęściej są zatrudnieni specjaliści od malarstwa wszystkich stylów oraz epok i ani jedna osoba od wzornictwa. W przemysłowym kraju, jakim była i nadal jest Polska, historycy sztuki wolą pisać książki o Leonardzie, chociaż mamy jeden jego obraz w Polsce, albo o Kandinskim, którego nie mamy wcale. Zajmowanie się tkaninami, komodami czy filiżankach uznają za mało prestiżowe, co jest polską specyfiką, bo na świecie temat dizajnu jest bardzo modny i ceniony. Ale czas już skończyć z akademicką dyskusją, czy dizajn należy do świata sztuki. Należy – koniec kropka.

W dawnym hotelu Cracovia Muzeum Narodowe w Krakowie chciałoby w przyszłości otworzyć galerię wzornictwa i architektury. Na ile wypełni to lukę?
Każda stała ekspozycja dizajnu w Polsce będzie ważna. Cieszę się, że Muzeum Narodowe w Krakowie będzie tworzyło kolekcję polskiego wzornictwa. Muzeum Narodowe w Warszawie też wreszcie zapowiada otwarcie podobnej ekspozycji, na co czekamy już kilkadziesiąt lat. Potrzebujemy dyskusji i badań na temat naszych osiągnięć, interpretacji, wartościowania i prawdziwego rynku kolekcjonerskiego. Tak jak to ma miejsce na świecie. Międzynarodowe galerie, domy aukcyjne i wydawnictwa zainteresują się i umieszczą nas w swoich zbiorach lub publikacjach tylko wtedy, kiedy my sami, o siebie i u siebie najpierw zadbamy.

1. Kolekcja szkieł Beaty Bochińskiej, od prawej: dwa wazony proj. Stefana Sadowskiego, popielniczka i dwa wazony proj. Zbigniewa Horbowego, lata 60./70. XX w., Huta Szkła Sudety w Szczytnej i Huta Szkła Barbara w Polanicy Zdroju, szkło sodowe, barwione w masie; szklana figura Ryba, lata 60./70. XX w., wyrób hutniczy, szkło sodowe, barwione w masie, formowane ręcznie; popielniczka i wazon Chusta wystrzygana, lata 70. XX w., szkło oliwkowe, formowane ręcznie. 2. i 3. Fragmenty kolekcji Beaty Bochińskiej, 2016. Fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska. 

W „Zacznij kochać dizajn” skupia się Pani na latach 50., 60., 70. i 80. Co zadecydowało o tym, że wzornictwo przemysłowe było wtedy na tak wysokim poziomie?
Złożyło się na to kilka czynników. Po wojnie zmieniły się granice Polski, w wyniku czego straciliśmy rolnicze tereny na wschodzie, ale zyskaliśmy fabryki mebli, porcelany i szkła na zachodzie, z całymi liniami technologicznymi, gotowe do produkcji. Często wybitni technolodzy nie uciekali do Niemiec, tylko zostawali w przekonaniu, że za chwilę wszystko wróci do stanu sprzed wojny. Dzięki temu szybko można było uruchomić produkcję. Do tego byliśmy samowystarczalni, jeśli chodzi o surowce, bo mieliśmy glinkę ceramiczną, drewno, piasek na szkło czy len. 

Przedmioty zdobiliśmy ręcznie. Taniej było posadzić kilka osób do malowania wzorów niż za dewizy kupować nowe maszyny. Kiedyś przyjrzałam się serwisowi do kawy z tamtych lat, który był malowany natryskowo, a potem drapany. Na jednej filiżance naliczyłam 300 pociągnięć igłą. A takich serwisów produkowano w tysiącach sztuk. Tonęliśmy w błocie, bo nie mieliśmy porządnych chodników, ale piliśmy kawę z porcelanowych filiżanek, zaprojektowanych przez świetnych artystów i ręcznie zdobionych.

Wanda Telakowska stworzyła Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Jaka była rola tej instytucji?
Olbrzymia. Wanda Telakowska była absolwentką ASP, niezwykle zdolną, wielokrotnie nagradzaną między innymi na Wystawach Światowych w latach 30. Jeszcze przed wojną dostała zlecenie z jednego z ministerstw, żeby zobaczyć, jak działają polskie uczelnie artystyczne. Chodziło o ewentualną współpracę artystów z rozwijającym się przemysłem. Objechała wszystkie uczelnie i napisała druzgocący raport. Skonkludowała, że we Francji czy Londynie powstają przedmioty projektowane dla potrzeb produkcji maszynowej, a nasi artyści w ogóle nie chcą słyszeć o takiej współpracy, uważając to wręcz za świętokradztwo. Opracowała wtedy system połączenia umiejętności artystycznych z produkcją przemysłową. Przeżyła wojnę i już w 1947 roku założyła Biuro Nadzoru Estetyki Produkcji. W 1950 roku jako drugi czy trzeci kraj na świecie mieliśmy Instytut Wzornictwa Przemysłowego, który rozpoczął współpracę z przemysłem. Dziś mamy w IWP jedną z największych bibliotek wzornictwa w Europie Środkowej, kilkadziesiąt tysięcy unikalnych pozycji. Powstające w tym okresie przedmioty produkowane masowo były niezwykle nowocześnie zaprojektowane: estetyczne, funkcjonalne, ergonomiczne i z naturalnych materiałów. To bez wątpienia było wzornictwo na światowym poziomie.

