Lotnictwo  w procesie poznawczym
fot. K. Tórz

Lotnictwo
w procesie poznawczym

Katarzyna Tórz

Samoloty ultradźwiękowe, bezzałogowe, służące do zabijania versus pancerne samoloty-limuzyny dla najważniejszych władców świata. A to wszystko na jednym i tym samym niebie

Jeszcze 3 minuty czytania

Odwieczny ludzki sen o lataniu spełnia się od prawie stu lat – a wraz z globalnym rozwojem gospodarczym i wzrostem dobrobytu pojedynczego człowieka staje się doświadczeniem większości. Realizacja tego marzenia posiada swoje niejednoznaczne strony. Umiejętnie obrazowane katastrofy lotnicze działają na (tele)widzów jak skondensowane – upajające – dawki szoku i katastrofy.

fot. EAST NEWSRozczłonkowany powietrzny wehikuł przestaje być zwyczajnym środkiem lokomocji; przypomina raczej nowoczesne, nadludzkie narzędzie, technozwierzę wyposażone w aparaturę przerastającą zwyczajne zdolności (roz)poznawcze. Jego umysł ustanawia skomplikowana elektronika, jaźnią jest czarna skrzynka (nowa wersja puszki Pandory?), przechowująca w milczeniu tajemnice procesu – lotu. Już sam ciężar i komponenty machiny wprawiają w podziw. Banalne pytanie, które towarzyszy wielu (bezwolnym) pasażerom: jak coś takiego może utrzymać się w powietrzu? Niewiarygodne! Czy dlatego wiele osób tak silnie odczuwa specyficzną atmosferę emocjonalną panującą na pokładzie samolotu? Osiąga ona pułapy prawdziwej wzniosłości, kiedy samolot rozpędza się do startu, rozgrzewając wyjące silniki, oraz gdy miękko ląduje (czasem aprobata wyrażana jest performatywnie – przez oklaski, które z kolei budzą niesmak części pasażerów). Inna perspektywa: lotnisko. Rewir pod nieustannym obstrzałem kamer i obiektywów. Obszar podzielony na sektory – segregujące ludzi według kategorii: przylot, odlot, pasażer, oczekujący, VIP room, zatłoczona poczekalnia, przed kontrolą, po kontroli. Lotnisko jak konglomerat, system nieuwzględniający pomyłek, ludzkich strat i błędów.

Samolotowe sny

„Cały czas mam sny o samolotach. Większość czasu jestem na zewnątrz, a jeśli patrzę w niebo, widzę samolot. Niemal zawsze rozbija się on na moich oczach. Po tym, jak spada, dzwonię do rodziny i pytam, czy wszystko w porządku. Zazwyczaj dzwonię najpierw do mamy, ponieważ samolot rozbija się w śródmieściu, tam gdzie pracuje. Ten sen mam co noc. Jedyna rzecz, która mi się przydarzyła w związku z katastrofą lotniczą, miała miejsce, gdy byłam czteroletnim dzieckiem. Podczas wakacji we Włoszech nagle usłyszałam wielki huk. Kilka dni później szliśmy przez las i kawałki niewielkiego samolotu były na drzewach. Pasażerowie zginęli. Pamiętam, że mój brat wziął ze sobą do domu mały kawałek samolotu, ale wyrzucił go, gdy sprawdzali nam bagaż na lotnisku. Może to wspomnienie jest przyczyną snów?”.
[użytkownik: tania4U]

„Widzę na niebie samoloty (jumbo, black bird, mig etc.) i czuję, że mogę spowodować (mentalnie) katastrofę. Wtedy spadają i rozbijają się zaraz obok mnie. Czasami nawet jestem z tego powodu w niebezpieczeństwie, ale nigdy nie ginę. Czasami ludzie umierają, albo pojawia się ogień lub wielka eksplozja (podczas katastrofy). Mam wrażenie, że to wszystko dzieje się naprawdę. To bardzo dziwne”.
[użytkownik: ami8]

