Wdowa po pokoleniu

Henryk Grynberg

Poruszaliśmy się z Agnieszką Osiecką w tej samej pokoleniowej przestrzeni. Też zapamiętałem na zawsze  Cybulskiego w „Dwojgu na huśtawce” w Ateneum. Partnerowała mu Elżbieta Kępińska, za którą ganiałem na szkolnych potańcówkach

Wdowa po pokoleniu

Jeszcze 3 minuty czytania

Wdowa po pokoleniu

Agnieszka Osiecka. Lubię farbować wróble” – kolejna książka osiecka (małą literą, bo to przymiotnik) – powstała z rozmów, które wybrała, zmontowała, skompowała Violetta Ozminkowski. Bohaterka urodziła się w Studenckim Teatrze Satyryków, który „tkwił w Skamandrze”, a patronowali mu Antoni Słonimski i Janusz Minkiewicz. Przedstawiała się jako córka Skamandra i szczerze kochała Tuwima. W niezwykle barwnej wiązance rozmów na niespełna dwustu stronicach mówi nie tylko o sobie, lecz o pokoleniu, ktorego symbolami są STS, Bim-Bom, Szkoła Filmowa, Hłasko, Cybulski, Kobiela, Komeda. Została „wdową po pokoleniu”, które „zaczęło wymierać młodo”. Myślała, „że zawsze będziemy młodzi, że świat poczeka”. Tak samo myślał Hłasko. Cybulski też „nie miał koncepcji dorosłości”, i też trudno go sobie inaczej wyobrazić „niż jak chłopaka w czarnej kurtce, okularach, wiecznie dokądś biegnącego”. Byli bożyszczami młodzieży i kapłanami młodości, która okazała się „potwornie ciężkim przypadkiem”. Zwłaszcza u niej, której serce zdążyło „posiwieć”, toteż doszła do wniosku, że „chyba nie ma nikogo, kto by z tego wyszedł bez powikłań”. To jednak przedwczesne uogólnienie, bo wychodzili z tego bez większych powikłań ci, co – przy całym respekcie dla artystycznych dusz – mieli poważniejsze zmartwienia.

„Agnieszka Osiecka. Lubię farbować wróble”. Prószyński i S-ka, 208 stron, w księgarniach od października 2016

Poruszaliśmy się w tej samej pokoleniowej przestrzeni. Też zapamiętałem na zawsze Cybulskiego w „Dwojgu na huśtawce” w Ateneum, „na pierwszej w Polsce okrągłej scenie”, to jest bez dystansu między aktorami a widzami. Partnerowała mu Elżbieta Kępińska, która zawsze mi się podobała i ganiałem za nią na szkolnych potańcówkach w Łodzi, a ona uciekała, bo ja się – całkiem słusznie – jej nie podobałem. Zresztą nie tańczyła z żadnymi chłopcami – żaden na to nie zasługiwał – tylko ze swoją przyjaciółką, też bardzo ładną, która zaraz po maturze wyszła za Nasfetera i ślad po niej zaginął. Świetnie grała wtedy z Cybulskim i byłem z niej dumny, pomimo że nigdy jej nie dogoniłem. Oczywiście, jak całe pokolenie, nigdy nie zapomnę tego ponurego, styczniowego poranka, gdy radio podało, że „biegnąc dokądś”, zginął pod kołami pociągu.

Tych rozmów z lat 1964–1997 nie czytałem (od 1967 roku mieszkałem w Ameryce), lecz portrety w nich naszkicowane wyglądają prawie tak, jak w moich „Uchodźcach”. Przede wszystkim Hłasko: „Marek był urodzonym aktorem. Człowiekiem, który pisze swą biografię nie tylko piórem, ale również żywą krwią. On się rzeczywiście stylizował na różne postaci, a Jamesa Deana wręcz naśladował. Lubił również wcielać się w bohaterów Dostojewskiego. Głównie jednak Marek lubił odgrywać różne wcielenia samego Marka Hłaski. Wtedy pojawiał się między nami w białym kożuchu, jak zbuntowany anioł”. Wdawał się w awantury w Kameralnej i był tam „ogromnie popularny”. Także Wojtek Frykowski, którego „zżerała ambicja” i „chciał coś robić w sztuce, ale zamiast pracować...”. Jednym celnym zdaniem scharakteryzowała Elżbietę Czyżewską: „wiecznie zniecierpliwioną, goniącą za czymś, niezdolną do kompromisu i bardzo niegrzeczną”. W „Uchodźcach” jest potwierdzenie jednego z tych elementów, gdy Ela mówi do swej koleżanki (mojej ówczesnej żony): „Nie narzekaj, masz dom, rodzinę, nie ganiasz za wiatrem w polu”. W ostrzeżeniu do młodszego pokolenia: „nie dajcie się zwariować!” Osiecka dosłownie powtarza to, co napisał Hłasko na kartce, którą jej przywiozłem z Izraela i z tego powodu cały rozdział w „Uchodźcach” nazywa się „Nie dajmy się zwariować”.

