Być ciałem

14 minut czytania

/ Sztuka

Być ciałem

Agata Pyzik

„Ministerstwo spraw wewnętrznych” próbuje uchwycić fenomen „konfesyjnej sztuki” na gorąco i przeszczepić zjawisko zwrotu emocjonalnego na grunt polski. Największą zasługą wystawy jest połączenie internetowej sztuki politycznej ze współczesną poezją

Jeszcze 4 minuty czytania

Dlaczego „zwrot emocjonalny” w sztuce i poezji teraz? Czy to nie powierzchowy rebranding czegoś bardzo starego? A może chodzi o dużo szerszy, istotniejszy trend w kulturze, polityczny zeitgeist, w którego ramach dopuszczenie emocji do głosu staje się kluczowym elementem emancypacji? Jak głosi stary slogan, to, co prywatne, czyli emocje, jest polityczne.

Coś z pewnością wisi w powietrzu. Od kilku lat, dzięki internetowi, w zazwyczaj niedostępnej, ściśle kontrolowanej i patriarchalnej sferze publicznej rośnie obecność i świadomość głosów queer, kobiecych, niebiałych, feministycznych. Publikowanie nigdy nie było łatwiejsze, blogi, media społecznościowe, Tumblr, Instagram, umożliwiają każdemu natychmiastowe zaistnienie. Wystarczyła ogólnodostępna platforma. Dziewczyny masowo zakładają blogi i instagramy – feminizm w wersji pop, podobnie jak inne emancypujące mniejszości dyskursy, nigdy nie istniał tak mocno, jak teraz. Zainspirowane już trochę zmurszałą teorią Laury Mulvey o „męskim spojrzeniu” i możliwości jego odwrócenia/zawłaszczenia, dziewczyny sięgnęły po własne ciało. Narodził się konfesyjny, ekshibicjonistyczny i narcystyczny, a jednak głoszący empowerment (zyskanie siły) i uwolnienie się od dyktatu męskiego spojrzenia selfie-feminizm. Hannah Black, Amalia Ulman czy Audrey Wollen, które dostrzegły opresję, spowodowaną tylko tym, że są kobietami lub są czarne, przeciwstawiły jej swoje zdjęcia i skompilowaną z ogólnodostępnych obrazów przemocy sztukę, walczącą o lepsze warunki pracy, seksu i istnienia. Inspiracjami stały się Lana del Rey i Sylvia Plath, feministyczne poetki Adrienne Rich i Audre Lorde, eksperymentalne powieści Sheili Heti, Virginie Despentes, filmy Catherine Breillat, książki Chris Kraus, Rachel Kushner i Marie Calloway.

To rozmnożenie głosów jest na poły ekstatyczne, na poły depresyjne. Skąd się bierze ten przejmujący smutek młodych dziewczyn, opisany przez instagramerkę Audrey Wollen w Teorii Smutnej Dziewczyny? Trwający od niemal dekady kryzys kapitalizmu, pogłębiająca się prekaryzacja i niepewność, idąca za tym pogarszająca się sytuacja polityczna i zwrot prawicowy, wszystkie są paradoksalnie paliwem konfesyjnej, emancypującej się, radykalnej sztuki młodych kobiet zasiedlających internet. Zarazem sukces projektów tak odmiennych, jak serial Leny Dunham „Girls”, eksperymentalne powieści Chris Kraus, czy Beyonce, która ogłasza, że jest feministką i używa w swoich teledyskach estetyki Black Lives Matter – jest bardzo zwodniczy. Powoduje dziwną inflację znaczeń, w której popkultura robi rewolucję feministyczną bądź lewicową tak jakby za nas, co najczęściej oznacza, że my jako obywatelki czy obywatele nic już nie musimy, a patriarchat i eksploatacja trwa sobie w najlepsze i absolutnie nic nie zapowiada ich odejścia.

„Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Intymność jako tekst”

kuratorka: Natalia Sielewicz, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Warszawa, do 2 kwietnia 2017.

