PROJEKT FILM: Związki długodystansowe
fot. Pedro Varga

PROJEKT FILM: Związki długodystansowe

Rozmowa z Martą Kownacką

Dziś do popularnych produkcji – łatwych i przyjemnych – angażowani są ludzie, po których nie widać wewnętrznych rozterek, wątpliwości – mówi Marta Kownacka, reżyserka castingu

Jeszcze 4 minuty czytania

ANNA BIELAK: Zamieńmy się rolami. Gdybyś to ty przeprowadzała ze mną wywiad, bo przyszłabym na casting – o co byś pytała?
MARTA KOWNACKA
: Starałabym się dowiedzieć, jaka jesteś i co potrafisz. Czy masz talent i to tajemnicze „coś”. Zawsze szukam człowieka, który będzie mógł zmierzyć się z postacią. Gdybyśmy były w studio, rozmawiałybyśmy przed kamerą. Nagrywam aktorów. Chcę zobaczyć, jak wyglądają na ekranie i jak brzmi ich głos, gdy zostanie zarejestrowany. Kamera wiele zmienia. Zazwyczaj nie chcę, żeby recytowano przed mną przypadkowo wybrany tekst. Czasem proszę jednak o śpiewanie. Nie po to, żeby sprawdzić, czy aktor ma głos, ale żeby się przekonać, czy ma dobry słuch (lub chociaż poczucie rytmu). To bardzo ważna rzecz – szczególnie, kiedy w grę wchodzi odtworzenie realnej postaci. Kiedy kreuje się postać na podstawie pierwowzoru, trzeba, między innymi, umieć wsłuchać się w melodię słów i odtworzyć ją w języku. Poznaję też osobowość aktora. Często widać, że jedna osoba lepiej się sprawdzi w dynamicznej roli; druga sprawniej wcieli się w postać wycofaną lub neurotyczną. Choć naturalnie utalentowany aktor powinien zagrać wszystko.

Naprawdę w to wierzysz?
Tak. Utalentowany aktor potrafi zaskoczyć widownię, nawet jeśli zdążyła go już zaszufladkować. Jak w przypadku Eryka Lubosa, którego w „Sztuce kochania. Historii Michaliny Wisłockiej” wraz z Marią Sadowską obsadziłyśmy w roli amanta, ukochanego Michaliny. Czułam, że może się podobać kobietom i okazało się, że tak właśnie jest.

Czułaś? To wystarczy?
Czasem aktor bardzo dobrze gra, ale nie czujesz, że masz przed sobą postać. Coś nie ciągnie. Dlaczego? To tajemnica, która tkwi w ludziach; albo inaczej – owo „coś”, które sprawia, że od pierwszego wejrzenia nie masz wątpliwości, że znalazłaś właściwego człowieka tak jak wtedy, gdy się zakochujesz, choć jeszcze nie masz pojęcia, dlaczego w tej, a nie innej osobie. Intuicja jest bardzo ważnym elementem w mojej pracy. Podpowiada niestandardowe rozwiązania. Bardzo często niosą one ze sobą ryzyko – zwłaszcza, kiedy mam do obsadzenia drugie plany. Uwielbiam to jednak robić, bo drugie plany i małe role nadają historii charakter. Film przypomina XIX-wieczny obraz lub staje się opowieścią futurystyczną nie tylko dzięki scenografii, ale i dzięki twarzom, które widzimy.

Marta Kownacka

Reżyserka castingu. Studiowała organizację produkcji na Uniwersytecie Śląskim na Wydziale Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego w Katowicach i scenopisarstwo w Studium Scenariuszowym PWSFTviT w Łodzi. Pracowała m.in. przy: „Falach”, „Sztuce kochania”, „Bodo”, „Jesteś Bogiem”, „Wojnie polsko-ruskiej”, „Magicznym drzewie”.

Jak wyglądają XIX-wieczne twarze?
Jeśli przyjrzymy się portretom przedstawicieli wielkomiejskiej społeczności z przełomu XVIII i XIX wieku, zobaczymy ludzi o twarzach według dzisiejszych norm zaniedbanych, wyrazistych, bardziej romantycznych lub dziwnych, innych – ale oddających osobliwy charakter tamtej epoki. Szukałam kiedyś powojennych warszawskich twarzy i oglądałam mnóstwo zdjęć i kronik z lat 50. Zaglądałam nawet do rodzinnych albumów. Ludzie po wojnie wyglądali zupełnie inaczej niż dziś. Żyli w innym stanie ducha. Patrzyli na świat z innej perspektywy. Więcej przeszli; ich twarze miały specyficzny wyraz – i kryło się w nich mnóstwo dramatyzmu. Tym ludziom brakowało poczucia bezpieczeństwa, nosili w sobie ogromne pokłady odwagi, wręcz dezynwoltury. I to było widać. Kamera lubi się przyglądać takim twarzom. A ja lubię obsadzać produkcje, w których mogę dać szansę aktorom mającym mniej szczęścia, bo nie odpowiadają bieżącym kanonom urody i potrzebom rynku.