Beata Bochińska / fot. M. WolnaBeata Bochińska / fot. M. WolnaA przecież projektanci nie mieli żadnego doświadczenia, ten rynek dopiero się tworzył.
Co więcej, uczelnie nie kształciły projektantów wzornictwa przemysłowego. Malarze, rzeźbiarze, ceramicy i graficy współpracujący z przemysłem zjeżdżali do IWP, robili burzę mózgów i tak powstały pierwsze projekty. Po wojnie nie było gdzie mieszkać, więc projektanci często dostawali mieszkania służbowe przy fabrykach. Dzięki temu eksperymentowali każdego dnia i doskonale znali materiały oraz  technologię. Dzisiaj powstają działy rozwoju i developmentu, a wtedy pan Józio i pan Stasiu z produkcji siadali z Adamem Sadulskim – gadali, eksperymentowali i udoskonalali projekty. Rosenthal wprowadza jeden fason raz na kilka lat. A Sadulskiego w Mirostowickich Zakładach Ceramicznych nikt nie kontrolował, ile zaprojektował wzorów. W hutach szkła, po godzinach, za cichym przyzwoleniem dyrekcji, hutnicy robili fuchy pod okiem projektantów i tak powstawało szkło artystyczne. W latach 90. w jednej z najlepszych galerii szkła w Amsterdamie zobaczyłam przepiękne przedmioty. Na pytanie co to jest, ku mojemu zdziwieniu usłyszałam, że typowy przykład polskiego szkła artystycznego. Nie znałam tych wzorów, więc zaczęłam pytać o to naszych projektantów i okazało się, że istniał drugi obieg sztuki. Marzeniem ściętej głowy współczesnego dizajnera jest móc robić tyle eksperymentów technologicznych.

Polacy polubili ten nowoczesny dizajn?
W krajach zamożniejszych, które nie były tak bardzo zniszczone jak Polska, żeby się przebiła nowość, to najpierw musiała wyprzeć stare. W Polsce w tamtych czasach nikt nic nie miał. Wojna pozbawiła nas wszystkiego. Społeczeństwo zaczęło chłonąć te nowe wzory, bo ludzie chcieli nowoczesności i zwyczajnie nie mieli innego wyboru. Z pewnością nie byli jednak świadomi, jak dobre są to projekty.

Byliśmy krajem za żelazną kurtyną, w jaki sposób ta izolacja wpłynęła na projektowanie?
Przede wszystkim musimy zburzyć mit, że byliśmy oddzieloną od reszty świata, zamkniętą wyspą. Nasi projektanci to były wyjątkowe nazwiska z licznymi zagranicznymi znajomościami: Lubomir Tomaszewski, Ewa Zielińska, Andrzej Wróblewski i wielu innych. Telakowska do współpracy dobierała fenomenalnie zdolnych, dobrze wykształconych i obytych ludzi, którzy nie mieli żadnych kompleksów wobec swoich kolegów po drugiej stronie kurtyny. Instytut prenumerował zagraniczne pisma związane nie tylko ze sztuką, ale i życiem codziennym czy modą. W IWP były prowadzone prace badawcze nad rozwojem nowych projektów, powstawały profesjonalne briefy nazywane wtedy zamówieniem projektowym. Opisywano wymogi funkcjonalne, estetyczne, technologiczne, jakie musi spełnić dany przedmiot, urządzenie czy środek transportu. Toczyły się dyskusje.  

Czy inni z nas czerpali?
Oczywiście. Pół Europy siedziało na krzesłach wymyślonych konstrukcyjnie, a często i projektowo przez Polaków. Uczestniczyliśmy w międzynarodowych targach, Centrale Handlu Zagranicznego sprzedawały nasze produkty za granicą. Nie było pieniędzy, żeby opatentować wzory na Europę, więc każdy mógł z nich czerpać wedle własnych potrzeb. W tamtych czasach nie było też tak rozwiniętego jak dzisiaj prawa patentowego. Jan Drost, po powrocie ze stypendium w Szwecji, powiedział, że zrozumiał, że to stypendium zadziałało w odwrotną stronę. To on podsunął im pewne rozwiązania technologiczne – taka to była zaskakująca sytuacja. To działało w dwie strony, bo my też podpatrywaliśmy wzory innych. Poza tym zagraniczne firmy doskonale orientowały się, że w Polsce jest tania produkcja, więc przywozili swoje projekty, żeby u nas je produkować. A proszę pamiętać, że były to czasy przed globalizacją. Dzisiaj możemy mówić o światowych trendach w projektowaniu, wtedy były narodowe szkoły projektowania; włoska, szwedzka, niemiecka i polska. I każdy z tych krajów tworzył dla potrzeb swojego klienta.

