Historia nawracającej samotności

11 minut czytania

/ Film

Historia nawracającej samotności

Rozmowa z Alainem Guiraudie

„Współczesne związki dają nam sporo wolności, ale jednocześnie sprawiają, że ciągle znajdujemy się gdzieś na skraju. Wystarczy jeden krok do przodu, a stoczymy się w przepaść” – mówi autor rewelacyjnego „W pionie”

Jeszcze 3 minuty czytania

MARTA BAŁAGA: „W pionie” ukazuje, ile różnych znaczeń może kryć się pod stosunkowo niewinnym pojęciem „życia rodzinnego”. Niektóre z nich wydają się dość zaskakujące.
ALAIN GUIRAUDIE: Mój film odzwierciedla debaty, które w ostatnich latach toczą się we Francji. I które wciąż wywołują sporo kontrowersji. Za każdym razem, kiedy włączysz telewizor, rozmawia się o instytucji małżeństwa, związkach homoseksualnych, rodzinach, w których kobieta samodzielnie wychowuje dziecko, matkach zastępczych. Chciałem nawiązać do tych wątków, ale podejść do nich z innej perspektywy. Każdy z nas zna jakąś samotną matkę – nie ma w tym nic odkrywczego. Dlatego też spodobał mi się pomysł, by nieco odwrócić tę sytuację.

I pokazać mężczyznę, który nie tylko musi zająć się swoim dzieckiem, ale naprawdę kocha to robić?
Tak. Zanim jednak o to zapytasz: nie wiem, czy mój film można by uznać za politycznie zaangażowany. Nie uważam się za intelektualistę i nie odczuwam potrzeby nadmiernego teoretyzowania. Także dlatego, że sam tak naprawdę nie wiem, jakie stanowisko zajmuję wobec wymienionych przez mnie kwestii. Z pewnością uważam je za bardzo ciekawe, bo pewne tematy mogą nas interesować nawet wtedy, gdy do końca nie wiemy, co o nich myśleć. Współczesne związki dają nam sporo wolności, ale jednocześnie sprawiają, że ciągle znajdujemy się gdzieś na skraju. Wystarczy jeden krok do przodu, a stoczymy się w przepaść. Tu jest podobnie.

Czy właśnie dlaczego postanowiłeś pokazać tak ekstremalne ujęcia? Myślę zwłaszcza o scenie porodu. To właśnie o niej będą pamiętać ludzie, wychodząc z kina.
Nie wierzę, że to właśnie ta scena zniechęci ludzi. Jest kilka innych, które są znacznie gorsze [śmiech]. Kiedy robię film, nie myślę o tym, czy dana scena okaże się dla kogoś zbyt mocna, czy zupełnie przesłoni resztę itd. Z jakiegoś powodu poród wciąż pozostaje w naszej kulturze tematem tabu. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, bo uwielbiam porody. Przygotowując się do filmu, obejrzałem ich naprawdę sporo.

Aż boję się zapytać gdzie.
W internecie. Jest ich tam całe mnóstwo. Nie jestem aż tak perwersyjny i nie stanowi to mojego hobby – nie robię tego każdego dnia. Ale generalnie lubię przyglądać się z bliska temu, czego najbardziej się boję. Szukam piękna, grzebiąc w śmietniku.

Boję się kobiet i tego, co mają pomiędzy nogami, choć przecież sam się stamtąd wywodzę. A poród to najbardziej cielesne z ludzkich doświadczeń. Trudno się go ogląda, bo nie da się tego w żaden sposób wygładzić: ten ból, krew… Uzmysławia ci, że dziecko to obcy – mały potwór, który bierze się nie wiadomo skąd, a jednocześnie stanowi część nas. Który jest nami. Nieprzypadkowo tylu twórców horrorów wciąż powraca do tych wątków. W tym, jak przychodzimy na ten świat, jest coś potwornego i zarazem niezwykle pięknego.

Jest w tej scenie coś, co wywołuje nerwowy śmiech. Spodziewałeś się takich reakcji?
To naturalne – ludzie zawsze reagują tak na coś, czego się wstydzą lub uważają za obsceniczne. Weźmy na przykład scenę seksu, która ma miejsce już pod koniec filmu. Pisze się o niej, że to nekrofilia, ale nekrofilia oznacza uprawianie seksu z kimś, kto jest martwy. Mój bohater nie jest martwy – przynajmniej na początku [śmiech]. Swoją drogę wydaje mi się, że trudno o piękniejszy sposób na to, by odejść. Nazwijmy to więc raczej nietypową formą eutanazji.

