Demotywatura
Dave Sykes CC BY-NC-ND 2.0

10 minut czytania

/ Literatura

Demotywatura

Maciej Jakubowiak

Niezależnie od tego, czy satyra Olszewskiego jest wymierzona w internet, w tabloidyzację prasy, czy po prostu w późną nowoczesność – okazuje się jałowa, bo autor temu, co krytykuje, potrafi w „#Upale” przeciwstawić wyłącznie kliszę pierwotnej niewinności

Jeszcze 3 minuty czytania

Nie ma dziś chyba pilniejszego zadania niż przemyślenie skutków, jakie dla stosunków społecznych przynoszą technologie komunikacji. Bańki informacyjne, fałszywe wiadomości i internetowy hejt przestały być elementami cyfrowego folkloru – może nieprzyjemnymi, ale w gruncie rzeczy niegroźnymi – w chwili, w której zaczęły współdecydować o porządku politycznym. Nie ma jednak gorszego sposobu na podjęcie tego zadania niż protekcjonalne podśmiechiwanie się, sugerujące, że problem tkwi w nas samych, a jego rozwiązanie jest banalne. Nie jest, nie tkwi, a protekcjonalne podśmiechiwanie się rzadko przynosi dobre skutki.

„#Upał” Michała Olszewskiego opowiada o jednym dniu z życia krakowskiego dziennikarza miejskiego w epicentrum kanikuły. Fej ma poważne problemy z uzależnieniem od internetu, nadmiarem obowiązków zawodowych, życiem rodzinnym, a na dokładkę nieleczone przypadłości neurologiczne i skłonność do sucharów („Mówią tu na mnie Fej, bo siedzę głęboko w mediach społecznościowych i bardzo mnie to kręci”). Bohater żyje w pośpiechu, mierzy się z nadmiarem informacji i bodźców, które usiłuje przechwycić, opakować i pchnąć dalej. I najwyraźniej ma kilka problemów, z którymi wolałby się nie konfrontować.

Fej usiłuje pozałatwiać kilka spraw naraz: wyszkolić stażystów, rozkręcić kilka tematów, zaplanować absurdalną akcję promocyjną, zredagować nadsyłane przez czytelników prace konkursowe, umówić się z kochanką i lekarzem, znaleźć czas na rozmowy z żoną i matką, a po drodze coś zjeść. Tym wszystkim zajmuje się jednocześnie, co sprawia, że ponad trzysta stron powieści wypełnionych jest obsesyjnymi nawrotami słów i obrazów w strumieniu wielozadaniowej świadomości, przerywanym tweetami z tytułowym hasztagiem. Powieść Olszewskiego nie jest jednak próbą stworzenia jakiegoś „Ulissesa” ery internetu, ale ostrą satyrą na to wszystko, co reprezentuje bohater: powierzchowność myślenia, pozorowaną wiedzę, bezrefleksyjny cynizm.

Michał Olszewski, „#Upał”. Znak, 320 stron, w księgarniach od lutego 2017Michał Olszewski, „#Upał”. Znak, 320 stron, w księgarniach od lutego 2017Powieść wyraźnie sugeruje, że problemy bohatera są związane z internetem. Fej nie rozstaje się ze swoimi dwoma telefonami, nieustannie coś sprawdza, postuje, scrolluje, lajkuje. Kiedyś próbował leczyć się z uzależnienia od sieci, ale nieskutecznie. Zresztą może to uzależnienie wcale nie jest chorobliwe, skoro jest tak powszechne. Podobne problemy mają właściwie wszystkie postaci przewijające się w powieści: szef, stażyści, spotykani na mieście znajomi – wpatrzeni w swoje ekrany, zagonieni, nieobecni. Olszewski nie pozostawia wątpliwości: technologia przejmuje władzę nad swoimi użytkownikami i niszczy ich życie.

