Paris Is Not Burning

8 minut czytania

/ Film

Paris Is Not Burning

Bartosz Żurawiecki

Reżyser filmu „Moonlight”, Barry Jenkins, w opowieści o czarnoskórym chłopcu dojrzewającym w złej dzielnicy Miami ochoczo korzysta ze stereotypowych konotacji siły i słabości

Jeszcze 2 minuty czytania

Krąży po internecie mem, składający się ze zdjęcia Roberta Biedronia na rowerze i tekstu wychwalającego porządki, jakie prezydent Słupska zaprowadził wśród urzędników. „Pomimo swojej orientacji seksualnej potrafił wziąć to całe rozpasane towarzystwo za mordę” – pisze, anonimowy niczym średniowieczny mistrz, twórca owego mema. W jednym z komentarzy ktoś rozsądnie pyta: „a dlaczego «pomimo»?”. Co ma orientacja seksualna do kwestii władzy, przejawów siły czy po prostu przykładów dobrej, profesjonalnej roboty na zajmowanym stanowisku?

Cóż, naiwny nie jestem i wiem, w jakiej kulturze żyję. W zbiorowej świadomości „pedał” oznacza kogoś, kto nie posiada władzy (co zresztą nie wyklucza, a wręcz dopełnia inny stereotyp – że „pedały, jak Żydzi, po kryjomu rządzą światem”). „Pedał” (a i, bardziej poprawny politycznie, gej) jest synonimem słabości, bierności, zniewieściałości – jeśli nawet nie w sensie wizerunku i zachowania, to na pewno podrzędnej pozycji, jaką zajmuje w hierarchii społecznej. Gdy więc nagle trafia się ktoś taki jak Biedroń, kto mimo jawnego „gejostwa”, nie dość, że zostaje prezydentem miasta, to jeszcze robi porządek z (domyślnie heteroseksualną) kliką, wzbudza podziw i zadziwienie zarazem. Jest bohaterem, a jednocześnie kuriozum. I właśnie te klisze myślowe i kulturowe odbija ów celowo panegiryczny i niechcący homofobiczny mem.

Reżyser filmu „Moonlight”, Barry Jenkins, ochoczo korzysta ze stereotypowych konotacji siły i słabości w opowieści o czarnoskórym chłopcu dojrzewającym w złej dzielnicy Miami. Chiron, zaniedbywany przez matkę-ćpunkę, prześladowany przez kolegów za swą delikatność i odmienność, znajduje protektora w osobie Juana, lokalnego dealera narkotyków. To ten twardziel (rzecz jasna, heteroseksualny) stanie się dla chłopaka zastępczym ojcem i stworzy mu wraz ze swoją partnerką prawdziwy dom. On też uczyć będzie Chirona, że nie należy wstydzić się siebie, że trzeba żyć ze sobą w zgodzie, a jednocześnie nie ustawać w walce... I przekaże mu jeszcze parę innych mądrości, nośnikami których zwykle są na ekranie patriarchalne figury.

Gdy jednak Juana zabraknie, nastoletni już Chiron dostanie wycisk od kolegów wołających za nim „pedał”. W drugiej części filmu mamy aż nadto typową opowieść o dorastaniu outsidera w nieprzyjaznym środowisku, a jej kulminacją jest, często wykorzystywana w filmach „coming of age”, scena, w której jedyny przyjaciel ofiary staje się, pod presją otoczenia, jej prześladowcą.

Najciekawiej wypada trzeci akt z Chironem dorosłym. W tej części następuje nieoczekiwana zamiana ról, za przewidywalną jednak cenę wyparcia się nienormatywnej seksualności. A jednak spotkanie dawnych kolegów po latach – pełne napięcia, niewyrażonych wprost oczekiwań i jednocześnie zwykłej radości – wymyka się schematom (nawet jeśli tempo filmu cokolwiek wówczas zwalnia). Tyle że „Moonlight” kończy się w miejscu, w którym mogłaby się zacząć naprawdę intrygująca historia, wcale niekoniecznie opatrzona hasłem: „i żyli długo i szczęśliwie”.