Dlatego odnoszę się do wystawy „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Intymność jako tekst” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej ze sporym sceptycyzmem. Podobne prezentacje ogłaszają przedwczesny tryumf czegoś, co jeszcze nawet nie nadeszło, zwłaszcza w Polsce. „Ministerstwo” próbuje uchwycić opisany przeze mnie powyżej fenomen konfesyjnej sztuki na gorąco i przeszczepić zjawisko „zwrotu emocjonalnego” na grunt polski. Największą zasługą wystawy jest połączenie neokonceptualnej, choć często powierzchownej, internetowej sztuki politycznej ze współczesną, konfesyjną polską poezją. Głównie poetek, ale nie tylko. To ciekawa kontynuacja tematów eksplorowanych przez kuratorkę Natalię Sielewicz na wystawie sztuki postinternetowej „Ustawienia prywatności”. „Zwrot emocjonalny” jest bezpośrednią konsekwencją tej internetowej ekspansji. Wystawa Sielewicz nie jest też wyłącznie kobieca, nie sugeruje, że twórczość czerpiąca z emocji i depresji jest domeną kobiet. Jak pokazuje poezja Chińczyka Xu Lizhi, który zabił się w akcie protestu przeciwko warunkom, jakich doświadczali pracownicy składający iPhone'y (niezbędniki naszych instagramerek) w wielkiej fabryce w Shenzhen, wszyscy bez względu na płeć i narodowość cierpimy pod auspicjami kapitalizmu.

Zaaranżowana bardzo rudymentarnie w wyraźnie za małej przestrzeni na Pańskiej wystawa wykorzystuje każdy zakamarek, kreując bardzo intymną, lekko buduarową wręcz konstelację. Wiersze zapisane w kątach, w księgarni, na stropie schodów, przesuwające się na ekranach, nie zawsze działają, jeśli już, to na nerwy, że trzeba się nagimnastykować lub ryzykować kontuzję, by je przeczytać. W tym buduarze nieustannie coś odpada albo się sypie – trzeba siadać na podłodze zawalonej obiektami, żeby obejrzeć jakiś film (np. wspaniałą kampanię queerowej poetki Eileen Myles na prezydentkę Stanów z 1992 roku, poeci mieli kiedyś ambicje!), a całość wygląda nieco jak sklecona za pięć dwunasta prowizorka gotowa rozpaść się pod najlżejszym (instalacja Szpindlera w piwnicy) podmuchem. 

1. Cecile B. Evans, Jaakko Pallasvuo.  2. Fazal Rizvi.  3. Julien Creuzet. 4. Lili Reynaud Dewar. Fot. Franciszek Buchner.

Eksperymentalna, awangardyzująca i emocjonalnie często rozchełstana w najlepszym tego słowa znaczeniu poezja: konfesjonalistek Barbary Klickiej i Aldony Kopkiewicz, społecznie zaangażowanego Konrada Góry, minimalistki Julii Szychowiak czy neoprymitywisty Andrzeja Szpindlera nie współgra jednak wcale z bardzo suchymi, wprost politycznymi i sztucznymi wbrew deklarowanej emocjonalności, pracami anglosaskiej (i w kilku przypadkach polskiej) artystycznej młodzieży. U poetów język jest jednak absolutnie pierwszorzędny, nawet jeśli starają się przekroczyć horyzont literackości: Klicka i Kopkiewicz przez testowanie wytrzymałości języka na opowiadanie o stanach intensywnych czy skrajnych: ciała, choroby i żałoby, przeżycia erotycznego, Góra przez zaangażowane społecznie koncepty, a Szpindler przez dochodzenie do swojego języka dziecka przez silne eksperymenty językowe na sobie samym. Artyści internetowi natomiast traktują język instrumentalnie, podporządkowując go z konieczności estetycznej formie swojej pracy.

