Niezbyt dobry żart
Laboratorium Frankensteina w Ząbkowicach Śląskich / fot. Mariusz Cieszewski, CC BY-NC 2.0

12 minut czytania

/ Literatura

Niezbyt dobry żart

Maciej Jakubowiak

W „Roku królika”, podobnie jak w „Ciemno, prawie noc”, Bator wysyła bohaterkę na głęboką prowincję. Jednak pisarka za nic nie interesuje się rzeczywistym miasteczkiem. Ząbkowice Śląskie stają się pustym ekranem, na który można projektować najdziksze fantazje

Jeszcze 3 minuty czytania

„Rok królika” Joanny Bator jest literacką porażką, ale porażką pokazową. Nie ze względu na nieprzekonującą fabułę, koślawe postaci czy nawet styl przechylający się w granice kiczu – choć to wszystko ma tutaj swoje znaczenie. Ważniejsze jest to, w jaki sposób pisarka, próbując zmierzyć się z pewnym językiem, sama mu ulega. A to nie tylko skutkuje słabą powieścią (nad czym dałoby się wzruszyć ramionami), ale zarazem ujawnia nasze głębsze problemy z komunikacją.

Julia Mrok, autorka poczytnych romansów historycznych, ciesząca się sławą, majątkiem i dwoma kochankami, postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie i zniknąć bez śladu. Przygotowuje się do tego profesjonalnie: przeprowadza dogłębny research słynnych zaginięć, wyrabia fałszywe dokumenty, kupuje używany samochód ze zmienionymi tablicami, myli tropy. Wątek ucieczki z życia przypomina do złudzenia ten z „Zaginionej dziewczyny” (książki Gillian Flynn czy filmu Davida Finchera) – bohaterka jest zdeterminowana, skrupulatna i przewrotna, a swoim zniknięciem chce nie tylko zapewnić sobie spokój, ale także poplątać życie swoich partnerów. Ale Bator rozwija tutaj też swoje fascynacje zaginięciami, o których pisała w „Wyspie łzie” – eseizującym dzienniku z podróży na Sri Lankę śladami zaginionej Sandry Valentine. Zresztą w tej książce opisywała także już początki pracy nad „Rokiem królika”.

Szukając bezpiecznego schronienia, gdzie nie dosięgną jej macki stolicy, główna bohaterka trafia do Ząbkowic Śląskich – miasteczka oddalonego o 50 kilometrów od Wałbrzycha. Podobnie jak w „Ciemno, prawie noc” Bator wysyła swoją bohaterkę z centrum na głęboką prowincję, z konfrontacji perspektyw czyniąc mechanizm opowieści – i tu się zaczynają problemy. Bo podobnie jak w swojej poprzedniej powieści, pisarka za nic nie interesuje się rzeczywistym miasteczkiem. Ząbkowice – czyli przedwojenne Frankenstein – stają się, tak dla autorki, jak dla jej bohaterki, pustym ekranem, na który można projektować najdziksze fantazje o polskiej prowincji. 

Joanna Bator, „Rok królika”. Znak, 480 stron, w księgarniach od grudnia 2016Joanna Bator, „Rok królika”.
Znak, 480 stron,
w księgarniach od grudnia 2016

Julia Mrok, która w trakcie swojej ucieczki przybiera nową tożsamość i nowe nazwisko – Anna Karr – nie spotyka w Ząbkowicach ani jednej osoby, która nawet nie tylko byłaby jako tako przeciętna, ale która choć trochę przypominałaby samą bohaterkę. I tak natyka się na demoniczną właścicielkę hotelu o poparzonej twarzy; i na „Dziadka Konkursowego”, który bredzi i kompulsywnie dekoruje drzewo na cmentarzu; i na Inspektora Gerarda Hardy'ego, cierpiącego na niesprecyzowany infantylizm; i na bliźniaczki nie do odróżnienia, Mariolę i Fabiolę, których ulubionym zajęciem jest odgrywanie scenek z życia przy pomocy lalek; i na chłopca z zajęczą wargą, który maluje wciąż to samo graffiti i przemawia tajemniczym językiem – i tak dalej. Zresztą same Ząbkowice również okazują się mrocznym labiryntem, który wciąga bohaterkę w swoje zakamarki i nigdy nie pozwala jej przejść po prostu z jednego punktu do drugiego. Do tego miastu grozi plaga rozmnożonych bez kontroli królików (!), podrzuconych kiedyś zza niemieckiej granicy (!!), a przepływająca rzeka regularnie wypluwa ciała małych topielców (!!!).