Alain GuiraudieAlain Guiraudie

Urodził  się w 1964 w Villefranche-de-Rouergue. Aktor, reżyser filmowy i scenarzysta. Od 1990 roku wyreżyserował 10 filmów. Duży rozgłos przyniósł mu jego poprzedni film, „Nieznajomy nad jeziorem”, wyświetlony w sekcji „Un certain regard” na 66. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, gdzie Guiraudie zdobył nagrodę dla najlepszego reżysera.  „W pionie” pokazywano w zeszłym roku w Cannes w konkursie głównym.
Zawsze cieszę się, gdy ktoś śmieje się, oglądając moje filmy. Lubię mieszać tragedię z komedią i pierwsze wersje „W pionie” miały w sobie znacznie więcej humoru. Potem film stał się poważniejszy, ale i tak nie brakuje w nim scen, które są po prostu absurdalne. Oglądając „W pionie”, można odnieść wrażenie, że to sen. Albo fatalna francuska komedia sprzed lat.

Znalazło się tu też miejsce dla pasterki owiec i mieszkającej w lesie uzdrowicielki. 
Kiedy robię film, lubię marzyć. Także o rzeczach, które nie istnieją, choć przecież nic nie stoi im na przeszkodzie. Możesz się śmiać, ale naprawdę chciałbym, żeby było więcej takich lekarzy jak ta uzdrowicielka. Lekarzy leczących nie tylko ciało, ale i duszę.

Moje filmy są oniryczne, bo kino powinno być snem. Wyolbrzymieniem rzeczywistości, włożeniem jej w nawias. Zawsze starałem się wydobyć ten aspekt i dzięki temu mogę chyba pozwolić sobie teraz na to, żeby robić to w znacznie subtelniejszy sposób. Nie muszę już się drzeć: „Uwaga! Sekwencja snu!”.

Czy miejsca, w których nakręciłeś film, pomogły ci w tym? Wydają się znajdować gdzieś poza czasem.
Prowincja Lozère ma w sobie niezwykły romantyzm. Wychowałem się na wsi na północ od Tuluzy i potrafię to docenić. Jest w niej coś biblijnego, bezpośrednio nawiązującego do czasów, kiedy ludzie stanowili jedność z naturą.

Od dawna chciałem tam coś nakręcić – po raz pierwszy przeszło mi to przez myśl 15 lat temu, kiedy pracowałem nad „Du soleil pour les gueux”. Bałem się jednak, że nie uda mi się w pełni oddać jej majestatu. Dobrze się stało, bo paradoksalnie to dopiero współczesna technologia pozwala w pełni wydobyć urodę tych okolic. Mogłem na przykład pozwolić sobie na to, żeby kręcić tylko przy świetle księżyca.


Oraz w towarzystwie wilków.
I to prawdziwych, bo to, co widzisz, to prawdziwe, oswojone zwierzęta, a nie żadne efekty specjalne! Wilki stanowią we Francji ogromny problem. Rolnicy się burzą, sporo się o tym mówi i ludzie często nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić. Nie wiedzą, czy powinni je chronić, czy może raczej wybić do nogi. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że jest to zwierzę, które odgrywa ogromną rolę w mitologii: uosabia wszystkie nasze lęki i odwieczne pragnienie wolności.

Ludzie z Lozère wierzą, że jeśli kiedykolwiek spotka się na swojej drodze wilka, należy pozostać w pionie. Spokojnie stać, a nie uciekać w panice. Tylko wtedy się na ciebie nie rzuci, tylko wtedy odczuje względem ciebie coś w rodzaju szacunku. Bardzo mi się to podoba. Interesują mnie mity i lubię, kiedy znajdują swoje oparcie w rzeczywistości.

Ciekawa jestem, co na twój film powiedziałby Roger Waters. Skąd pomysł na taką ścieżkę dźwiękową?
Biorąc pod uwagę zupełny brak zainteresowania z jego strony, pewnie nic. Chciałem wykorzystać w tym filmie konkretne utwory, które pamiętam z własnej młodości: piosenki Pink Floyd, Rolling Stonesów. Podczas montażu ciągle ich słuchałem, ale z powodu praw autorskich musiałem zacząć szukać innych rozwiązań. Nikt nie odpisywał na moje maile! Kiedy w filmie jeden z bohaterów mówi, że słucha Pink Floyd, wcale tak nie jest – to utwór napisany specjalnie dla filmu. Co nawet mi się podoba, bo wygląda na to, że ten dziad traci już trochę kontakt z rzeczywistością. Nie wie nawet, czego słucha. Kiedy skończę 80 lat, będę pewnie taki sam.