Wydział dziennikarski, gdzie oboje studiowaliśmy, był szkołą propagandy. Przyjmowano tam między innymi aktywistów po jakichś kursach partyjnych zamiast matury i „studia służyły im wyłącznie do ustawienia się” na reżimowych posadach. Indoktrynowano nas tam na potęgę, bałamucono, molestowano politycznie, deprawowano, i dobrze ją rozumiem, gdy wyznaje: „Nie umiałam dokonać wyboru w kwestiach politycznych”. U mnie też to trwało i na moje szczęście dokonano go za mnie. Podobnie jak za Hłaskę – na jego nieszczęście (vide „Uchodźcy”). Natomiast nie wierzę, gdy mówi: „z niezwykle nieraz błahych przyczyn wciąż wracałam do kraju!”. Zresztą sama temu zaprzecza kiedy indziej: „mam w sercu taką prywatną Polskę, która nie pozwala mi na emigrację. Jest nią język”. Cztery razy wracałem, więc wiem, jak to jest, gdy się nie ma nic prócz tego języka. Odmówiła, gdy proponowano jej „zaangażowanie się w podziemie, KOR”, bo chciała „dalej istnieć na antenie” i wstydzi się tego. Niesłusznie, bo poeta, (artysta) czuje przymus, żeby robić swoje, to, co umie lepiej od innych. Całe szczęście, że Miłosz nie zaangażował się w powstanie warszawskie. I ogromna szkoda, że Baczyński się zaangażował.

Nie zgadzam się również z określeniem stalinizmu jako „najbardziej fanatycznego kultu, z jakim miał do czynienia świat dwudziestego wieku”. Najbardziej fanatyczny był hitleryzm. I nie kult Stalina, lecz Hitlera był „rodzajem zbiorowego zahipnotyzowania”. Stalin nie hipnotyzował, lecz deprawował i gnoił. Hitleryzm selekcjonował i eliminował, a stalinizm przeciwnie, starał się każdego umoczyć. Nieprawda, że „te sprawy [powszechna kolaboracja] nie były takie proste, jak by się chciało, żeby były”. I że „Miłosz sam doskonale o tym wiedział”. Wprost przeciwnie, sprawy te były prostsze, niżby się chciało, a Miłosz nie wszystko wiedział, bo wcześnie uciekł, i miał osobiste powody, żeby szukać usprawiedliwienia („Zniewolony umysł”). Nasze pokolenie po Październiku szukało ucieczki w sztuce i to była nasza najpiękniejsza cecha. Cybulski (siostrzeniec Jaruzelskiego) „o Polsce mówił niewiele, nigdy nie wygłaszając mów na ten temat”. Raz „gdzieś kiedyś powiedział, iż czuje się odpowiedzialny za Kieleckie i Rzeszowskie. A kiedy wypowiadał te słowa, widać było, że tak naprawdę czuje...”. Dlaczego? Tak mówią i czują ludzie o czystym sumieniu. Jego wuj nigdy czegoś takiego nie powiedział i przypuszczam, że nie czuł.

Osiecka uważała swoje piosenki za zakamuflowane „nowele, opowiadania” i to prawda. Notabene każdy wtedy chciał być nowelistą, jeśli nie powieściopisarzem. Hłasko był poetą, który wstydził się pisać wiersze. Ona się nie wstydziła, ale wolałaby, żeby to była proza. Potwierdzają to jej niezbyt udane próby prozatorskie. Marzyła jej się między innymi powieść o tym, że „mężczyzna porywa dziewczynę ... Umawiają się pod ciemnym niebem, ona przyjeżdża z tobołkiem, zerwała ze wszystkim, a on się nie stawia. I ona ... stoi wiele godzin, potem płacze, a potem sobie tam urządza... dom, wciąż czekając”. Tylko że w Hollywood opowiedziano tę fabułę kilkadziesiąt lat wcześniej na filmie i bardziej wiarygodnie, bo tamta czeka, żeby się zemścić.