Wszystko jest tu dziwne, zagadkowe, wieloznaczne, pogrążone we mgle, pełne grozy – słowem: kiczowate. Nagromadzenie tych – powiedzmy w przybliżeniu: lynchowskich – atrybutów niesamowitości sprawia, że nie wywierają one najmniejszego wrażenia. Ale od stwierdzenia marnego efektu literackiego ciekawsze wydaje się pytanie o przyczyny, dla których Ząbkowice i ich mieszkańcy przekształcają się w egzotyczne cudactwo.

Taka strategia nie jest u Bator niczym nowym, w końcu Wałbrzych w „Ciemno, prawie noc” również bardziej przypomina freak show niż byłe miasto wojewódzkie. Jednak w nagrodzonej Nike powieści o coś jeszcze chodzi: o widma przeszłości, ludową religijność, molestowanie dzieci. Natomiast w „Roku królika” tego rodzaju odesłania do rzeczywistości się nie pojawiają – nie chodzi tu o jakieś społeczne problemy na tyle złożone i niejasne, że dla ich ujęcia konieczne byłoby tworzenie groteskowych figur. Prowincja przekształca się w paradę osobliwości niejako z rozpędu. Pisarka skupia się na pogrywaniu z konwencją powieści grozy, a dziwne postaci i miejsca mają przede wszystkim budować odpowiednią atmosferę.

Jednak w konsekwencji, z jaką Bator przekształca mieszkańców prowincji w egzotyczne stworzenia, daje się dostrzec pewien stały rys, który w „Wyspie łzie” pisarka nazywa „perwersyjną chęcią zanurzania się co jakiś czas po szyję w tę polską obcość-swojość nie do zniesienia, która zatruwa mi życie i bez której nie mogę żyć”. Tę dwuznaczność dałoby się chyba bardziej precyzyjnie nazwać za pomocą terminów, o których niedawno pisał Jan Sowa: populizmu i populofobii. Z jednej strony fascynacja ludem i chęć schlebiania jego gustom, z drugiej – odraza i protekcjonalizm. Tym tłumaczyłaby się ta niejasna skłonność Bator do wysyłania swoich bohaterek na prowincję tylko po to, żeby mogły tam poutwierdzać się w swojej wielkomiejskości.

W „Roku królika” ta ambiwalencja dotyczy również jednego z głównych wątków powieści: języka tabloidów. Julia Mrok oddaje się namiętnie gromadzeniu absurdalnych nagłówków z prasy brukowej: „Przerobił dziewczynę na kebab i nakarmił jej ojca, który nie zgadzał się na ślub”, „Niemieccy zoofile porywają polskie psy”, „Spaliła mu penisa w prostownicy do włosów. Sam o to prosił”. Początkowo może się wydawać, że to tylko kolejne hipsterskie hobby opierające się na ironicznym dystansie – takie głupie, że aż zabawne. Okazuje się jednak, że jest w tym coś więcej, a ironia stopniowo wyparowuje. Właśnie pod wpływem nagłówka, w którym bohaterka dostrzega sygnał od wszechświata, wyrusza do Ząbkowic. Więcej nawet: w miarę postępu narracji staje się jasne, że Julia Mrok nie tylko wierzy w nagłówki – ona nimi mówi i co jakiś czas serwuje, całkowicie serio, zdania w rodzaju: „mistrz kierownicy piał jak kontratenor, przekonując mnie, że powinnam zawrócić, z taką desperacją, jakbym była pilotką prezydenckiego samolotu nad Smoleńskiem” (o nawigacji samochodowej), „Miał na głowie obszyty futrem kaptur i różowe okulary jak warszawski gej czytający krytycznie Marksa i marzący o stypendium Fulbrighta” (o wielkomiejskiej tolerancji), „Masz piękne usta, oświadczył na to towarzyszący mi mężczyzna i moje przekonanie, że wpadłam z deszczu pod rynnę, umocniło się w tej oralnej koincydencji” (o oralnej koincydencji).

Styl narratorki „Roku królika” jest tak zły, że w trakcie lektury można nabrać podejrzeń, że to jakaś zgrywa – że Bator celowo wkłada w usta swojej bohaterki takie zdania, abyśmy zwątpili w jej opowieść. Taka hipoteza wymaga jednak – by użyć słów z recenzji Kingi Dunin – „dobrej woli czytelnika”, bo w samym tekście nic jej nie uzasadnia.

Istnieją za to dobre powody, aby taką hipotezę odrzucić. Bator konstruuje w powieści liczne granice, które mają tworzyć dystans między tym, co ironiczne, a tym, co całkiem serio. Julia Mrok porzuca swoją pracę akademicką (serio), aby pisać popularne romanse, na których może po prostu więcej zarobić (ironia). Wraz ze swoimi partnerami kpi sobie z tabloidów (ironia), by potwierdzić swoją stołeczną normalność (serio). A kiedy już w Ząbkowicach przyjmuje nową tożsamość (serio), od razu zabiera się do przerabiania dziwacznego świata na powieść (ironia). Takie lawirowanie między odmiennymi porządkami sprawia, że różnica między nimi nieustannie jest wzmacniana.