Po raz kolejny opowiadasz o ludziach, którzy może i są razem, ale i tak czują się samotni. „W pionie” przypomina czasem operę mydlaną – wszyscy śpią tu ze wszystkimi.
Nie, no nie ze wszystkimi! Czasem ktoś komuś odmawia [śmiech]. W porównaniu do „Nieznajomego nad jeziorem”, w którym rzeczywiście panowało pewne… rozpasanie, znacznie się uspokoiłem. Potrafię się kontrolować, choć rzeczywiście pokazuję w tym filmie chyba każdą możliwą kombinację. Pragnę cię, ale ty mnie nie pragniesz. Pragnę cię i ty też mnie pragniesz. Nie pragnę cię, ale ty mnie pragniesz. Wydaje mi się, że seks jest tu czymś bardzo naturalnym. Nie trzeba jechać w konkretne miejsce, żeby go znaleźć. Po prostu się przydarza.

Nie przynosi jednak ukojenia. A przynajmniej nie na długo.
Moje filmy to historie nawracającej samotności. Taki był „Nieznajomy nad jeziorem”, takie jest „W pionie”. Nie uważam tego jednak za styl, bo nasze życie właśnie tak wygląda. Latami jesteśmy samotni, potem przez chwilę dzielimy z kimś drogę, rozstajemy się i znowu jesteśmy sami.

Dziennikarze lubią to pytanie, o styl. Myślę, że w moim przypadku jest to coś, co przybiera na sile z każdym kolejnym filmem. Jako filmowiec nie poruszam się po linii prostej. Co chwilę gdzieś zbaczam, zarzuca mnie na boki. I to w coraz większym stopniu, bo „Nieznajomy nad jeziorem” był o wiele staranniej zaplanowany. Wiedziałem, co chcę w nim pokazać i jak chcę go zmontować. Tym razem zmieniałem scenariusz jeszcze w trakcie montażu. I wiesz co? Bardzo mi się to podobało.

Nie stawiałeś sobie żadnych ograniczeń?
Zanim coś znajdzie się na ekranie, trzeba przejść przez tyle różnych etapów, że po twoich początkowych zamierzeniach nie pozostaje czasem ani jeden ślad. I bardzo dobrze, bo w kinie trzeba przede wszystkim zaskakiwać – także samego siebie. Właśnie dlatego jako dziecko pasjami oglądałem filmy: ciągle szukałem czegoś nowego. Życie jest zbyt krótkie na to, żeby spędzić je na szukaniu własnego stylu. Wolę mieć kilka.

Komentarz

Jakub Socha

Jakub Socha

redaktor działu film

„W pionie”

Ten rewelacyjny film trudno do czegokolwiek porównać – jeśli się uprzeć, to można go potraktować jako wypadkową np. kina Bruno Dumonta i skeczu Monty Pythonów albo „Alicji w Krainie Czarów” i książkek Houellebecqa. Główny bohater filmu jest scenarzystą i wygląda jak młotek – brakuje mu chyba i piątej klepki, i charakteru. Na twarzy ma wypisane znudzenie. Nie wie, czego chce od życia, wie tylko, że chce przeżyć coś autentycznego, choć nie wie, czy w ogóle wierzy w autentyczność – klasyczna ponowoczesna kwadratura koła. Leo właśnie rzucił życie w dużym mieście i swoją wiekową laguną dojechał na francuską prowincję. W pierwszej scenie próbuje uwieść ładnego chłopca, który uciekł z domu, gdzie obłąkany dziadek słucha na cały regulator płyt Pink Floyd. W drugiej dobiera się do długowłosej pasterki, która pilnuje stada owiec przed watahą wilków. W trzeciej już tuli do piersi ich wspólne dziecko. Dzieje się tu aż za dużo, zdarzenia lecą po sobie na łeb, na szyję, ludzie wchodzą sobie co chwila na głowy (i do łóżek), tworzą żywe piramidy, które po chwili się rozpadają. Reżyser sukcesywnie rozbiera swojego bohatera do rosołu (metaforycznie i całkiem dosłownie). Napuszcza na niego wróżkę, producenta, bezdomnych i wilki. Konfrontuje go ze śmiercią, narodzinami, ezoteryką, wreszcie z naturą. I składa na nowo. 

Autor „W pionie” nie zna żadnej świętości i do końca trzyma fason. Wydaje się, że próbując podważyć cały świat, Guiraudie chce tak naprawdę uciec przed rozpaczą i znaleźć wreszcie jakiś stały punkt oparcia. Choć możliwe, że z tym stałym punktem tylko żartuje.