FANTAZJA: Lepiej sobie wyobraź
Olaus Magnus, „Carta marina”, 1539

11 minut czytania

/ Sztuka

FANTAZJA: Lepiej sobie wyobraź

Weronika Murek

Właściwie każda mapa jest wytworem fantazji, wariacją na temat rzeczywistości. Nigdy nie jest wierna ani dokładna; jest selekcją, syntezą, składanką – redukuje i kompiluje. Skutecznie z niej korzystać znaczy przyjąć jej zasady, zgodzić się na symbole

Jeszcze 3 minuty czytania

Prawdopodobnie człowiek nie jest całkiem pusty w środku, alarmuje autor papirusu sprzed sześciu tysięcy lat. Nie twierdzi wprawdzie, że śledziona istnieje na pewno – do szaleństwa jeszcze daleko, niemniej: dopuszcza taką ewentualność, jak i to, na przykład, że w każdym z nas od dnia narodzin aż do śmierci panuje wielki upał. I to, że napędzani jesteśmy dwoma rodzajami powietrza: życiodajnym, które wpada przez prawe ucho, i śmiertelnym, wpadającym przez lewe.

Podobnie ma się rzecz ze starymi mapami: z braku wiedzy tworzący je zwracają się w stronę fantazji – wobec białej plamy, pustej kartki, chwili ciszy wyobraźnia zaczyna pracować natrętniej i żwawiej, zgodnie z zasadą, że życie nie znosi próżni. Najpierw pojawiają się zmyślone wyspy, zbytki lądowe, strzały w ciemno – często rysowane tylko z powodów estetycznych; ówcześni kartografowie nie znoszą pustej przestrzeni, mapy nie tyle mają wskazywać drogę, ile służyć do ozdoby ścian, stąd ważne, aby świat dobrze wyglądał, a lądy były rozłożone elegancko i proporcjonalnie na wszystkie strony świata.

Być może to właśnie kwestia gustu sprawia, że na starych europejskich mapach Kalifornia przedstawiana jest jako wyspa. Skąd się wziął błąd, nie jest do końca jasne, wiadomo za to, że wbrew wiarygodnym relacjom podróżników i misjonarzy kartografowie uparcie będą przedstawiali Kalifornię jako wyspę aż do 1747 roku, kiedy król Ferdynand VI oficjalnym dekretem ogłosi, że to nieprawda – a nawet i wtedy w niektórych miejscach będzie można kupić dwie wersje mapy w zależności od gustu i światopoglądu.

Czasem zmyślone wyspy są efektem zręcznej sztuczki wydawców, sygnaturą, swoistym znakiem wodnym, będącym zabezpieczeniem chroniącym przed plagiatowaniem; blagą zwielokrotnioną i powielaną tyle razy, że staje się faktem. Dorysować wyspę mapie nie jest trudno, naprawdę trudno ją potem wywabić. Wyspa Sandy pojawia się na wielu mapach już w XIX wieku, o tym, że nie istnieje, informują uczestnicy jednej z ekspedycji w roku 2003, z Google map usunięta zostanie dopiero w listopadzie 2012 roku.

FANTAZJA – numer tematyczny

O czym marzymy i jakie mamy – jako jednostki i społeczeństwa – koszmary? Polskie fantazjowanie o heroicznej śmierci („czy poszedłbyś?”), telewizyjne fantazje o wspaniałym życiu, fantazjowanie o końcu świata i wojnie, fantastyczne wizje przyszłości i fantasmagorie współczesności. Współczesna niepewność przyszłości, rozłam politycznego status quo, rozwój mediów i zjawisko postprawdy zdają się sprzyjać fantazjowaniu. Tam, gdzie realność traci grunt pod nogami, a mechanizmy rządzące światem stają się niejasne – otwiera się przestrzeń dla pracy wyobraźni.
Zobacz wszystkie teksty albo pobierz numer tematyczny jako e-book w formacie EPUB lub MOBI

Słynne „hinc sunt dracones”, tu są smoki – pojawiające się rzekomo na starych mapach we wszystkich tych miejscach, w których kartografia stawała się bezradna i autor mapy przyznawał, że nie wie, co dalej – jednocześnie funduje świat i odstrasza przed jego poznawaniem.