Tyle że „#Upał” wcale nie jest powieścią o internecie. Jasne, bohater ewidentnie cierpi na FOMO – fear of missing out, lęk przed przegapieniem – ale zanim stało się ono przypadłością użytkowników Facebooka, było chorobą zawodową dziennikarzy (poleca się poczytać Balzaka). A konwencjonalność języka prasy, parodiowana w scenie otwierającej powieść, nie jest przecież skutkiem rozwoju internetu, lecz nadprodukcji piśmienniczej obserwowanej – i obśmiewanej – od ponad dwustu lat. Zresztą z Feja wcale nie jest taki social ninja, za jakiego chciałby go uważać Olszewski. Nie znajdziemy w jego monologu śladów wiedzy o mediach społecznościowych, która wykraczałaby poza narzekania z tygodników opinii: żadnej branżowej terminologii (a to byłby przecież wdzięczny materiał dla parodii), żadnych zaawansowanych narzędzi. A na posty wrzucane spontanicznie dla podgrzania atmosfery, bez planu i koordynacji, nie pozwoliłby sobie żaden zawodowy menadżer social mediów.

Jeśli Olszewski coś obśmiewa, to nie jest to nadmierne zanurzenie w świat internetu, lecz praca w redakcji tabloidu. Gazeta Feja karmi się tanią sensacją, cynicznie podsyca emocje swoich czytelników, nie unikając przy tym manipulowania informacjami. Skądinąd szef Feja, Bezrybicz, regularnie wrzucający na Twittera zdjęcia swoich bicepsów, do złudzenia przypomina redaktora naczelnego pewnego rzeczywiście istniejącego dziennika. W tym świetle złośliwa satyra Olszewskiego, rzekomo poświęcona uniwersalnym problemom użytkowników internetu, okazuje się skierowana przeciwko pracownikom ściśle określonej grupy zawodowej. Powiedzmy to wprost: „#Upał” to powieść, w której redaktor naczelny krakowskiej „Gazety Wyborczej” nabija się z pracowników „Super Expressu”.

Jest to tym bardziej nieuczciwe, że czyniąc z Feja parodię dziennikarza, autor najwyraźniej nie chce dostrzec uwarunkowań, w których tkwi jego bohater (również dlatego powieść ewidentnie jest satyrą, a dlaczego Dariusz NowackiJarosław Czechowicz twierdzą inaczej, pozostaje dla mnie zagadką). Tymczasem spojrzenie na niego z odrobiną empatii, której szczędzi mu autor, pozwoliłoby dostrzec, że w gruncie rzeczy Fej jest ofiarą znacznie większego porządku. Już samo to, że nagradzany dziennikarz z wieloletnim stażem ma na głowie również obsługę mediów społecznościowych i organizację akcji promocyjnych, sugeruje, że redakcja, w której pracuje, ma kłopoty finansowe, które nadrabia, redukując etaty. A to, że Fej nie narzeka na swoją sytuację ani nie próbuje jej zmienić, ale kompletnie utożsamia się ze swoimi obowiązkami (ma pseudonim „Facebook”!) – czyni go podobnym do milionów polskich pracowników głęboko wierzących w system, który ich unieszczęśliwia. W „#Upale” nie ma o tym jednak ani słowa. Dlatego nie ma racji Jan Bińczycki, który twierdzi, że kwestia źródeł problemów głównego bohatera zostaje w powieści „odłożona na przyszłość”. Ona w ogóle nie zostaje wzięta pod uwagę, bo Olszewski źródłem problemów bohatera czyni jego samego.

Niezależnie od tego, czy satyra Olszewskiego jest wymierzona w internet, czy w tabloidyzację prasy, czy po prostu w późną nowoczesność – w ogólnym rozrachunku okazuje się ona jałowa, bo autor temu, co krytykuje, potrafi przeciwstawić wyłącznie kliszę pierwotnej niewinności. Kiedy żona Feja usiłuje zwrócić mu uwagę na ich małżeńskie problemy, pisze: „Czy Ty pamiętasz, że kiedyś było inaczej, czy to dla Ciebie już nieważna prehistoria?”. A sam autor, aby wyeksponować spotwornienie bohatera, wysyła go do – spowiedzi. Olszewski rozgrywa swoją krytykę na prostych – i konserwatywnych – opozycjach: szybkości przesyłu informacji przeciwstawia religijną kontemplację, społecznemu rozproszeniu – poznawanie siebie, wielkomiejskiej alienacji – prowincjonalną bliskość. Rację ma Nowacki: „Michał Olszewski opowiada o świecie po upadku tradycyjnego dziennikarstwa” – tyle że wszystkie opowieści o upadku są mitami zakrywającymi prawdziwe przyczyny naszych kłopotów. Fantazje o powrocie do stanu natury czy do złotego wieku mogą nas co najwyżej na chwilę znieczulić, na pewno nie rozwiążą naszych problemów.