„Często mam sen, że lecę samolotem i zaczynam się rozbijać. Pikujemy w dół, ludzie krzyczą, ale ja jestem dziwnie spokojny. Zero paniki, brak podwyższonego oddechu, nic. Nie pamiętam tylko, czy śni mi się coś po śmierci. Jest uderzenie, choć czuję, że nie ma tak, że po tym nic. To powraca. Często banalnie, kiedy jest stresowo i chcę uciec. Umieram wtedy w samolocie we śnie. Niekiedy jest też tak, że widzę spadający samolot, zabijający mnie. Runie tak w ziemię i mnie w tą ziemię łup. To najczęściej działo się, jak oglądałem Teleexpress, gdzie pokazywali katastrofy. Może dlatego pozbyłem się telewizora. Ostatnio było dziwnie. Inaczej. Śniło mi się, że samolot runął w mój dom, w którym byli moi najbliżsi. Patrzyłem, jak wpada na ostro i roztrzaskuje wszystko. To gorsze niż przeżyć własną śmierć. Miałem wtedy za kilka dni gdzieś lecieć. Nie poleciałem".
[użytkownik: Tomic]

Kiedy jednak ktoś jest już w powietrzu, ktoś inny zostaje na ziemi. Ci na dole niewiele widzą – skrawek białego korpusu, w nocy migające na skrzydłach światła – później – im bliżej gruntu, coraz więcej – skrzydło, ogon, nigdy człowieka. Czy ktoś tam w ogóle jest? Okazuje się, że tak – może właśnie tę nieoczywistą obecność próbują domyśleć sny. Motywy awiacyjne występują w rzeczywistości sennej bardzo często. Przybierają różne formy i w różnych rolach występuje w nich podmiot śniący. (W tym miejscu pominiemy legendarny w psychoanalizie motyw spadania we śnie). Najczęściej jest naziemnym obserwatorem katastrofy, czasem znajduje się w środku jako bierny pasażer, rzadziej to od niego zależy przebieg akcji. Sny lotnicze bardzo często mają charakter cykliczny – u wielu ludzi przybierają formy ciągów, powracając co noc jako motyw przewodni, rodzaj obsesji. Najpopularniejsza wizualizacja: wypadek samolotu, obserwowany z dystansu, bez uczestniczenia w nim – śniący skazany na patrzenie.
Interpretacje dostarczane przez liczne senniki nie wyjaśniają, skąd wielka popularność tego wątku i dlaczego tak silne robi wrażenie. Odpowiedzi na to pytanie można szukać w psychoanalizie, jednak na poziomie codziennego doświadczenia nie wydaje się to do końca użyteczne. Może pozostaje własne przeżycie i rozważania prywatne? A może jest to – jak twierdzą niektórzy – efekt uboczny percepcji świata rzeczywistego, komunikujący treści marginalne, ale równie istotne?

Samolot, lotnisko – sytuacja ucieczki warunkowej ma w sobie niezwykłą dwuznaczność. Bardzo łatwo jest dziś wsiąść do samolotu i odlecieć w dal. Kilkugodzinny rejs w dowolnym kierunku skutecznie zakrzywia czasoprzestrzeń – od mrozu do tropiku, od straty dnia do nadrobienia kilku godzin (czas to pieniądz). Samolot to być może ostatnie miejsce, gdzie „legalnie” możemy wyłączyć telefon komórkowy i przestać istnieć. Wreszcie: daje on poczucie dosłownego oderwania się – i okazję do zetknięcia ze zjawiskami niemożliwymi na powierzchni, np. natury atmosferyczno-przyrodniczej. Niby nic szczególnego, a jednak w tych prozaicznych, często niechcianych i uciążliwych (przymusowa mobilność, praca) okolicznościach, można znaleźć się na rzeczywistym eksterytorium doświadczenia i egzystencji. Poczuć się zależnym, nieistotnym, porzucić skórę własnego życia, (p)oddając się obserwacji.

