Na wietrzną pamiątkę

Zofia Król

Tęsknota za miastem, za Warszawą jest w „W” szczególna, to tęsknota w zupełnie innej, sendeckiej odmianie. Lakoniczna jak tytuł tomu, pozbawiona złudzeń, beznadziejna

Na wietrzną pamiątkę

Jeszcze 1 minuta czytania

Na wietrzną pamiątkę

„Nie byłem w tamtym barze od lat”, brzmi wiersz nr 15 z tomu „W”, W jak Warszawa, i trudno o lepszy przykład, jak słowa, zwłaszcza poetyckie, kondensują znaczenia. W tych siedmiu wyrazach mieści się z łatwością cała oszalała tęsknota: za miastem, za życiem, za tym, co mija. Podobnie skondensowanych wierszy jest w tym tomie jeszcze kilka. „Mazowszanka w szkle i ziemniaki z cząbrem”. A także „Karolina przyniosła czereśnie i ser” – wers, który mógłby w identycznym kształcie znaleźć się w tomie, dajmy na to, Miłosza, a jednak – i bardzo wiele można się z takiego porównania dowiedzieć o poezji – znaczyłby zupełnie co innego.

Rzecz w tym, że Marcin Sendecki, autor między innymi tomów „Pół”, „Farsz”, „Przedmiar robót” czy „Lamety”, tak wytresował słowa, że teraz nawet ujęte w tradycyjny szereg zdaniowy nie chcą się poddać poziomemu, składniowemu rytmowi podmiotu i orzeczenia, ale odsyłają do sensów pionowych, przywoływanych przez każde słowo – każdą sylabę? – z osobna. Zamiast lirycznej, opartej na czasie przeszłym refleksji o przemijaniu, połączonej z pochwałą życia (a więc czereśni i sera), trzech kropek w domyśle, które niósłby podobny wers u innego poety – mamy tu kondensację, oczekiwanie precyzji, skupienie na samym znaku. Co nie znaczy, że tęsknota jest mniej dojmująca. Przeciwnie, ból zdaje się bardziej intensywny, bo o ile liryczna refleksja o przemijaniu – „Ogień pod fajerkami. Nastka smaży bliny”, jak czytamy u Miłosza – zakłada pewną łagodność, zgodę na odchodzenie ludzi i rzeczy, o tyle słowa Sendeckiego walą ostro i bez ratunku.

Dlatego także i tęsknota za miastem, za Warszawą jest w „W” szczególna, to tęsknota w zupełnie innej, sendeckiej odmianie. Lakoniczna jak tytuł tomu, pozbawiona złudzeń, beznadziejna. Wers „Nie byłem w tamtym barze od lat” mieści w sobie bardzo wiele, ale nie mieści nadziei, łagodnej zgody ani możliwości powrotu. Mimo to cały tom „W” stanowi próbę stworzenia ram dla tej tęsknoty. Czyli ćwiczy rozmaite „techniki wspominania / technik wypominania”. 

Wspomnienia przywołuje się tu ustalonymi językowymi zawołaniami:

A który to spotkał w Skaryszaku smoka?
A który to nie spadł z dachu Kica po grudzie?

A kiedyśmy raz siedzieli
na skarpie pod uniwersytetem,
ktoś wziął jamnika za bestię
i stanął do walki
(…)

Marcin Sendecki, „W”.
Biuro Literackie,
w księgarniach od grudnia 2016

Wymienia się tu zdarzenia z przeszłości, szczególnie te pozornie nieważne, które z czasem urastają do symboli pewnej epoki, czasu życia. Przywołuje się żarty z poezji, która miałaby ratować świat. Przede wszystkim jednak wywołuje się niegdysiejsze imiona, nazwy i nazwiska, żeby to, co za chwilę zniknie z pamięci, dostało mieszkanie w wierszu. To technika świetnie znana z wierszy Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, tyle że tu imiona nie są czarowane, skandowane rytmicznie, powtarzane wielokrotnie przeciwko pustce, ale pojawiają się bardziej zwyczajnie, zapisane po prostu dla pamięci jak w notesie, jako słowa, dźwięki, które inaczej by przepadły:

Tadeusz Karwisz, Tadeo, ktoś go pewnie pamięta.
Nieznośny? Bez wątpienia. I szybko szedł w dół.

Niech stanie tu z nazwiskiem na wietrzną pamiątkę.

A jednak także Sendecki zaklina przeszłość i pamięć, powtarzając dwukrotnie, w wierszach 28 i 31: „jeszcze o nim napiszę” – o Jarku Piekarskim, który „studiował historię, utonął w Morzu Czerwonym”, i o Pawle Maju, który „został lekarzem”. Poetyckie powtórzenie, zapisanie imienia po raz wtóry, jest jedyną nadzieją na jego przetrwanie. Płonną, bo drugiego razu przecież nie będzie. Pojawią się za to – zamiast wierszy 41, 44 i 45 – puste strony. Mają odnosić się do kolejnych wspomnień, które pamięć już wyrzuciła, albo do tych, których przywoływanie mogłoby się okazać zbyt bolesne, albo jeszcze – najszerzej – wprost do tej pustki, do nocy, o której opowiada motto z Lévi-Straussa i o której poeta pisze krótko w ostatnim, 47 wierszu: „nic nie widać / popatrzcie”.

Słowa tak dobrze przez poetę wytrenowane, ćwiczone zarówno w samotności, jak i w kontekstach sąsiednich, łamane latami na sylaby, litery i dźwięki – mimo zarzutów o „niezrozumiałość”, do których zresztą Sendecki w tym tomie także się odnosi – słowa traktowane niezwykle poważnie, a przez to naprawdę wolne, mają do opisu tej pustki nadzwyczajne kompetencje.