Jaki mężczyzna się Osieckiej podoba? „Taki, który ma dużo czasu dla kobiety”. W tym tkwi zasadniczy konflikt płci. Mężczyźni mają na ogół mało czasu (a najmniej artyści). Dlatego „boją się mocno kochających kobiet” i „często uciekają od tych wspaniałych, namiętnych, pięknych do spokojnych, niewymagających”. Owszem, „wolą spokój niż szalone uczucia”, bo „zaborcza partnerka przeszkadza w osiąganiu sukcesów zawodowych, a mężczyzna chce być doskonały w tym, co robi, a nie w miłości”. Ja bym dodał, że taka partnerka przeszkadza z premedytacją, nie chcąc się pogodzić z faktem, że mężczyzna żyje dla tego, co robi, a nie dla niej. Zresztą Osiecka przypomina takiego mężczyznę, gdy wyznaje, że stosunki fizyczne „przydarzały [jej] się tylko z głuptasami”, a „z mądrymi chłopcami” kochała się tylko platonicznie. O „dzisiejszych” dziewczynach weteranka mówi, że „nie potrafią wypowiedzieć swoich uczuć, bronią się przed nimi, nie chcą być zranione”, ale to samo można powiedzieć o chłopcach tak dzisiejszych, jak i wczorajszych. Zatem teorie seksualne ewidentnie nie nadążają za praktyką. Nie do wiary, ale ta najpopularniejsza kobieta pokolenia bywała bardzo samotna: „Często zaglądam sama do rozmaitych barów”. Pewno było w tym coś z wiadomej samotności na szczycie. „Najbardziej boję się być sama w nocy w pustym mieszkaniu”. Ten lęk jest raczej nieznany mężczyznom i przypuszczam, że jest przejawem jeszcze jednej zasadniczej różnicy płci.

Teorie dorabia się do własnych umiejętności i skłonności. Dlatego skamandryczka, która nie lubi „tłuc kotletów”, głosi, że „nie można połączyć pisania ze starannym prowadzeniem gospodarstwa”. Ja zaś z doświadczenia wiem, że można i że jest to przydatne – jeśli nie konieczne – dla równowagi psychicznej. Auden, jeszcze bardziej doświadczony, twierdził wręcz, że gdyby istniała szkoła poetów, to jednym z obowiązkowych przedmiotów powinno być właśnie gotowanie. „W jednej dziedzinie nie pozwalam niczego zmienić – w dziedzinie języka. Awanturuję się o każdy przysłówek ... Nawet z tłumaczem potrafię się kłócić o każdy przecinek i znak przestankowy”. Po tym się poznaje poetów.

Niem znam nikogo innego, kto by umiał tak elokwentnie jak ona improwizować w rozmowach, lecz improwizacja ma to do siebie, że wymyka się spod kontroli i łatwo wpada w sprzeczności. Toteż raz „w Marku było coś z błazna”, a drugi raz „z Marka zrobiono błazna, którym nigdy przecież nie był”. Jej ciotka Zofia Raczyńska-Arciszewska jest pułkownikową, a innym razem podporucznikową. Twierdzi, że jej rodzice mieli „pewną cechę wspólną: niechęć do mieszczuchowstwa”, a mojej żonie i mnie opowiadała, jak jej mieszczańska mamusia rozkładała do jedzenia białą serwetę w koszmarnym pruszkowskim obozie po wygnaniu z Warszawy. „Na mieszczańską kolację nie pójdę, bo nie wiem, co tam mam ze sobą zrobić ani na jakiej zasadzie toczy się rozmowa” – powiada, ale byliśmy razem na kolacji w Beverly Hills u mojej mieszczańskiej mamy – pluszowe meble, kryształowe lustra i żyrandole, polskie srebro i porcelana, polsko-żydowskie menu – i zachowywała się i rozmawiała całkiem normalnie i naturalnie, a wiem, że nie udawała, bo nie umiała udawać. Mówiąc o „kraju skażonym ksenofobią”, przesadziła, że „teatr jest azylem dla takich kundli jak my [bo] tu nikt nikomu nie powie: Nie jesteś potrzebny, odejdź!”. Owszem, powie, może nie takiemu „kundlowi” jak ona, ale takiemu jak ja, i właśnie w teatrze, który najbardziej kochałem, doświadczyłem więcej antysemityzmu niż gdzie indziej w polskiej kulturze. Już wtedy, przed dwudziestu laty, niepokoi ją „obserwowany na każdym kroku proces zwilczenia. Czasem myślę, że jesteśmy na niebezpiecznej drodze do kanibalizmu” – konkluduje. Tu nie pomyliła się ani na jotę.

Mascha Kaléko, poetka polsko-żydowsko-niemiecka podobno „bała się, że będzie żyć bardzo, bardzo długo i że przeżyje wszystkich swoich bliskich”. Ten najgorszy ból starości został wdowie pokolenia oszczędzony przez to, że wielu jej bliskich umarło bardzo młodo, a i ona stosunkowo niedługo żyła.

Tytuł mógłby być mądrzejszy, a portret na okładce prawdziwszy, bo ta wymuskana damulka to nie ona. Prawdziwsza jest na każdej innej fotografii w tej książce, ale rozmowy, sam na sam z Agnieszką Osiecką, są fascynujące i już dawno nie spędziłem tak dobrze wieczoru.