Strachy na wróble
fot. Magda Hueckel

5 minut czytania

/ Teatr

Strachy na wróble

Paweł Soszyński

Markus Öhrn wypreparował z dziwacznego dramatu swojego rodaka samą atmosferę, sam mechanizm świata przedstawionego. Fabuła nie ma tu znaczenia, reżyser specjalnie sprowadza ją do gagów, rwie na strzępy, by odsłonić to, co w „Sonacie widm” najbardziej go ciekawi

Jeszcze 1 minuta czytania

W „Sonacie widm” Markus Öhrn tworzy mocną, mroczną baśń. To świat wizyjny, koszmarna dobranocka, groteskowy wieczór Halloween, transmisja na żywo nie wiadomo skąd. Mistrzem ceremonii jest ni to upiór, ni to śmierć – ze statywem kamery wygiętym nad kapturem jak kosa mrocznego żniwiarza. Jednak wideo, które wyświetlane jest nad sceną, nie pochodzi z zaświatów, Öhrn nie stosuje łatwych rozwiązań interpretacyjnych, właściwie całkowicie rezygnuje z interpretacji tekstu Strindberga. Dzięki temu świat jego spektaklu sam staje się dziwacznym straszydłem, którego nie udaje się oswoić za pomocą poręcznych kategorii snu, seansu duchów, szaleństwa. Może więc właśnie bajka – przypowieść o świecie i narracja coraz mocniej odklejająca się od rzeczywistości.

Bajkowi są bohaterzy z wielkimi głowami jak z horroru „Dyniogłowy”. Każdy z nich mógłby być potworem, gdyby nie kreskówkowe głosiki, którymi wypowiadają swoje kwestie. Groteskowe falsety, przesterowane soprany, przegięte tubalne rechoty szwarccharakterów – to one tworzą falę amplitudy, która wychyla się daleko poza poczciwy dwudziestowieczny surrealizm. Öhrn wypreparował z dziwacznego dramatu swojego rodaka samą atmosferę, sam mechanizm świata przedstawionego. Fabuła nie ma tu znaczenia, reżyser specjalnie sprowadza ją do gagów, rwie na strzępy, by odsłonić to, co w „Sonacie widm” najbardziej go ciekawi. A raczej nie interesuje go krytyka mieszczańskiego społeczeństwa, fałsz zamknięty w czterech ścianach rodzinnego domu Pułkownika, do którego przybywa student Arkenholz. Mieszkańcy tej tajemniczej rezydencji nie są upiorami mieszczańskiego społeczeństwa, ale zmaterializowaną na scenie samą upiornością bez pretensji do krytykowania kogokolwiek; teatralnie namagnesowanymi figurkami, które zakrzywiają sceniczną przestrzeń, bawią się naszą percepcją. To dziwadła, karykatury, trudno nawet powiedzieć kto.

Wszystko wystaje tu poza bezpieczne pojęciowe kontury, jest rozstrojone, zepsute. Tekturowe kabiny, w których dzieje się akcja, pokraczna figura w przydomowej fontannie, niezdarne ruchy aktorów – straszno-śmieszne jak ze starych filmów o doktorze Frankensteinie. Łatwo było pozostać na poziomie komicznej zabawy konwencjami, ale Öhrnowi udaje się wytworzyć pod warstwą prostego komizmu rodzaj lęku zakorzenionego w każdym geście i każdej scenie. Impuls do działania aktorów, ich wypowiedzi i interakcji, płynie tu z immanentnej dla tego spektaklu ukrytej paniki.

August Strindberg, „Sonata widm”, reż. Markus Ohrn. Nowy Teatr w Warszawie, premiera 20 stycznia 2017August Strindberg, „Sonata widm”, reż. Markus Öhrn. Nowy Teatr w Warszawie, premiera 20 stycznia 2017O napisanej w 1907 roku „Sonacie widm” August Strindberg mówił: „Wszystko jest tu okropne, podobnie jak życie, na które spojrzy się bez łusek na oczach i zobaczy rzecz samą w sobie”. Może dlatego w Nowym Teatrze Arkenholz „otwiera” sobie kuchennym nożem oczy w wielkim czerepie. Tylko że u Öhrna nie zaczyna widzieć jasno – oczy wywiercone nożem patrzą do wewnątrz. Podobnie dzieje się z samym przedstawieniem, które coraz bardziej zapada się w siebie i bez żalu, z wisielczym humorem celebruje własne niedorzeczności. Każda rzecz sama w sobie – by odwołać się do komentarza Strindberga – jest w ujęciu Öhrna potworem, nie tylko świat społecznych konwenansów. Świat jest straszydłem, zapełniające go przedmioty – rekwizytami z filmów grozy, relacje międzyludzkie – aktami gwałtu, które nie pozwalają nam nawet na transgresję, raczej umieszczają w komicznym świecie horrorów klasy B. Ludzie ze swoimi knowaniami, namiętnościami, całym okrucieństwem, o których rozprawia sztuka, to w rzeczywistości wypchane słomą strachy na wróble.

„Sonata widm” staje się więc w Nowym Teatrze filozoficzną parodią – parodią, bo w tak rozpoznanym świecie rozum też jest obiektem niedorzecznym, przypomina wijącego się na kręgosłupie potworka z „Martwicy mózgu”. Nieludzki upiorny kamerzysta, który montuje widowisko w transmisji nad sceną; kasandryczne organy, które otwierają i kończą spektakl, zamykając go w kiczowatej klamrze; zwyrodniali bohaterowie o przerośniętych łbach i idiotycznych głosikach.Wszystko to może bawić, ale gdzieś podskórnie niepokoi. Nawet hiacynty, które hoduje córka Pułkownika w przydomowej oranżerii – one także straszą. W ten sposób, okrężną drogą, Markus Öhrn wprowadza nas w sam środek słynnego inferno Strindberga. I nie odnosi się wcale do depresyjnych epizodów z życia dramatopisarza. Jednostkę chorobową zmienia w tragikomiczną filozoficzną tezę. Przy okazji tworzy także przedziwny, pomylony świat, jakiego w teatrze jeszcze nie miałem okazji zobaczyć.