Wazony z serii Asteroid, 1976, proj. Jan Sylwester Drost, Huta Szkła Gospodarczego Ząbkowice w Dąbrowie Górniczej, szkło sodowe, prasowane oraz polski świecznik, metaloplastyka.  2.Wazony optyczne z kolekcji Beaty Bochińskiej, lata 60. XX w., proj. Jan Sylwester Drost, Huta Szkła Gospodarczego Ząbkowice w Dąbrowie Górniczej, szkło sodowe, prasowane.  3.Figurki Sudanki, 1958, proj. Henryk Jędrasiak i para wazoników, Zakłady Porcelany Stołowej Ćmielów w Ćmielowie, porcelana malowana, szkliwiona oraz tkanina dekoracyjna Liście, 1958, proj. Danuta Poprowicz-Michno, Instytut Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie, druk na bawełnianej tkaninie. Fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska

Czym charakteryzowała się polska szkoła wzornictwa przemysłowego?
Na południu Europy projektanci pracowali z myślą o zamożnych, a Polska, podobnie jak inne kraje nadbałtyckie, dla przeciętnego odbiorcy. Po wojnie trzeba było wyposażyć miliony niewielkich mieszkań ludzi niezbyt zamożnych. A że robili to dobrzy dizajnerzy, to meble, naczynia i tkaniny były nie tylko funkcjonalne, ale i estetyczne.
Nasze produkty były produkowane z naturalnych materiałów, co dziś jest bardzo cenione. Świat zachłysnął się plastikiem, a my nie mieliśmy nowoczesnych technologii. Charakterystyczna jest też olbrzymia dbałość o wykorzystanie materiału. Produkowaliśmy często dosłownie z odpadów, co teraz jest mantrą dizajnerów.  Na Uniwersytecie Stanford otwarto nowy kierunek Design Thinking, którego założenia  są jak te wyczytane z publikacji IWP z lat 50. Dotyczą one m.in. poszanowania środowiska naturalnego czy zużycia energii  przy produkcji seryjnej. Mówi się w nich,  żeby była jak najmniejsza liczba odpadów, a jeśli zostaje odpad, to należy od razu zaprojektować przedmiot do jego wykorzystania. Dzisiaj wiąże się to z koniecznością ratowania planety, a w ówczesnej Polsce z niedoborem materiałów. W niezamożnym społeczeństwie mieliśmy zaszczepione, żeby nie marnotrawić deski i trzeba wykorzystać drewno do ostatniego wióra. Marii Chomentowskiej przywieziono z fabryki kawałki sklejki z pytaniem, czy może coś by z tego zrobiła. I przy minimalnym zużyciu materiału zrobiła fenomenalne krzesło, ergonomiczne, lekkie, proste w utrzymaniu. Projektowanie z ograniczeniami miało swoje zalety. A dzisiaj znowu jest niezwykle cenione.

Dlaczego w latach 90. dobry dizajn zaczęliśmy zamieniać na regały z płyty pilśniowej i naczynia z duraleksu?
Kiedy runął system, Polacy chcieli żyć jak na Zachodzie, zaczęli wymieniać te „źle urodzone” na „lepsze”. Nasze przedmioty wydawały się siermiężne. A przede wszystkim kojarzyły się z minionym ustrojem politycznym. Nie chcieli mieć w domach niczego, co im ten okres przypominało. Nie rozpatrywano, co nam zostało dobrego z tamtych czasów, tylko odrzucano wszystko.

Musiało minąć 25 lat, żebyśmy zaczęli doceniać rodzimy dizajn z lat 50., 60. i 70. XX wieku?
Musiało dorosnąć nowe pokolenie, które nie obarczone wspomnieniami PRL, ale umie obiektywnie spojrzeć na wzornictwo z tamtych czasów i zobaczyć tylko ciekawe, funkcjonalne przedmioty, nieobciążone traumatycznymi wspomnieniami.