Moonlight. Reż. Barry Jenkins. USA 2016„Moonlight”,  reż. Barry Jenkins. USA 2016, w kinach od 17 lutego 2016 Kameralny, niskobudżetowy, pozbawiony gwiazd film Jenkinsa niespodziewanie stał się sensacją roku i dostał aż 8 nominacji do Oscarów. Żadnym odkryciem nie będzie stwierdzenie, że oscarowe nominacje są wypadkową rozmaitych czynników, z których artystyczne nie zawsze odgrywają najważniejszą rolę. Akademia, krytykowana w ubiegłym roku za brak wyróżnień dla czarnoskórych artystów, postanowiła poprawić swój wizerunek. „Moonlight” idealnie nadaje się na film, który zapewni jej moralne alibi – czy nawet podwójne moralne alibi, bo u dwóch mniejszości. Niedoceniane i pomijane przez hollywoodzkich akademików (a przecież coraz prężniej się rozwijające) kino afroamerykańskie – jeśli bywa nagradzane, to głównie za filmy eksplorujące martyrologiczną przeszłość (vide „Zniewolony”). Podobnie bywa z opowieściami tyczącymi mniejszości seksualnych – na główne statuetki liczyć mogą niemal wyłącznie te, które są hołdem dla ofiar („Tajemnica Brokeback Mountain”, „Obywatel Milk”).

W tym kontekście „Moonlight” to jakiś progres, raz, że łączy oba tematy, dwa – że mimo wszystko nie serwuje nam na końcu tragedii. Pozwala także zwrócić uwagę na problem homofobii w środowisku Afroamerykanów. Jest on złożony, ma swoje źródło w historii, w problemach rasowych i klasowych, w kulcie męskiej siły, która będzie w stanie przeciwstawić się białej dominacji i przemocy. Zarazem, to przecież Barack Obama był prezydentem, który najwięcej zrobił dla równouprawnienia osób LGBT.

„Moonlight” wydaje mi się jednak – zwłaszcza jeśli spojrzymy na niego przez pryzmat tego wszystkiego, co przez dekady zdarzyło się w kinie queerowym – dziełem zachowawczym i poniekąd anachronicznym. Akceptacja własnej seksualności znów jest tu długim i żmudnym procesem, którego efektu nie poznamy. Po drodze zaś widz musi zaliczyć dobrze rozpoznawalne klisze fabularne i myślowe, związane z opozycją siły i słabości, władzy i podporządkowania, wewnętrznej walki i zewnętrznej opresji...

Inna sprawa, że generalnie w kinie LGBT+ (co stwierdzam po ostatnim festiwalu w Berlinie) nastąpił powrót do heroicznych narracji. Pewnie to świadczy o czasach, w jakich żyjemy, o ich – jednak – regresie obyczajowym, spowodowanym przez globalny klimat polityczny. Nie ulega jednak wątpliwości, że dramatyczne, oparte na znanych schematach opowieści wzbudzają łatwe współczucie i w prosty sposób działają na emocje publiczności. Jest więc w nich coś z nieprzyjemnego płaszczenia się przed większościową publiką. Co gorsza, ograniczają one też stylistycznie kino queerowe, zamykają je w wąskich ramach (melo)realizmu. Trudno sobie wyobrazić, że mógłby dzisiaj pojawić się jakiś nowy John Waters lub by światowe nagrody dostało coś tak anarchistycznego jak na przykład „Dyke Hard”.

Powyższe zarzuty odnoszą się również do „Moonlight”, który – mimo subtelności i lirycznych powabów – jest tytułem zwyczajnie przecenionym. Również w porównaniu z innymi filmami o czarnoskórych odmieńcach, chociażby głośnym, buńczucznym dokumentem „Paris Is Burning” (notabene, doczekał się on zarówno kontynuacji – „Kiki”, jak i fabularnej, musicalowej przeróbki – „Leave It on the Floor”), nagrodzoną w Sundance opowieścią o czasach Harlem Renaissance „Brother to Brother” czy niedawną, rewelacyjną i zabawną „Mandarynką”. Żaden z tych filmów nie dostał nawet pół nominacji do Oscara.

Wygląda zresztą na to, że tegoroczną rywalizację o statuetki „Moonlight” – historia cichych zmagań z własną seksualnością, jakby wyjęta z archiwów kultury – i tak przegra z „La La Land”, nostalgicznie zapatrzonym w glamourową wizję Ameryki lat 50. XX wieku. Niestety, obawiam się, że w 2017 mamy więcej wspólnego z latami 50., niż nam się zdaje i niż byśmy chcieli. Stanowczo potrzeba nam nowych lat 60. Nie tylko w kinie.