Za ćmą, w mgłę

13 minut czytania

/ Muzyka

Za ćmą, w mgłę

Wawrzyn Kowalski

Podmiejskie nieużytki, zdeformowana przyroda, Leśmian i śląscy okultyści. Furia wydała jedną z najlepszych polskich płyt metalowych ostatnich lat

Jeszcze 3 minuty czytania

Wraz z płytą „Księżyc milczy luty” grupa wprowadza black metal w pozornie obce tej muzyce rejony, za zardzewiałe furtki działek między „Wełnowcem a Siemianowicami”, w miejsca na granicy przedmieść, szarość, którą wielu krajowych słuchaczy dobrze zna z autopsji. Okazuje się, że black metal był tam zawsze, lecz do niedawna nie potrafiliśmy poprawnie go rozpoznać.

Nowy album Furii wsącza się w szczeliny w murze, pokruszony tynk i zardzewiałe druty. Po latach poszukiwań zespół znalazł w końcu sposób, by zagrać muzykę jednocześnie chropowatą i wysublimowaną, odpychającą brudem i przyciągającą surową krasą. Już poprzedni album „Nocel” wprowadzał więcej przestrzeni, bluesowy rytm i bure plamy zastępujące typowe w tym gatunku czarne otchłanie. Furia zamykała tą płytą tetralogię pór roku, lecz letnia noc oglądana z podnóża hałdy wydawała sie zasnuta dymem prężących się z okładki płyty kominów. Pełna była też językowych nowotworów w stylu tych z „Opętańca”, gdzie wokalista Michał Kuźniak (Nihil) trochę po leśmianowsku bawił się słowiańską demonologią, cedząc ględźby o „złapanym zagmatwańcu, zaplutym nagrzańcu, odrodzonym ulepcu”, który „kołami do świtu więzy ze sobą zacieśnia, nieskończoności zaplata koniec z końcem”. Równie plastycznie lepił się nekrofolk – jak sami muzycy Furii definiują niepodrabialny styl zespołu. Tkwiący na początku u kosmatych korzeni blacku, sukcesywnie szerzej otwierał się na nowe elementy, pojęciowo śmiało sięgając ku ludowemu imaginarium.

Jeszcze kilka lat temu miałem niemały problem, żeby oswoić się z muzyką Furii. Na debiutanckim albumie „Martwa polska jesień” z 2007 roku zespół próbował zdefiniować rodzimą wersję metalu – ziemistą, węglową, wtedy jeszcze nie bardzo okiełznaną, przytłaczającą beznadzieją jesiennej szarugi. Gęstą atmosferę następnego „Grudzień za grudniem” podkreślały coraz bardziej fedrujące teksty Kuźniaka, który w otwierającym utworze „Jeszcze i jeszcze” krzyczał o śniegu, co jest „czarny jak węgiel Śląska” i lanym w oczy ołowiu, który „dymem hut chłodzony skwierczy”.  Wydawało mi się to zbyt blisko mazistego spągu, zostawiało smugi. „My jesteśmy odpowiedzią na smród Rawy i ołów w chlebie”, dosadnie opisywał niechętny wywiadom lider Furii, a ja bałem się, by nie pobrudzić rączek.

Przełomem była dla mnie trzecia płyta, „Marzannie, królowej Polski”. Prezentowała ona uproszczone i bardziej uporządkowane kompozycyjnie wcielenie zespołu. Momentami surowa, przypominała o czasach, kiedy black metal bliski był punkowej, garażowej filozofii. Odważniej wprowadzała też obecny w całej późniejszej twórczości Furii specyficzny „słowiański” komponent. Takie utwory jak „Wyjcie psy” i „Są to koła” stanowiły hołd złożony klechdom, w których Marzanna chodzi jeszcze od chaty do chaty, zbierając śmiertelny plon wśród zmęczonych zimą domowników.


Z czasem muzykę Furii było coraz trudniej precyzyjnie opisać i przyporządkować. Na „Księżyc milczy luty” nekrofolk można już definiować jako mieszankę blacku, post-hardcore’u i hipnotyzującego prog rocka, którą charakteryzuje nieszablonowe podejście do ortodoksyjnej formy. Słychać to w utworach, które zderzają ze sobą spokojniejsze, podszyte niepokojem fragmenty z agresywnym rozwinięciem. Dwa oblicza ma choćby „Ciało”, w którym perkusista Namtar właściwie rezygnuje z szybkiej nawałnicy bębnów na rzecz masywnego rytmu kojarzącego się z dokonaniami legendarnej szwajcarskiej grupy Celtic Frost. Również najlepszy na płycie „Grzej” wyróżnia się niejednolitym tempem, choć w tym wypadku największe wrażenie robią partie basu Sarsa wplatające w materię utworu odrealniony, płynny pierwiastek.