Jakie twarze są teraz modne?
Modne – to chyba nie najlepsze słowo. Poszukiwane są ładne i sympatyczne twarze. Dziś do popularnych produkcji – łatwych i przyjemnych – angażowani są ludzie, po których nie widać wewnętrznych rozterek, wątpliwości.

To twarze banalne?
Nie. To raczej twarze mające pozytywną aurę. Nie spowodują, że się zmartwisz. 

Co liczy się bardziej niż wygląd?
Najbardziej liczy się talent i wrażliwość. To one sprawiają, że aktor – który na pierwszy rzut oka nie pasuje do danej roli – potrafi się przemienić i stworzyć postać. Niektórzy mówią w żartach, że aktor powinien mieć twarz jak kozia dupa – czyli niewyrażającą niczego; nabierającą charakteru dopiero, kiedy aktor wciela się w konkretną postać. Coś w tym jest. Uroda jednak, jak wiadomo, nie przeszkadza.

Dziś coraz popularniejsze stają się tzw. self-tape’y. To bardzo ułatwia życie aktorom, a reżyserzy castingu na ich podstawie często robią pierwszą selekcję. Jak się dobrze nagrać?
Na kamerę i nie pod światło! I w mało absorbującej scenografii – co nie znaczy, że najlepiej nagrywać się na tle białej ściany. Zazwyczaj aktor dostaje tekst, który ma zagrać. Jeśli go nie ma – czasem wystarczy powiedzieć parę słów o sobie. To zazwyczaj wstępny etap castingu.

Przypomina mi się scena z „La La Land” Damiena Chazelle’a, w której Mia wspomina na castingu swoją ciotkę i jej skok do Sekwany. Chwyta wtedy za serce, ale też sprawia, że się zastanawiam, gdzie leży granica między profesjonalną prezentacją siebie a zbędną prywatą?
Nie ma takiej granicy. „Opowiedz mi o swojej miłości” – to tekst, który aktor może usłyszeć na castingu i musi poszukać tej opowieści w sobie. Korzystanie z własnych doświadczeń to przecież podstawowy punkt odniesienia dla aktora. A granice między tym, co prywatne, a tym, co publiczne, często i łatwo się zacierają.

Czym różni się casting dla profesjonalistów od castingu dla amatorów?
Robienie castingu dla amatorów to trudna rzecz. Wyższa szkoła jazdy. Czasem trzeba stanąć na rzęsach, żeby znaleźć interesującą, dorosłą osobę, która ma talent lub jest w niej coś prawdziwego i charyzmatycznego. I pasuje do postaci lub wręcz ją tworzy, użyczając jej własnej osobowości. A co najważniejsze – jest w niej też chęć i odwaga, by zmierzyć się z pomysłem reżysera.

Mówisz o dorosłych, a jak jest w przypadku dzieci?
Jak znaleźć dziecko, które umie odnaleźć się na planie i nie przestraszy się wpatrzonej w nie pięćdziesięcioosobowej ekipy? Takie dzieci dojrzewają obok planu. Rodzice od małego przyprowadzają dzieci do studiów castingowych. Maluchy oglądają je, oswajają się z przestrzenią i obecnością kamery. Wiele dzieci, które najpierw bały się wejść do studia, po kilku latach staje przed kamerą i rozmawia się z nimi jak z profesjonalistami. Niczego się już nie wstydzą ani nie boją. Do mnie należy ocena, czy kiedy dziecko mówi: „Poproszę ciastko i lody!”, mówi prawdę czy udaje. Zapamiętuję dzieci, które do mnie przychodzą. One przy mnie rosną, rozwijają się. A potem, kiedy potrzebujemy sprawdzonego dwunastolatka – wiem, do kogo zadzwonić.

Znalazłaś kiedyś aktora na ulicy?
Znalazłam w taki sposób chłopca, którego chciałam zaangażować do filmu „Gwiazdy” Jana Kidawy-Błońskiego. Zdarza mi się zaczepiać ludzi na ulicy.