Poza tym dziś te projekty znowu się sprawdzają. Młodzi często zmieniają pracę i miejsce zamieszkania. A jeśli kupują mieszkania, to raczej niewielkie, bo mało kogo stać na duży kredyt. Jak już powiedzieliśmy, są to meble projektowane z myślą o małych mieszkaniach, funkcjonalne, łatwe w montażu, w sam raz na współczesne czasy. Konsumpcyjna rzeka płynie szerokim nurtem, coraz więcej z nas rozumie, że lepiej jest mieć mniej, mniej wyrzucać, ale za to otaczać się rzeczami dobrze zaprojektowanymi, estetycznymi i ergonomicznymi. Z myślą o ekologii wolą wykorzystać już istniejące przedmioty niż kupować nowe. Wzornictwo z lat 50., 60. i 70. idealne pasuje do stylu i filozofii życia współczesnego człowieka.

Co dziś zostało z tej powojennej szkoły projektowania?
Młodzi projektanci wyrośli na glebie swoich poprzedników, uczyli się na ich wzorach. Hałas czy Kuczma projektowali dla fabryk, a jednocześnie byli wykładowcami akademickimi. Pałeczka została przekazana. Nie bez kozery jesteśmy trzecim producentem mebli na świecie, pierwszym producentem jachtów w wybranych klasach, liderem w produkcji autobusów niskopodłogowych transportu miejskiego i ekonomicznych pociągów. Robimy rzeczy nowoczesne, ale też świetnie zaprojektowane, ekonomiczne i dobrze wykończone. Dostajemy wiele nagród za projektowanie właśnie, co nie przebija się to do świadomości społecznej, ponieważ są to dość specjalistyczne branże. Wielu naszych świetnych projektantów pracuje dla przemysłu. Jednocześnie powstają niewielkie firmy, które uruchamiają niskonakładowe serie pościeli, mebli, ubrań, galanterii, wyrobów papierniczych itd. W tym roku  na przykład na warszawskich Targach Rzeczy Ładnych było 180 wystawców, z czego 120 polskich projektantów produkujących serie studyjne swoich produktów. Dizajn ma się dobrze.

Tylko czy przeciętnego Polaka stać na takie przedmioty?
Każdego stać na dobrze zaprojektowane przedmioty. Trzeba tylko nauczyć się dobrze wybierać. W zeszłym miesiącu w sieciówce kupiłam lampę w promocji za 80 zł, bardzo dobrze wymyśloną i skonstruowaną. W innej znalazłam za grosze świetne szło, tym razem szwedzkiej projektantki. Dizajnerskie już nie znaczy drogie. Ta epoka się skończyła wraz z wejściem cyfrowych urządzeń do produkcji. Umożliwiają one tworzenie krótszych i lepiej zaprojektowanych serii produktów dostępnych dla przeciętnego odbiorcy. Dzisiaj jeszcze bardziej niż w przeszłości liczy się dobry projekt, bo produkcja wyrównała się technologicznie – wszyscy mają dostęp do tych samych urządzeń cyfrowych, a nie tylko wybrane marki. Innymi słowy, każdy może wyprodukować wszystko z technicznego punktu widzenia, ale nie każdy ma dobry projekt.

Beata Bochińska.Beata Bochińska, „Zacznij kochać dizajn”. Marginesy, Warszawa,  233 strony, w księgarniach od listopada 2016.Dzisiaj już Wanda Telakowska nie stoi  na straży dobrego wzornictwa. Jak nie pogubić się w tej różnorodności?
Bardzo dobrze, że mamy wolność wyboru. Potrzeba jednak wprawnego oka, żeby z milionów przedmiotów wyłowić warte uwagi.  Jeśli umiemy dostrzec, że dana rzecz ma dobre proporcje, ciekawy kształt czyli formę, a do tego jest funkcjonalna, to nikt nam nie wciśnie ciemnoty. Ale tak długo, jak nie będziemy rozumieli, co kupujemy i czego chcemy, tak długo będziemy wracali do domu z przysłowiowymi „dwoma fortepianami, bo drugi był w promocji”, chociaż nikt w rodzinie nie gra na tym instrumencie. Warto być odpowiedzialnym konsumentem, czyli kupować mądrze, wypracować sobie własne kryteria oceny. Ale tych umiejętności nie wyniesiemy niestety ze szkoły, musimy sami sobie wyrobić oko.

Jak?
Warto odpowiedzieć sobie, co lubię: szło czy ceramikę, z naturalnych czy przetworzonych materiałów. Potrzebne jest pewne obycie, im więcej dobrych projektów obejrzymy, tym szybciej zrozumiemy, na czym polega dobry dizajn. Dlatego warto czytać. Stąd tytuł mojej książki „Zacznij kochać dizajn” – szukaj, trop, dowiaduj się, rozbudź ciekawość, złap bakcyla. Nie każdy musi być kolekcjonerem, może po prostu na użytek wyposażenia własnego mieszkania pokochać dizajn.