Bas Sarsa w początkowym „Za ćmą, w dym” czy w „Zabieraj łapska” (w połączeniu z deklamacją Nihila) na poziomie czysto muzycznym kojarzy się z „Ogrodem koncentracyjnym” Świetlików, z przydymioną, lekko otępiałą atmosferą, która nagle konkretyzuje się i nabiera ostrości. Inni komentatorzy, mierząc się ze stylistyczną rozpiętością płyty, w brzmieniu gitar znajdowali echo głośnych na amerykańskiej scenie niezależnej zespołów Slint czy Unwound albo jak Piotr Weltrowski na łamach magazynu „Noise” porównywali muzykę Furii do „wykrzywionej muzyczną skoliozą wariacji na temat Komedy, z wyjącymi gitarami zamiast dęciaków”.

Furia, Księżyc milczy luty, Pagan Records 2016Furia, Księżyc milczy luty”,
Pagan Records 2016
Nihila wielokrotnie oskarżano o grafomanię, a od tych zarzutów i w tym wypadku nie uda się całkiem uciec. Nie sposób jednak odmówić jego tekstom specyficznego czaru. Kuźniak zawsze podkreślał swoją fascynację Romanem Kostrzewskim, wokalistą i tekściarzem Kata – najsłynniejszej śląskiej grupy metalowej. Mam wrażenie, że w kończącym płytę „Zwykłe czary wieją” Nihil składa hołd właśnie Kostrzewskiemu. Pada tu też jakby związkowe wezwanie, „Wstawaj! Idziemy!”, a na jego dźwięk odpowiadają nie tylko śląskie czorty, lecz także duchy transformacji harcujące na szczątkach wygaszonych hut, zalanych kopalń i poindustrialnych ruin.

To ziarno swojskiej niesamowitości towarzyszy też innym nagraniom Furii.  Zaledwie miesiąc przed „Księżycem”(nomen omen) grupa zaprezentowała najbardziej narracyjne, a jednocześnie baśniowe z dotychczasowych wydawnictw. Zarejestrowany w zabrzańskiej kopalni 320 metrów pod ziemią minialbum „Guido” jest hipnotyzujący, przegadany i pełen orientalno-sezamowych nawiązań. Wewnętrzna opowieść dzieli go na dwie części: na powierzchni i po symbolicznym zejściu w głąb korytarza. We fragmencie drugim, zatytułowanym „Ubrdy” czyli „rojenia”, nazwy kilku utworów („Łączka”, „Lew albinos”) zaczerpnięto z artystycznych wizji Teofila Ociepki, śląskiego malarza prymitywisty, założyciela okultystycznej Grupy Janowskiej. Tego samego, który w filmie „Angelus” Lecha Majewskiego ratuje świat przed przepowiedzianym, złowrogim „promieniem z Saturna”.

Teofil Ociepka, „Lew z Saturna” 1954, Państwowe Muzeum Etnograficzne w WarszawieTeofil Ociepka, „Lew z Saturna”, 1954, Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie

Wokół muzyków Furii również uformowała się grupa artystyczna, która jednak – przeciwnie niż Ociepka – chętnie pozwoliłaby światu spłonąć. Obecnie sam zespół to kwintet. Oprócz Nihila, Namtara i Sarsa tworzą go Przemysław Muchowski (Voldtekt) i Artur Rumiński (A.). Wyłączając ostatniego, wspomniani grywają też bardziej klasyczny, mizantropijny black w grupie MasseMord, gdzie towarzyszą im Konrad Ksiądz (Priest) i Mateusz Maryjka (Stawrogin). Sporo nazwisk, ale to właśnie wokół nich kręci się duża część ciekawszych zjawisk na tej scenie. Przyjmując nazwę Let The World Burn (tytuł albumu „MasseMord”), na przestrzeni dekady ten twórczy kolektyw rozpiął nad Polską całą sieć projektów stylistycznie rozcapierzonych jak palce w geście chwytania „niewidzialnej pomarańczy.

Znajdzie się wśród nich miejsce dla licznych inicjatyw Nihila – jak industrialne wcielenie Cssaba, a przede wszystkim (tylko pośrednio związane z kolektywem LTWB) trio Morowe, którego fantasmagoryczny album „Piekło.Labirynty.Diabły” przenosił słuchaczy w splątane wężowisko podszytego groteską blacku. W zupełnie inną matnię wciągał natomiast debiut krakowskiego duetu Odraza (w składzie – znani z MasseMord Priest i Stawrogin), którego tytuł: „Esperalem tkane” dość precyzyjnie przybliżał tematykę płyty. Pomysł, aby z zatęchłego klimatu meliny, alkoholowych ciągów i dopalających się petów zbudować metalową opowieść, wydaje się niemal intuicyjny, jednak to właśnie Odraza opakowała ten turpistyczny świat w subtelniejsze, nawiązujące do awangardowej ekstremy dźwięki. Obrazu dopełnia zapoczątkowana przez Rumińskiego grupa Thaw grająca nowoczesny metal z elementami noise'u i ambientu, do której w ubiegłym roku dołączył Macio Moretti, współlider Mitch & Mitch i wielu innych projektów wydawanych pod szyldem Lado ABC.