Jak reagują na takie zaczepki?
Każdemu daję wizytówkę, która chroni mnie przed podejrzliwymi spojrzeniami [śmiech]. Wiele osób pisze do mnie potem maile i wysyła zdjęcia. 

Kim jest dla ciebie aktor?
Aktor to przede wszystkim człowiek, który chce się realizować w swojej pasji. Ale, choć to zabrzmi pejoratywnie, aktor jest też narzędziem. Najważniejszy jest film. Czasem zaczynam pracę nad obsadą już na etapie pomysłu – niekiedy nie ma jeszcze wtedy scenariusza. I nawet jeśli historia ewoluuje w radykalny sposób – rysunek głównych postaci zwykle się nie zmienia. Gdy film jest realizowany w modelu producenckim, bywam angażowana w prace nad projektem, zanim pojawi się reżyser. Kiedy pracuję z reżyserem i gotowym tekstem – rozmawiamy o tym, kim są postaci, jakie są; jak je widzimy i jakich szukamy aktorów. Dobry producent także ma wiedzę na temat postaci, które pojawiają się w jego filmie. Wybieramy typy, reżyser dookreśla swoje gusta. Bohaterowie stają się realni. Przyglądamy się im podczas zdjęć próbnych, kiedy wszyscy stają obok siebie. To długi i żmudny proces. Po drodze zdarzają się różne rzeczy – czasem zamieniamy na przykład płeć postaci. Rozmawiamy też o gatunku, konwencji i oczekiwaniach widzów. Za każdym razem główną rolę w rozmowach gra jednak koncept filmu – i do jego potrzeb staramy się dopasować nasze wybory.

Co robisz, żeby pozostać czujna i uważna na innych ludzi?
Uważam, żeby nie wytracić wrażliwości. Mam świadomość, że można popaść w rutynę i bardzo się tego boję. Nie chciałabym niczego przeoczyć. Często się zastanawiam, czy nadal jestem w stanie wszystko dostrzec. Staram się więc odpoczywać – wyjeżdżać na długie wakacje i odcinać się od pracy. Uważam, że trzeba do pracy wracać wtedy, kiedy wraca na nią ochota. I ma się na nią siłę. Zwłaszcza kiedy chce się dawać aktorom tyle energii, żeby czuli się komfortowo. Często podczas castingu robię dokładnie to, co reżyser na planie – przygotowuję z aktorami sceny, wspólnie z nimi szukam rozwiązań, które pozwolą im najlepiej pokazać, co potrafią. Pomagam aktorom zbliżyć się do postaci. Zwracam uwagę na emocje, które powinno się czuć w danym momencie. Sugeruję, o czym można myśleć, grając konkretną scenę. Każdy proces jest uzależniony od tego, czym ma zaowocować. Zawsze sięgam jednak do swojej wiedzy o aktorach – i o ludziach – którą gromadzę przez lata. 

Uwielbiam i bardzo cenię Małgorzatę Adamską, która ma niezwykłą intuicję, wyczucie i wspaniałe podejście do aktorów. Potrafi tak z nimi rozmawiać, że dzieją się cuda. Robiłyśmy wspólnie casting do filmu „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida i bardzo dużo się wtedy nauczyłam. Jeśli zawód reżysera castingu polega na terminowaniu, to Małgorzatę Adamską nazwałabym swoją mistrzynią.

Jak zostałaś reżyserką castingu? To zawód, którego nie uczą w szkołach.
Studiowałam organizację produkcji na Uniwersytecie Śląskim na Wydziale Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego w Katowicach i scenopisarstwo w Studium Scenariuszowym PWSFTviT w Łodzi. W 2000 roku wspólnie z Xawerym Żuławskim zaczęliśmy pracować nad filmem „Chaos”. Figuruję w napisach jako producentka kreatywna, ale wtedy po raz pierwszy zajmowałam się też obsadą. Pracowaliśmy bardzo długo, film miał premierę sześć lat później. Zanim w 2005 roku uchwalono nową ustawę o kinematografii, chaos panował bowiem przede wszystkim na rynku. Nikt nie wiedział, co się dzieje, a już najmniej my. Projekt był trudny, artystyczny. Musiałam z czegoś żyć, więc w międzyczasie i dzięki dobrym ludziom zaczęłam pracować jako drugi reżyser na planach reklam. Tam też zajęłam się castingiem i mnie wciągnęło.

Dlaczego?
Poczułam, że to mnie interesuje, że jestem w tym dobra. Mam doświadczenie w produkcji, umiem czytać scenariusze; jestem też na bieżąco z wydarzeniami filmowymi. Wiem, co w trawie piszczy.