Ale jednocześnie okazuje się, że budowane przez Bator granice są niespecjalnie szczelne. Nie chodzi nawet o skądinąd zagadkową kwestię, dlaczego kobieta, która postanawia stworzyć siebie na nowo – i w tym celu zmienia swój wygląd, zachowania, a nawet wymyśla sobie nową biografię – akurat jednej rzeczy nie zmienia: profesji. Ważniejsze jest to, że choć pisany przez Annę Karr romans ma być kiczowaty i przegięty w swojej stereotypowej stylistyce, to zasadniczo nie różni się od narracji, którą snuje sama pisarka-narratorka. I tu, i tam dostajemy nieprzekonującą grozę, wątpliwej jakości styl i naciągane postaci. To, co deklaratywnie ma się od siebie różnić, na poziomie języka zlewa się w jeden rejestr. Tak jakby granica, która miała oddzielać język codziennej komunikacji od języka tabloidu, ambitną literacką narrację od literackiego kiczu – została wchłonięta przez to, co miało być tylko ironiczną zabawą. Zupełnie jak niezbyt dobry żart – że, dajmy na to, Donald Trump zostanie 45. prezydentem USA – który powtarzany zbyt często w końcu okazuje się prawdą.

W efekcie otrzymujemy literaturę, która ulega temu, co miała parodystycznie krytykować. Naśladując język tabloidu, „Rok królika” zaczyna w końcu sam go reprodukować. I to nie tylko na poziomie stylu, ale również światopoglądu. Nie jest bowiem tak – jak sugeruje w swojej recenzji Eliza Szybowicz – że „tabloidy najczęściej piszą o tym, co dzieje się na prowincji, w miejscu, którego jedynym wyróżnikiem jest to, że drży od pędzących przez nie tirów”. Brukowce nie oddają jakiejś egzotycznej prawdy prowincji, lecz same są wytworem centrum, które w prowincji znajduje doskonały ekran dla swoich rojeń o inności. A pod tym względem i tabloidy, i powieści Bator realizują tę samą strategię.

O tym, jakie skutki może przynieść nieumiejętne pogrywanie ze stylami, nad którymi się nie panuje, może świadczyć porównanie, które „Rok królika” prowokuje – z Gombrowiczem. W powieści Bator pojawiają się wyraźne nawiązania do „Kosmosu”, ale zasadniczym punktem odniesienia okazuje się „Ferdydurke”, która dostarcza wzoru opowieści o ucieczkach. Jak Józio ze swojego trzydziestaka zostaje wciągnięty w konwencję szkoły, tak Julia Mrok porzuca swoje ustatkowane życie, by zderzyć się z innym światem. I jak w powieści Gombrowicza, tak i tu okazuje się, że tożsamość jest efektem negocjacji z innymi i z językiem, a ucieczka staje się możliwa tylko za sprawą przechytrzenia dotychczasowej konwencji. Jednak o ile Gombrowicz zderza ze sobą najróżniejsze style: szkolny, modernizacyjny, szlachecki, filozoficzny i sportowy, aby odsłonić ich opresyjny i redukcyjny charakter – o tyle Bator mierzy się z językiem brukowców, ale nie potrafi przeciwstawić mu innego, równie wpływowego rejestru – i w końcu sama mu ulega. Jeśli Józio w zakończeniu „Ferdydurke” zdaje sobie ostatecznie sprawę z tego, że „nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę” – to jest w tym mimo wszystko szansa jakiejś ucieczki, a przynajmniej odmiany.

Tymczasem „Rok królika” podpowiada nieco odmienną diagnozę: nie ma ucieczki przed brukowcem, jak tylko w ten sam brukowiec. Oznacza to, że literatura – przynajmniej w tym wydaniu – rezygnuje z prób tworzenia alternatywnych języków i ogranicza się do – w najlepszym wypadku ironicznego – cytowania tego dominującego. Efekt jest taki, że inne sposoby komunikowania się – takie na przykład, które nikogo nie uprzedmiotawiają – zanikają. A kiedy ironia się ulatnia, zostaje nam tylko język rzekomo niechcianej opresji. Tylko czy do tego jest nam potrzebna literatura?

Na szczęście nieumiejętne posługiwanie się ironią wywołuje ironiczne skutki. Kiedy w ostatnich słowach swojej powieści Gombrowicz pisze: „Koniec i bomba / A kto czytał, ten trąba” – to wyczuwamy w tym zgrywę, bo „Ferdydurke” to przecież kawał świetnej literatury. Ale jeśliby powiedzieć to samo o „Roku królika” – że kto czytał, ten trąba – to słowa te należałoby potraktować najzupełniej serio.