Zanim więc Europejczycy zejdą po raz pierwszy na nową ziemię, wezmą ją we władanie fantazji (Darran Anderson pisze o kolonializmie poprzez fikcję); zasiedlą fantastycznymi roślinami i stworzeniami i tak szczodrze rozbujają wyobraźnię, by późniejsi odkrywcy nowych lądów nie mieli wyboru i musieli wracać z jeszcze bardziej wymyślnymi historiami. Ostatecznie trzeba być przecież skończonym frajerem, żeby jechać na sam koniec tęczy i nie wrócić stamtąd z garnkiem złota. Opowieści o dziwnościach są niemalże obowiązkowe; Krzysztof Kolumb od pierwszych chwil na nowym lądzie skwapliwie opisuje dziwa, o których słyszy: Syreny, Amazonki, Psiogłowych, kanibali. Kto nie widział, ten nie był – zauważa Kepler. Białe plamy na mapach to w pewnym sensie istotnie jest el Dorado.

W 1165 roku cesarz bizantyjski Manuel I Komnenos otrzymuje list, który ma pochodzić od mężczyzny określającego siebie Panem Panów. Opisuje on królestwo, którym włada, ziemię zamieszkiwaną przez mitologiczną niemal menażerię: rogatych mężczyzn, centaury, fauny, cyklopy. „Nasz kraj płynie mlekiem i miodem, nie rosną u nas żadne trujące zioła, nie ma skorpionów ani innych niebezpiecznych zwierząt. Nikt nie kłamie, bo kłamca uznawany jest za martwego” – pisze i zaraz dodaje: „przed pałacem naszym stoi lustro – dniem i nocą stróżuje przy nim trzy tysiące mężczyzn. Dzięki temu wiemy, co dzieje się w każdym regionie i w każdym zakamarku naszego królestwa”. (Utopia, ale, jak pisze Oscar Wilde, mapa świata bez utopii nie jest warta nawet tego, żeby na nią rzucić okiem). Zanim okaże się, że wszystko to jest tylko wytworem fantazji, pojawią się niezliczone relacje dotyczące owego miejsca; ktoś będzie utrzymywał, że autor listu jest wnukiem jednego z trzech króli, ktoś inny – że widział zastępy jego armii.

Beato z Liebany, „Mappa mundi”, ok. 1050Beato z Liebany, „Mappa mundi”, ok. 1050 roku

Podczas pobytu w więzieniu Marco Polo opowiada współtowarzyszowi w celi o swoich podróżach. Książka, która powstanie na podstawie jego opowieści, pomyślana początkowo jako podręcznik dla początkujących kupców, jest tak fascynująco nieprawdopodobna, że w krótkim czasie jej autor staje się sławny (w niektórych kręgach pod przydomkiem Człowiek Miliona Kłamstw). Marco Polo opisuje ziemie, które odwiedził, ich surowce naturalne, bogactwa, które zobaczył, ale także miasta, których mieszkańcy byli permanentnie pijani, mężczyzn zjadających ptaki i ujeżdżających jelenie; pisze też o zwyczajach, według których aranżowano małżeństwa między dwoma duchami. „Nikt nie wyobraziłby sobie tego lepiej ode mnie”, przechwala się i zapewnia, że i tak już musiał się powściągnąć, podciąć nieco nogi każdej opowieści – w przeciwnym razie na pewno nikt by mu nie uwierzył. Na mitomanów zżyma się Lucjan z Samosaty, autor jednego z najwcześniejszych znanych tekstów, który według dzisiejszych skali można by sklasyfikować jako science fiction: jestem uczciwszy niż ci, którzy piszą o smokach i morskich potworach, a to z tej racji, że ja przynajmniej sprawiam wrażenie, że mówię prawdę.