Wideo Audrey Wollen „Przedmiotom lub sobie samym”, w którym smutnym, niskim głosem opowiada o swojej chorobie i opresyjności kanonów piękna na przykładzie „Wenus” Velázqueza i sufrażystki Mary Richardson, czy celowo zagmatwana praca Amalii Ulman „Kroniki prywatnej historii”, stawiają sobie ambitne cele przekroczenia dostępnego języka kobiecego cierpienia, histerii i nadania im znaczenia politycznego, jednak zafiksowują się na swojej beznamiętnej, wypreparowanej estetyce. Zwłaszcza praca Ulman, zainspirowana (chyba?) jej wizytą w Korei Północnej, tonie w zakochanej w sobie niekomunikatywności. Trochę lepiej wypada praca Hanny Black, „Intensywna terapia/gorący kawałek”, w której autorka zderzyła ze sobą opresję czarnych kobiet, zeznania strażniczek z Abu Ghraib, filmy instruktażowe à la anglosaska Ewa Chodakowska i publiczne wystąpienia Rihanny. Black jest utalentowaną pisarką i teoretyczką, która problematyzuje widzialność czarnych kobiet. W jej pracach nie ma charakterystycznej dla Ulman i Wollen kompulsywnej skopofilii i używania własnego ciała, a obecny jest raczej filozoficzny namysł nad implikacjami rasizmu.

 Amalia Ulman, fot. B. Stawiarski Amalia Ulman, fot. B. Stawiarski

To nieustanne zderzanie się profesjonalnych literatów i amatorów powoduje czasem produktywny, czasem rozczarowujący dysonans. Zwłaszcza w przypadku Zuzanny Bartoszek, której intencjonalnie infantylne prace, komponujące próby poezji wizualnej z dziecinną rączką namalowanymi rysunkami arlekinów, wyglądałyby na cyniczną zrzynkę z estetyki lalek i abstrakcyjnych obrazów Sonii Delaunay/poezji Apollinaire'a, gdyby nie dołączona do nich historia choroby i pobytów w szpitalach. Bartoszek jest też bardzo intensywną, eksponującą się instagramerką. Pokazywane prace wyglądają na autoterapię i wobec tego trudno je krytykować, ale też trudno traktować poważnie. Jej obecność na wystawie tłumaczy chyba tylko środowiskowy hype. Spędziłam jednak dłuższy czas, zastanawiając się, czy taka opinia o sztuce Bartoszek, podobnie jak o zajmującym całą ścianę „performatywnym muralu” Megan Rooney, nie jest nadmiernie okrutna czy niesprawiedliwa – w końcu przebić się kobietom w sztuce jest trudniej niż mężczyznom, więc powinnyśmy okazywać sobie solidarność.

Wie o tym najlepiej Chris Kraus, która została nieoczekiwanie matką chrzestną i patronką tego nowego emocjonalnego feminizmu. „Ministerstwo” prezentuje po raz pierwszy przetłumaczone na polski fragmenty jej najsłynniejszej książki „I love Dick”. „Dick” to konceptualna powieść epistolarna o wyimaginowanej miłosnej relacji z tytułowym, bardzo maczystowskim profesorem filozofii, w której Kraus sparodiowała koncept autobiografizmu, włączając w narrację swoje nieudane próby osiągnięcia sukcesu artystycznego i nieszczęśliwe, pełne upokorzeń małżeństwo ze słynnym intelektualistą Sylvère Lotringerem. Po latach upokorzeń Kraus odniosła w końcu niekwestionowany sukces, i to poprzez opisanie najbardziej wstydliwych, kompromitujących i żenujących momentów. Obok niej zainstalowała się na wystawie polska performerka Ewa Zarzycka, która w swoich filmach często używa zabiegu autodeprecjacji i porażki, choć nie szczędzi sobie możliwości wykpienia narcystycznej działalności bardziej utytułowanych kolegów po fachu.

1. Xu Lizhi.  2. Widok wystawy.  3. Chris Kraus i Ewa Zarzycka.  4. Zuzanna Bartoszek.  Fot. F. Buchner. 

Kraus trudno uznać jednak za emocjonalną, to pisarka niesamowicie kontrolująca umysł, chłodna niczym autorka kryminałów Patricia Highsmith, z zimną krwią kieruje w książce afektami swoimi i innych (napisała w końcu część fikcyjnych listów swojego męża), opisuje je w sposób bardzo precyzyjny, nawet jeśli były efektem traumy. Oddziela się w powieści od swoich emocji, ale równie niepokojące wydaje się jej oddzielenie od tego, co się dzieje z jej ciałem.

