Przekrój poprzeczny wnętrza

Anka Herbut

Na pokazywanej w BWA Wrocław wystawie Karina Marusińska tworzy nieużytkową, niepotrzebną ceramikę, sytuującą się na marginesie estetycznej przyjemności

Przekrój poprzeczny wnętrza

Jeszcze 2 minuty czytania

Przekrój poprzeczny wnętrza

Karina Marusińska jest wrocławską ceramiczką, dotąd kojarzoną głównie ze społecznie zaangażowanym nurtem dizajnu. W projekcie „Hug” prowadziła z przypadkowo spotykanymi osobami rozmowy na temat odczuwanego przez nie wykluczenia. Odpowiadając na pytania, rozmówca odciskał dłoń na plastycznej porcelanie – odciśnięte kształty artystka wypaliła w piecu i stworzyła z nich poręcze jednego z miejskich mostów, projektując tym samym symboliczny uścisk dłoni z wykluczonymi. W instalacji „Zabezpieczenie” wykonała z porcelany niewielkie obiekty w kształcie klipsów, które oryginalnie służą do zabezpieczania towarów przed kradzieżą, a tym razem same stały się dobrem pożądanym. W serii „RWB” inspirowała się z kolei chińskim miastem Jingdezhen, w którym porcelana i plastik współegzystują ze sobą w miejskim pejzażu. Techniczna tkanina RWB330 w czerwono-biało-niebieski wzór, który najczęściej spotkać można w formie mocnych, tanich toreb, a który kojarzy się głównie z bazarowym handlem, dała artystce impuls do stworzenia ręcznie malowanych na porcelanie dekoracji o wyrazistej przemysłowej teksturze. W ten sposób czaso- i pracochłonność rzemiosła zderzona została z tanią, masową produkcją. Wreszcie w projekcie „Od dobrobytu do odbytu, przez odbyt w niebyt” stworzyła naczynia inspirowane obrazami kanałów odbytu pochodzącymi z wyników badań ultrasonograficznych. Wykorzystując obraz ostatniego ogniwa łańcucha konsumpcji, komentowała kompulsywne pochłanianie nie tylko pokarmów, ale i produktów rynkowych.

Pokazywana w galerii SiC! BWA Wrocław wystawa „Część zamiast całości” stanowi wyraźną cezurę w jej twórczości: od społecznej skali makro artystka przechodzi do bardzo intymnej formy wypowiedzi. Tym razem stworzone przez nią obiekty nie mają charakteru użytkowego. Są, bo są. Nie mają celu, choć na pewno stworzone zostały z bardzo konkretnych powodów. Wpisane w scenografię Huberta Kielana stają się symptomami sygnalizującymi powrót wypartej rzeczywistości. Abiektu. Tabu. Tego, czego nikt nie chce oglądać, bo nie sprawia to nikomu żadnej przyjemności. Tego, co jest trudne, bo ujawnia rejony, do których niekoniecznie lubimy się przyznawać.

Patrząc z tej perspektywy, można by napisać, że wystawa ma charakter konfesyjny, ale sporo w niej poezji, tajemnicy oraz niedomówień, a na pewnym poziomie ciężar tego wyznania rozkłada się na trzy osoby. Równie ważną funkcję co same formy ceramiczne pełni tu przecież scenografia Kielana i towarzyszący wystawie liryczny monolog kuratorski Michała Grzegorzka, który można sobie odsłuchać z odtwarzacza MP3. W intymnym kontakcie z głosem wprowadzającym w kontekst powstawania wystawy. Sam na sam – na ucho. Takie rozłożenie sił amortyzuje ciężar komunikatu. Część zamiast całości: tytuł tej wystawy warto czytać na różnych poziomach.

Na potrzeby wystawy w galerii SiC! zbudowana została sporych rozmiarów stalowa konstrukcja, przypominająca model anatomiczny pozbawionego ścian mieszkania. Zdeformowany szkielet korytarza, w którym coś spłonęło i uległo zniszczeniu. Można wejść do środka, przejść się i gołym okiem zobaczyć wszystko, co zostało. Właściwie nie sposób przez ten korytarz nie przejść, bo zajmuje niemal całą powierzchnię galerii – już na tym poziomie realizuje się afektywny potencjał wystawy. W abiekt, w brud, w tabu wchodzi się świadomie i stopniowo. Pewnie dlatego szyby galerii zaklejone zostały mleczną folią. Nie można tej wystawy podglądać – albo się wchodzi, albo nie.

fot. Alicja Kielan

Obiekty Marusińskiej rozlokowane są w różnych miejscach instalacji: pojedynczo, w mniejszych albo większych grupach. Czasem ledwie zauważalne na spalonej ziemi albo wśród płatów i okruchów rozbitej posadzki. Oblane ciepłym światłem i porozwieszane na stelażach i sznurkach wzdłuż jednej z bocznych krawędzi konstrukcji, tworzą niepokojący totem. Wszystkie wykonane z gliny szamotowej i uformowane przez owijanie folią, ściskanie sznurem i duszenie rękami. Łącznie jest ich około dwustu. Mają wstydliwy i ciężkostrawny, organiczny kształt kojarzący się fekalnie albo seksualnie. Między abiektem i fetyszem. Jeden z obiektów, pozostawiony samotnie na porzuconym czarnym materacu, wygląda jakby go przed chwilą ktoś wydalił.

„Część zamiast całości”

kuratorzy: Dominika Drozdowska,
Michał Grzegorzek,
galeria SiC! BWA Wrocław,
do 4 lutego 2017.

Część form ceramicznych – w kolorach brązu i ugru – wypalona została w temperaturze zbliżonej do lawy w piecu opalanym kilka dni i nocy. Żadna z tych prac nie została poddana czyszczeniu czy obróbce, więc każdy przypadkowy element, rysy albo nalot, stają się ich integralną częścią. Niczego się tu nie odrzuca. Pozostałe obiekty, ręcznie lepione i pieczone w polowym piecu zrobionym z beczki, po wchłonięciu dymu uzyskały czarną barwę. Ale na efekt wpływają siła ucisku, szybkość wyjmowania obiektów z pieca, czas pieczenia, warunki atmosferyczne czy czas chłodzenia. Dlatego autorka nie ma pełnej kontroli nad tym, jak finalnie wyglądać będzie praca.

W „Części zamiast całości” Marusińska tworzy nieużytkową, niepotrzebną ceramikę, sytuującą się na marginesie estetycznej przyjemności. Szkielet spalonego korytarza, nabrzmiewające wulkany wyrastające z podłogi, warstwy zniszczonej papy, stężała czarna piana, mocne linki wzmacniające konstrukcję i odurzający zapach wędzenia. Intymny zapis z ryzykownego zarówno prywatnie, jak i artystycznie procesu rozliczania się z tym, co łatwiej jest wypierać. Sporo gniewu i osobistych doświadczeń odciśniętych w kształtach ceramicznych form.