Na osobną wzmiankę zasługuje projekt Sarsa: Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi (dawniej: Duszę Wypuścił), w którym basista Furii odpowiedzialny jest za całość materiału. W nazwie ukryto referencję do osiemnastowiecznej prawosławnej sekty biegunów  założonej przez żołnierza dezertera Jefimija. Jej członkowie, przekonani, że uciec przed złem można tylko w ruchu, pozostawali ciągle w drodze (znani są też z tytułu książki Olgi Tokarczuk „Bieguni”). Wydany w ubiegłym roku album „Światu jest wszystko jedno” pozostaje z obu zeszłorocznymi propozycjami Furii w specyficznej symbiozie. Muzycznie materiał daleko wykracza poza black metal, zawdzięczając równie dużo zimnej fali, co burlesce popularnych widowisk. Tematycznie teksty zanurzone są w głęboko tradycyjnej wizji świata i rustykalnej kosmologii, co być może sprowokowało porównania takich utworów jak „Niebo nie czernieje” do „Piosenki Stygmy” śpiewanej przez Bogusława Lindę w filmie „Jańcio Wodnik” Jana Jakuba Kolskiego.

Podobnie jak filmy Kolskiego polski metal żywi się lokalnością. To jednocześnie od dziesięcioleci nasz „towar eksportowy”. W przeciwieństwie do „czarnego złota” rodzima ekstrema w ostatnich latach wyraźnie zyskuje na popularności również za granicą. To już nie tylko przysłowiowi Vader czy Behemoth. Głośno jest też o kilku innych nadwiślańskich przedsięwzięciach.

Największą estymą cieszy się obecnie krakowska Mgła. Duet sformowany przez Mikołaja Żentarę (M.) i Macieja Kowalskiego (Darkside) gra wzorcowy black, który choć klarownie wyprodukowany, wywiera surowe, ascetyczne wrażenie. Na wydanym przed dwoma laty „Exercises in Futility”  nieoczywiste melodie kreują podniosłą atmosferę na tle nieszablonowej, gęstej palby perkusyjnych dokonań Kowalskiego, a całość przenika nihilistyczna, depresyjna aura. Mgła, podobnie jak Furia, zdążyła w tym czasie zagościć na katowickim OFF Festivalu, doczekała się także pochlebnej recenzji w słynnym serwisie Pitchfork.


Coraz większą popularność zyskuje również tajemniczy projekt Batushka, czyli „Ojczulek” – jak pieszczotliwie zwracają się wierni do prawosławnego popa. Anonimowi muzycy wizerunkowo obficie czerpią z rekwizytorium związanego z Cerkwią. Ich debiutancki album „Litourgiya” składa się z ośmiu utworów określanych jako ektenia, czyli rodzaj litanii w Kościołach wschodnich, a zawartą na nim mieszankę doom i black metalu ilustrują barwne, quasi-pastoralne klipy.

Ukryci za aliasami pozostają również członkowie Cultes des Ghoules, którzy swoją nazwę zaczerpnęli z tytułu apokryficznej księgi czarnej magii pojawiającej się w dziełach amerykańskiego pisarza grozy Howarda Phillipsa Lovecrafta. Wydana w ubiegłoroczne Halloween płyta pod wdzięcznym tytułem „Coven, or Evil Ways Instead of Love” to specyficzny lo-fi metal, który na poziomie riffów nawiązuje do Black Sabbath, natomiast barokową rozwiązłością kompozycji zbliża się do wczesnych dokonań legendy czeskiego blacku – grupy Master's Hammer. Dosyć niespodziewanie album trafił na 30. miejsce listy najlepszych płyt 2016 roku według magazynu Noisey, w pobitym polu zostawiając m.in. Leonarda Cohena, Drake'a czy Radiohead.

W przeciwieństwie do wymienionych fenomen „Księżyc milczy luty” pozostaje dużo głębiej zanurzony w lokalnym krajobrazie. Kuźniak utrzymuje, że swoje inspiracje czerpie „z lasu”, nie są to jednak prastare bory, tylko raczej ostępy bliskie podmiejskim nieużytkom. Zdeformowana przyroda, która według Nihila definiuje Śląsk, podkreśla w muzyce Furii zmysł obserwacji rzeczy niestałych, korodujących. Charakterystyczną dla centralnej Europy fascynację rozpadem, rdzą i śniedzią. Grupa udowadnia, że las zniszczony kwaśnym deszczem i walający się gruz mogą być pożywką dla blackmetalowej wyobraźni, co więcej – nie są wcale tak odległe od ludowej gawędy i  poetyckich „niedobłysków miesiąca tańczących na jeziorze”. Aby to unaocznić potrzeba było osób o niedzisiejszej, wykraczającej poza utarte ścieżki wrażliwości. Jak nakreślił jej kształt Kuźniak: „Jesteśmy jakąś formą odmieńców, a odmieńcy zawsze przyciągają ludzi”.