Kobiety potrafią być wobec siebie bardzo okrutne, w czym, jak mi się wydaje, naśladują działania patriarchatu. Emocje i cierpienie oczywiście nie muszą oznaczać histerycznej otwartości, w sztuce najlepiej sprawdzają się podane w sposób kontrolowany. Pomyślmy o Hannah Wilke, Alinie Szapocznikow, o artystkach ciała lat 70., Anie Mendiecie czy Valie Export. „Być ciałem” (cytat z wiersza Barbary Klickiej) oznacza czasem największe wyzwanie. Bycie tylko ciałem jest właśnie najtrudniejsze, to, że je mamy, determinuje, kim jesteśmy, a zarazem podlega ono największemu okrucieństwu umysłu.

Potykając się o rozsiane na Pańskiej obiekty, odczuwam rosnącą frustrację i melancholię pomieszaną z dumą. Dumą, dlatego że powstała wystawa, która dotyczy kwestii notorycznie ośmieszanych, wypieranych, niebranych na poważnie, spychanych do „kwestii kobiecej”, czyli uczuć i emocji, czasem kłopotliwych, czasem żenujących, czasem histerycznych, trudnych, nieestetycznych – i próbuje odzyskać należny im status i ważność. Melancholię – bo rachityczne w swojej indywidualnej wartości prace nie są w stanie podźwignąć tematu tak bardzo w Polsce nieprzepracowanego. Nie spodobało mi się też, jak wielu artystów użyło niedawnych wydarzeń (protestów, demonstracji) w sposób instrumentalny – kartony Deny Yago, upaćkane w cytatach z tak modnego i niezrozumianego Rainera Wernera Fassbindera i jego „Berlin Alexanderplatz” to pójście po linii najmniejszego oporu. 

Być może manieryzm i skupienie na sobie nowej, eskperymentującej z formą sztuki internetowej naśladuje tylko ogólnointernetową tendencję i służy jej krytyce, ale za największą słabość instagramerek uważam ich niemożność wyjścia poza siebie same, poza jednostkowe, wąskie postrzeganie świata. W ich pracach uderzająca jest melancholijna fiksacja na własnym bólu i cierpieniu. Potrafię sobie wyobrazić bardziej postępowe wizje upodmiotowienia młodych kobiet niż pozowanie nago albo afirmowanie smutku.

Na koniec jeszcze trochę o Polsce. Zauważam palącą potrzebę wykształcenia emancypacyjnego języka kobiet, wyraźnie pokazał to #czarnyprotest i jego retoryczny, symboliczny sukces. Polska jest kobiecą ziemią niczyją, skrajnie patriarchalną i seksistowską, w której nie mamy prawa swobodnej ekspresji. Wystarczy spojrzeć na ekstatyczną reakcję mojej części Facebooka na tekst Zuzannny Kowner o Tinderze, w którym 38-letnia kobieta opisała swoje dość zwyczajne perypetie z przygodnym seksem. 

„Ministerstwo” próbuje wprowadzić emocje do szerszego dyskursu, nadać im wagę sztuki. Z wystawy wyszłam zachwycona twórczością nowych polskich poetek, ale rozczarowana płytkością nowej sztuki internetowej. Jeśli jako kobiety mamy wypracować tę nową, rewolucyjną formułę, która będzie różnić się od męskiej, musimy wciąż poszerzać ramy dopuszczalnego dyskursu i walczyć o jego legitymizację. Dlatego koniec końców nie przeszkadza mi pretensjonalność lub niedokończenie niektórych dzieł wystawowych. Najważniejsza w nich wydaje mi się próba poszerzania formuły i niezrażanie się tym, co mówią inni, czyli kanon.