Fragment nr 1 / fot. K. TórzTerminale – miejsca oczekiwania, zamrożenia statusu. Jednocześnie sfera nadzwyczajności – procedur bezpieczeństwa, traktowania jednostki jako zagrożenia (drobiazgowe kontrole osobiste). Czasami czynności te przypominają rytuały – zdejmujemy buty jak w meczecie (przechodząc przez piszczącą bramkę bezpieczeństwa – w oczekiwaniu na akceptację siły wyższej), paski, zegarki, a nawet biżuterię. Wybebeszamy walizki i nesesery, eksponując prywatną kolekcję przedmiotów. W tej parasakralnej przestrzeni nie ma miejsca na żarty i kompromisy – dlatego wszelkie „zachowania ryzykowne” poddawane są weryfikacji i stają się często powodem interwencji. Tak było w przypadku Roberta Dziekańskiego. Podróżował samolotem po raz pierwszy w życiu, nie znając języka angielskiego. Zgubił się i przez wiele godzin oczekiwał na bliskich w terminalu w Vancouver. Ponieważ nie mógł się z nikim porozumieć, stracił psychiczną odporność i zaczął się awanturować. Funkcjonariusze policji do zneutralizowania go użyli – ze skutkiem śmiertelnym – elektrycznego paralizatora. Najwyraźniej ofiara nie znała wystarczająco dobrze kodu, jaki obowiązuje w takich miejscach.

Fragment nr 2 / fot. K. TórzJednak ci, którzy go znają, potrafią uczynić z lotniska swoje uniwersum – azyl. 49-letnia Niemka Bettina P. mieszka na lotnisku na Majorce. Ma przy sobie walizki z rzeczami, koce i towarzysza – kota. Na lotnisku Tegel w Berlinie od wielu miesięcy przebywa fińska lekarka Janna – dwa kraje spierają się o to, co z nią zrobić. Kobieta nie ma zamiaru opuszczać swojego nietypowego domu. Japończyk Hiroshi mieszkał na lotnisku w Meksyku przez kilka miesięcy; twierdził, że nie ma konkretnej motywacji, ale też nie ma zamiaru zmieniać miejsca pobytu. Przed wyjazdem z Tokio sprzątał w budynkach biurowych. Mehran Karimi Nasseri, uchodźca z Iranu, mieszkał w terminalu przylotów paryskiego lotniska Charlesa De Gaulle’a od 1988 do 2006 roku. Podczas kilkunastoletniego pobytu na lotnisku zajmował się głównie czytaniem, pisaniem pamiętnika oraz studiowaniem ekonomii. Bagaże miał przy sobie. Otrzymywał jedzenie od obsługi portu.

Być może takich historii są tysiące, a jeszcze więcej – jako niezrealizowana możliwość – pojawia się ich w głowach mas pasażerów, którzy (choć mają dokąd wracać) nie dostrzegają już w tej perspektywie niczego wartościowego. Zdefiniowane, uporządkowane życie – wartość nadrzędna współczesnego Europejczyka – przez chwilę poddawana jest rewizji i ustępuje pola tęsknocie do nieprzynależności.

Wywiad z użytkownikiem: LaOla*

Dlaczego wybrałaś latanie?
Uwielbiam latać, kocham ryk silników. Przez prawie całe życie mieszkałam obok lotniska, gdy przylatywał samolot, wsiadałam na rower i pędziłam go zobaczyć. To euforia, smak wielkiego świata, technologii, życia na walizkach, pośpiechu, lotniskowego zamieszania. Po skończonych studiach czas było pomyśleć o pracy i spełnianiu marzeń. Nigdy nie oglądałaś się za załogą samolotu na lotnisku? Teraz oglądają się za mną:)

Czy czujesz się szczególnie, będąc wiele godzin w powietrzu?
Tak, jestem zmęczona. Inaczej lata się w nocy, inaczej w dzień. To nie tylko lot z punktu A do B, jest jeszcze briefing na dwie godziny przed odlotem. To bardzo męcząca praca, właściwie po każdym locie powyżej 5h mam ochotę położyć się spać. Trzeba pić dużo wody, w samolocie jest bardzo suche powietrze, wysychają dłonie i usta.