Wszystkie te fantastyczne światy zbudowane są z tego, co znamy, ustawionego wobec rzeczywistości tak, abyśmy nie od razu to rozpoznawali. Nie można wyobrazić sobie czegoś, czego się nie widziało. W tym sensie wyobraźnia jest sztuką kompilacji danych za pomocą przesunięć, zszyć, przesady. Prawdopodobieństwo i przesada właśnie najlepiej wyznaczają moment graniczny, czułe miejsce języka, w którym poczciwe słowo „wyobraźnia” (usadzone już przecież wygodnie za stołem codziennego języka) ustępuje egzotycznemu, strojnemu niemal słowu „fantazja”. Z niczego nie ma nic, jak pisze Janosch, bo kultura – to z kolei uwaga Darrana Andersona – to pokój, w którym dobrze niesie się echo – podobnie ma się rzecz z pracą wyobraźni. Prace Gaudiego mogą być oryginalne, on sam jednak przyznaje, że to efekt syntezy tego, co już zastane: „artysta nie tworzy, on odkrywa” – Charles Jenkins, omawiając jego prace, doda: to przecież czysty kanibalizm, Gaudi czerpie ze wszystkiego, trawi jednocześnie elementy arabskiej kultury, motywy gotyckie, botanikę. Anna Wieczorkiewicz w „Monstruarium” przytacza opowieści Bartłomieja Anglika o słoniach walczących z jednorożcami poprzez rozpostarcie uszu i smaganie nimi przeciwnika. „Bartłomiej sam tego nie wymyślił”, pisze Wieczorkiewicz, w świat „nieznany z doświadczenia, ale nawiedzany w wyobraźni” wszedł dzięki źródłom i pismom znawców natury i medycyny, tekstom Arystotelesa, Hipokratesa, świętego Augustyna i wielu innych – „splatał różne motywy, by dać możliwie pełny wgląd w naturę rzeczy”; fantastyczne światy i stworzenia to w istocie składanki tego, co znajome czy realne, odstępstwa od rzeczywistości, jej echa – a wszystko to służyć może alegorii. Wyobraźnia zostaje poskromiona, zaprzągnięta do pracy wobec metafory; dzikie zwierzę złożone na kolanach poczciwego kupca, któremu ma opowiadać, dlaczego warto zachowywać się raczej dobrze niż źle.

Anna Wieczorkiewicz przytacza fantastyczne przyklady z Physiologusa, z którego czerpać będą średniowieczne bestariusze, i zauważa, jak często te niewiarygodne stworzenia, zdarzenia czy kraje będą metaforami czy przypowieściami: w Scytii, rzekomo, „są ludzie o uszach tak wielkich, że mogą nimi okryć całe ciało”, oznacza to, że skwapliwie słuchają opinii Boga, a pobożność ta uratować ma ich przed wszelkimi nieszczęściami; „na Południu, w pobliżu ziemskiego raju, mieszkają ludzie, co w ogóle nie jedzą, mają bowiem usta tak małe, że pić muszą przez słomkę. Żyją wonią owoców i kwiatów, a od złego zapachu nagle umierają” – to metafora mnichów ograniczających spożywane pokarmy, którzy umierają wobec złego zapachu, bo tak dalece brzydzą się grzechem, który on symbolizuje. „Są też ludzie z rogami, płaskimi nosami, koźlimi nogami – to pyszni, którzy wszędzie pokazują rogi pychy, wyczuwają, czego im trzeba do zbawienia, a w wyścigu do rozkoszy mkną koźlimi nogami” – i tak dalej.

Jednym z przełomów w sztuce kartografii jest mapa Henry’ego Becka z 1933 roku, przedstawiająca londyńskie metro. Dotychczas wszelkie mapy tego rodzaju bywały nieludzko dokładne – zachowywały kierunki, odwzorowywały zakręty i odległości pomiędzy liniami i przystankami. Problem polegał na tym, że gęstość naniesionych informacji sprawiała, że ostatecznie mapa nie nadawała się do czytania. Beck jako pierwszy zrozumiał, że czytelnicy chcą, by mapa pozwalała dostać się z jednego przystanku na drugi. Pracę zaczął od wyrzucania: uprościł trasy, nadał im kolory, pozostawił tylko nazwy przystanków.

W pewnym sensie więc właściwie każda mapa jest wytworem fantazji, wariacją na temat rzeczywistości. Oddać na mapie świat dokładnie takim, taki jest, pisze Borges, znaczyłoby w zasadzie stworzyć go jeszcze raz, zrekonstruować i pogodzić się z tym, że nie mamy do czynienia już z mapą, ale ze światem bis, powieleniem. Dobra mapa, pisze Peter Turchi, nigdy nie jest wierna ani dokładna; jest selekcją, syntezą, składanką – redukuje i kompiluje, a wszystko po to, żeby zachować swą użyteczność. Czytać mapę można dowolnie, ale skutecznie z niej korzystać znaczy przyjąć jej zasady, wziąć pod uwagę skalę, zgodzić się na symbole, znaki i na to, że składa się i składać się będzie z rzeczy „przejściowo tylko stałych”. Podobnie chyba ma się rzecz z wyobraźnią.