Połączenie fascynacji i obrzydzenia światem tabloidu zbliża „#Upał” do ostatnich powieści Joanny Bator. Olszewski w podobny sposób, jak czyniła to autorka „Ciemno, prawie noc”, zabawia się w rekonstruowanie języka internetowego hejtu. I robi to z podobnym – mało interesującym – skutkiem. Bo też literatura – a już szczególnie dumnie zdystansowana literatura – ma niewielkie szanse prześcignięcia inwencji sieciowej mowy nienawiści. Olszewski nie zbliża się nawet do poziomu ironicznej agresji, jaką uprawiają zawodowi trolle (zainteresowanych odsyłam do ostatniego sezonu „South Parku” albo do powieści Jasia Kapeli). Próbki hejtu, jakie prezentuje powieść, wydają się co najwyżej niewinnymi złośliwostkami serwowanymi przez znudzonych Januszów.

Skądinąd nie do końca wiadomo, czemu miałoby służyć reprodukowanie głupawych postów w literaturze. Podobnie jak nie wiadomo, jaką literacką wartość może mieć parodystyczny strumień świadomości, złożony z najgorszych prasowych i internetowych klisz (jak słusznie zauważa Kinga Dunin: „jest to w lekturze podobnie męczące jak w realu”). A tym właśnie jest „#Upał”: kawałkiem złej prozy podanym w ironicznym nawiasie. Tyle że ten nawias nie zawsze działa tak, jak powinien, bo pomiędzy wyborami bohatera a wyborami samego autora daje się dostrzec sporo podobieństw. Jeśli Fej tonie w strumieniu informacji, to Olszewski konstruuje swoją powieść z kawałków wziętych z rzeczywistych tabloidowych doniesień (a to o okrutnym maratończyku, a to o internetowych znajomych urzędnika państwowego, a to o roztargnionym pracowniku elektrociepłowni). Jeśli uzależniony od internetu bohater potrafi produkować tylko krótkie komunikaty, to autor tworzy powieść podzieloną na niewiele większe porcje. Jeśli w końcu przepracowany narrator nie ma czasu, żeby przemyśleć swoją sytuację, to autor nie ma najwyraźniej czasu, żeby w swojej refleksji wykroczyć poza zużyte koleiniy. Naprawdę, przyganiał kocioł garnkowi.

Oczywiście możliwe jest, że kompletnie nietrafnie odczytuję intencje wpisane w tę powieść (tak to już jest z intencjami), dostrzegając satyrę i ironię tam, gdzie chodziłoby o próbę literackiego przepracowania własnych problemów z uzależnieniem od internetu. Wskazywałby na to wywiad, jakiego udzielił autor Aleksandrze Boćkowskiej z „Gazety Wyborczej” (podaję tę informację bez złośliwej ironii; a może nie?). Tylko dlaczego w takim razie kazałby swojemu bohaterowi pracować dla tabloidu, a nie dla opiniotwórczego dziennika? I dlaczego z taką złośliwością hiperbolizowałby jego słabości, nie próbując ich zrozumieć? Ostatecznie byłaby to szczególna forma znęcania się nad sobą.

Na szczęście nie ma to większego znaczenia. Ironiczny czy nie, „#Upał” nie dostarcza przenikliwej diagnozy kultury, nie analizuje uwarunkowań swoich bohaterów, nie proponuje żadnej formuły funkcjonowania we współczesności. Nie jest też dobrą literaturą, która wynajdywałaby skuteczny język dla mówienia o naszym doświadczeniu. Nie jest nawet zabawny. Jeśli już koniecznie chcemy tworzyć listę szkodliwych skutków istnienia internetu, to czy literatura, która zaczyna przypominać demotywatory, nie powinna znaleźć się na jednym z pierwszych miejsc?