Czy myślisz o zagrożeniach? Czy odczuwasz różnicę w porównaniu z innymi środkami lokomocji?
Każdy lot to ryzyko. Nie myślę o tym, zagrożenie jest raczej wpisane w nasz zawód. Nie boję się latać i kocham to. Czasami przy turbulencjach mam mokre plecy, ale traktuję to wszystko raczej jako abstrakcję, przecież codziennie nie trzęsie. Samolotu nie da się do niczego porównać – oszczędzasz czas i w ciągu paru godzin jesteś na innym kontynencie. To niesamowite!

Czy miewasz sny związane z lataniem i samolotami?
Nie.

Czy ludzie na pokładzie samolotu zachowują się inaczej?
W samolocie jest inne powietrze, możesz być bardziej senna i podenerwowana. Również alkohol w powietrzu działa szybciej – jedna whiskey w samolocie to tak jak 12 na ziemi. Miałam paru pasażerów, którzy bali się latać, płakali lub pili z nerwów. Zazwyczaj jednak nie zachowują się jakoś szczególnie, są zajęci swoimi sprawami, po serwisie przychodzą do tyłu, gdzie jest galley [kuchnia], aby wyprostować nogi i pogadać z crew. Albo śpią cały lot, bo wracają z Osaki i są w podroży ponad 30 godzin.

*LaOla jest stewardessą w jednej z linii lotniczych. Lata głównie na trasach transazjatyckich.

Sfera ikoniczna i wyobrażeniowa związana z lataniem oraz towarzysząca mu infrastruktura składają się z wielu elementów niewypowiedzianych i nieuświadomionych. Z czarnej skrzynki, przechowującej treści zabezpieczone, choć niekoniecznie nadające się do upublicznienia. Teoria „czarnej skrzynki” – stosowana z powodzeniem w najbardziej jak dotąd wpływowej gałęzi psychologii – behawioryzmie – zakłada, że ludzki umysł można zrozumieć tylko wtedy, gdy jego treści (uzewnętrzniające się w zachowaniach i przyzwyczajeniach)  analizuje się za pomocą badań. To, co wymyka się analizie doświadczalnej, nie nadaje się do efektywnego opisania oraz poważnego rozważania i powinno pozostać w czarnej skrzynce. Jednak kultura – zwłaszcza w wersji masowej, absorbującej moce poznawcze milionów odbiorców – skwapliwie korzysta z potencjału naszych osobistych czarnych skrzynek i używa ich treści do propagowania sytuacji progowych, transgresyjnych. Oprócz ultrarealistycznych masakr z udziałem samolotu (ikona XX wieku: samolot wbijający się jak zabawka w niewidzianej ręce dziecka w wieżowiec WTC) reprodukowanych w nieskończoność przez media po to, by w końcu stać się autotelicznym zdarzeniem estetycznym, obcujemy z progresem technologicznym, który przekracza dotychczasowe standardy. Samoloty ultradźwiękowe, bezzałogowe, służące do zabijania versus pancerne samoloty-limuzyny dla najważniejszych władców świata. A to wszystko na jednym i tym samym niebie.

Tymczasem personel naziemny w największych portach świata (zazwyczaj składający się z emigrantów) nadal skwapliwie ładuje walizki na wagoniki i przewozi je dalej tak, żeby nikt nie był zmuszony czekać zbyt długo, a sklepy bezcłowe sprzedają rekordową ilość bożonarodzeniowych prezentów – last minute. Strefa tranzytu może mieć coraz większe znaczenie: brak przyporządkowania przestrzennego, rzeczywistego kontaktu międzyludzkiego oraz sprecyzowanego celu w życiu sprawia, że terytorium niczyje staje się bardzo obiecujące. Olbrzymia rotacja ludzi, zdarzeń, danych i okoliczności otwiera nowe pole dla zdarzeń, wystarczy wchłaniać i udawać, że się nie istnieje. Dla epilogów i powtórek pozostaje sen.