Bunt się ustatecznia
fot. Łukasz Rajchert

Bunt się ustatecznia

Adam Wiedemann

Koncert Il Giardino Armonico w NOSPR był piękny, ale czegoś w nim brakowało, jakiejś „burzy na morzu”. Gra Giardina zrobiła się miękka, bez tej dawnej zadziorności, przesady

Jeszcze 2 minuty czytania

Moja jedyna rozmowa (kłótnia właściwie) z Andrzejem Żuławskim dotyczyła wykonawstwa historycznego. Pan Andrzej był jego zaprzysięgłym zwolennikiem, zwłaszcza odkąd przy realizacji filmu „Błękitna nuta” polecił Januszowi Olejniczakowi grać na dwóch nieco rozklekotanych fortepianach z czasów Chopina, czego pierwszym efektem była słynna płyta Olejniczaka dla wytwórni Opus 111, ostatnim zaś jest znakomita edycja kompletu Mazurków, wykonywanych zresztą chyba na tym samym instrumencie, na którym swoje Mazurki nagrał (jeszcze – moim zdaniem – lepiej) Fou Ts'ong.

Żuławski uważał się więc za prowodyra takich praktyk na gruncie polskim, po części słusznie, należy wszak pamiętać, że na starym pleyelu grywał już Zbigniew Drzewiecki w latach 60. Mój stosunek do „historycznie zorientowanych” interpretacji jest dość ambiwalentny, w naszej dyskusji występowałem więc, aby ją podkręcić, jako ich zdecydowany wróg, co jednak pana Andrzeja szybko zniechęciło (z nim należało się zgadzać i tylko zgadzać), przerzucił się więc na złośliwostki pod adresem Mariana Pankowskiego i na tym koniec naszej krótkotrwałej znajomości.

Największy boom na nagrania historyczne miał miejsce w epoce wczesnokompaktowej, kupowało się więc symfonie Beethovena pod dyrekcją Hogwooda (do dziś mi się podobają, choć nie są to już „te najważniejsze”), a „Fantastyczna” Berlioza wydawała się świeża i wywrotowa w brzmiącej obecnie nieco „antykwarycznie” wersji Norringtona. Ale już Harnoncourt nigdy mi się zbytnio nie podobał (wyjąwszy opery Monteverdiego, gdzie atrakcją jest udział Cathy Berberian), był suchy i zbyt „uczony”, a z kolei Gardiner zbyt gwiazdorski i przez to pusty jak wydmuszka; pamiętam też przyjazd do Krakowa zespołu La Petite Bande z Mszą h-moll, i fałszujące nieznośnie osiemnastowieczne trąby w zimnym wnętrzu kościoła Piotra i Pawła, którego fatalna akustyka jest wręcz legendarna (na płycie brzmi ta Msza znacznie lepiej).

Tak więc bywało z tym różnie, jedno wszakże przeżycie okazało się wręcz wstrząsające, a miało miejsce w samochodzie Katariny Šalamun-Biedrzyckiej, którym jechaliśmy do Sosnowca, na obronę pracy doktorskiej Agnieszki Będkowskiej-Kopczyk. Dobiegł nas wówczas z radia Koncert fletowy Vivaldiego zwany „Burzą na morzu” w wykonaniu Giovanniego Antoniniego i jego zespołu Il Giardino Armonico, takiej ekspresji z dzieł „rudego księdza” nikt wcześniej nie wydobywał, była w tym i dokładność, i szaleństwo (pietyzm w połączeniu z brawurą), brzmienie soczyste, a zarazem chropawe, zakochałem się. Nabyłem też od razu sześciopak vivaldiowski tej formacji, jak również Concerti grossi Haendla, płyty te były przez jakiś czas w nieustannym słuchaniu, po czym jednak wciągnęły mnie inne rzeczy, z okresu ponadhistorycznej (acz też już historycznej) nowoczesności, zauroczenie minęło.

Acz gdy się dowiedziałem, że Giardino będą koncertowali w Katowicach, w sali NOSPR-u, postanowiłem się na nich udać, zwłaszcza że tak czy owak wybierałem się na Śląsk (będą mi się już chyba zawsze kojarzyć z tym Śląskiem, taki los). Antonini został w międzyczasie szefem festiwalu Vratislavia Cantans i zespół występuje dość często w południowej Polsce, gościł nawet w moim rodzinnym Krotoszynie, jednak w Warszawie nie słyszano go od lat, ja zaś nie byłem nigdy w owej słynnej sali, która wraz ze szczecińską i wrocławską uchodzi za jedną z najlepszych na świecie, zatem dwie pieczenie na jednym ogniu, do tego repertuar już nie barokowy, lecz klasycystyczny, Haydn z odrobiną Mozarta na osłodę, bardzo dobrze (sam Antonini poszedł już zresztą dalej i z orkiestrą z Bazylei nagrał symfonie Beethovena, z których dwie kupiłem sobie też zresztą w Katowicach, i bardzo mi przypadły do gustu).