I ludzie lubią z tobą pracować. Jak wygląda współpraca z agentami aktorów?
W Polsce jest dużo dobrych agentów, którzy potrafią dbać o swoich aktorów. Umieją podkreślić ich dobre strony, dopytują się o projekty, a ja udzielam im informacji, bo w moim interesie jest to, by móc wybierać z jak największej grupy osób. Znalezienie kogoś właściwego zajmuje mnóstwo czasu.

Kiedy przychodzi czas na kompromis?
Kiedy jest mało czasu? [śmiech] Ale nigdy nie zdarzyło mi się zaangażować aktora, którego nie wyobrażałam sobie w danej roli. Ważne miejsce w mojej pracy zajmują drudzy reżyserzy biurowi, którzy potrafią tak zaplanować i pogodzić terminy, żebyśmy mieli na planie wybranych aktorów – takich, jakich chcemy. Podziwiam ich pracę. W Hollywood aktor zaangażowany do filmu oddaje mu się na pół roku – siedzi przy planie i czeka na swoje sceny. W Polsce warunki są inne. Często pracuje się pod niewyobrażalną presją. Zdarza się, że aktorów przewozi się z jednego planu na drugi helikopterem, żeby mogli brać udział w kilku projektach naraz i wszędzie dotarli na czas. To brzmi jak sekwencja z filmu akcji.

Na polskim rynku brakuje czasu i pieniędzy, ale też zorganizowanych grup zawodowych. Reżyserzy castingu przez lata byli niedoceniani. To się zmieni?
Reżyserzy castingu to mała grupa zawodowa, która wykształciła się stosunkowo niedawno. Początkowo obsadą zajmował się drugi reżyser, który prócz tworzenia kalendarzówki wykonywał wiele innych zadań na planie – był z niego człowiek orkiestra. Wraz z rozwojem branży filmowej specjalizacja stała się jednak nieunikniona. A o docenienie walczą także inne zawody filmowe. Nie tylko my. Może powstanie koło reżyserów castingu przy Stowarzyszeniu Filmowców Polskich?

Niektórzy porównują reżyserów castingu do strażników stojących u bram – jeśli nie znają aktora, ten nie wejdzie do branży.
Jeśli kogoś nie znam, to rzeczywiście trudno mi będzie zaangażować taką osobę, ale moja praca polega przecież na poznawaniu ludzi. Cały czas uzupełniam swoją wiedzę o aktorach. Regularnie jeżdżę na festiwal Młodzi i Film do Koszalina, bo tam pojawiają się nowe talenty. Aktorów szukam w teatrach. Chciałabym znaleźć czas, żeby pojeździć po teatrach w całej Polsce i zobaczyć, kogo tam spotkam; co się tam dzieje. Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić tej wiosny i będzie to dopiero początek takich podróży. Utalentowanych aktorów jest bardzo dużo. Nie funkcjonują w powszechnej świadomości, bo wielu z nich pracuje na prowincji. Niektórzy z wyboru, inni przegapili jakąś szansę; czegoś nie zrobili, gdzieś nie dojechali. Ktoś nie dał im szansy. Inna sprawa, że jeszcze kilka lat temu aktorzy nie byli w szkole przygotowywani do tego, jak radzić sobie na rynku pracy. Na szczęście to powoli się zmienia. Od jakiegoś czasu dostaję oficjalne zaproszenia na dyplomy do szkół teatralnych. Niedawno studenci poprosili mnie też o radę i zapytali, jak mają wyglądać ich zdjęcia. Staram się dzielić z nimi wiedzą, żeby sobie samej ułatwić pracę.

Kiedyś aktorka podczas wywiadu powiedziała mi, że spędzę z nią pół godziny, więc żebym sobie nie wyobrażała, że uda mi się odgadnąć, jakim jest człowiekiem. Myślę, że miała rację. Ty z aktorami spędzasz czasem jeszcze mniej czasu. Czujesz, że chwila wystarczy, żeby kogoś poznać?
Ale ja spędzam z aktorami całe lata! Poznaję kogoś w szkole teatralnej, na ekranie, w teatrze i śledzę, jak rozwija się jego kariera. Spotykamy się na castingach, wpadamy na siebie na festiwalach filmowych; czasem zwyczajnie na ulicy lub w kawiarni. Przejmuję się tym, co się z nimi dzieje. Przeżywam ich wzloty i upadki. Dbam o nasze relacje, bo tylko dzięki temu możemy pracować. Mój zawód opiera się na pielęgnowaniu długodystansowych związków.