Zacznijmy zatem od sali. Sam budynek nie budzi specjalnych wzruszeń, jest zwykłą kostką mydła czy też raczej masła, jak to się teraz stawia, pewnie ze względów oszczędnościowych, prawie nie do odróżnienia od stojących opodal gmachów Muzeum oraz Biblioteki. W środku natomiast opływowość, szlachetny walor brunatnego drewna, jeszcze ćwierć wieku temu panowałaby zapewne jasność i kanciastość, teraz zwracamy się ku formom organicznym, ogarniającym słuchacza jak jakaś wielka macica. I do tego akustyka, też już legendarna, ale in plus, że taka dobra, i rzeczywiście, gdy przed koncertem pani w przeciwległym kącie sali kartkowała program, słyszałem to z najwyższą dokładnością, przypomniała mi się „Podróż do wnętrza ziemi” Verne'a, ten moment gdy bohaterowie rozłączeni w podziemnym labiryncie zaczęli nagle słyszeć się nawzajem, także i tutaj można by sobie wysyłać jakieś szepty, zdławione wyznania, świetna sceneria dla nowoczesnej fabuły romansowej bądź szpiegowskiej.

Jednak gdy zespół zaczął grać, akustyka ta dała o sobie znać w sposób dość nieprzyjemny, a sęk w tym, że o ile na zewnątrz panował mrozik, o tyle wewnątrz napływały na nas fale przyjemnego ciepła, powodujące, że każdy co chwila kaszlał, siąkał, odchrząkiwał, starając się to oczywiście jakoś stłumić, ale tłumić się nie dało, bo akustyka, jakby trochę za dobra. Oczywiście, w sensie muzycznym, dało się też słyszeć każde pociągnięcie smyczka, każdą dokładność oraz niedokładność, i było to wspaniałe, lecz jednak sala zaprojektowana została z myślą o dziełach raczej Mahlerowskich, toteż dwudziestoosobowość Giardina wywoływała wrażenie jakiegoś, powiedzmy, niedoboru. Niemniej, Szósta symfonia Haydna (pierwsza z cyklu „Pory dnia”, a zatem Le matin) zabrzmiała wybornie, w części początkowej zwracała na siebie uwagę partia fletu, w drugiej – solowych skrzypiec (pozwalających sobie na trochę może zbyt rozbuchane improwizacyjne wstawki), w trzeciej – kontrabasu i wiolonczel, co wszystko łączyło się zgodnie w uroczym finale; te wczesne symfonie Haydna to wciąż jeszcze odblaski formy concerto grosso i w interpretacji Włochów cała ta migotliwość została odpowiednio wydobyta. Po czym nadeszła pora na Haydna późnego, gdy był u szczytu formy i pozwalał sobie na różne (oczywiście w stosownym zakresie) harmoniczne ekscesy i przedromantyczne ekspresje, jednakże śpiewaczka Sandrine Piau w roli oszukanej nieco przez bogów królowej Bereniki wypadła raczej blado, jej głos nie umiał być słodki ani szorstki, był raczej matowy, a królewskość reprezentowała co najwyżej suknia, złota i wspaniale skrojona.

Gwoździem drugiej części koncertu była symfonia Haydna zamykająca jego okres Sturm und Drang, z podtytułem „Tempora mutantur”, w nawiązaniu do epigramatu Johna Owena, że niby czasy się zmieniają tak po prostu, a tylko człowiek zmienia się na gorsze, nader aktualna sentencja, symfonia jednak (sam Haydn wtedy zmieniał się, osiągał swój wymiar „apolliński”) okazała się trochę jakby zbyt potencjalnie masywna, nie dając zarazem okazji do półkameralnego grania, nie wypadła zatem tak dobrze jak ta poprzednia, choć oczywiście swoją drogą bez zarzutu. Co do Piau natomiast, wystąpiła tym razem w sukni czerwonej „zwiewnej”, ale w repertuarze Mozartowskim ciągle jej było nie do twarzy, na Zuzannę z „Figara” wydawała się trochę zbyt dojrzała, na donnę Annę z „Don Giovanniego” za mało wirtuozowska, dopiero w bisie (którym była ta urocza aria z „Zaidy”, „Ruhe sanft, mein holdes Leben”) oczarowała nas liryzmem z odrobiną lekkiej goryczy. Potem zaśpiewała coś jeszcze, nie pamiętam, bo zbieraliśmy się do wyjścia, kolejki do szatni okazały się zaiste kilometrowe. Piękny koncert, ale czegoś w nim brakowało, jakiejś „burzy na morzu”, gra Giardina zrobiła się jakaś miękka, bez tej dawnej zadziorności, przesady, jesteśmy z Antoninim prawie w tym samym wieku, bunt się ustatecznia.