Jeszcze 2 minuty czytania

Jakub Dymek

OBRAZY: Przymus oglądania

Jakub Dymek

Jakub Dymek

Reakcje na „Klątwę” rządzą się przemożną chęcią wywleczenia wszystkiego na wierzch, pokazania skandalu w najdrobniejszych szczegółach, epatują krwistymi – czy raczej oślizłymi – obrazkami z nadmiarową ekscytacją

„Drwinom z patriotyzmu towarzyszy scena wycia, w trakcie której aktorzy ubrani w sutanny wykrzykują z jękiem, powtarzając słowo «Poooolska», jednocześnie wykonując ruchy imitujące kopulację [...] jedna z aktorek pociera swoje krocze drewnianym krzyżem, wydając przy tym odgłosy skomlącego psa. W trakcie przedstawienia na figurze Jana Pawła II, już po scenie z seksem oralnym, powieszona zostaje kartka z napisem «obrońca pedofilii»” – tak portal państwowej telewizji TVP.Info relacjonował czytelnikom seans „Klątwy” Olivera Frljicia w warszawskim Teatrze Powszechnym. Spektakl miał premierę 18 lutego, do wywołania ogólnokrajowej burzy – z materiałem w głównym wydaniu telewizyjnych „Wiadomości” – wystarczyły trzy doby.

Odpowiadanie na pytanie „dlaczego?” można sobie darować. Jest przecież w spektaklu wszystko, co powinno w nim być – i jeszcze trochę – żeby dokładnie taką reakcję wywołać. A o daleko mniej kontrowersyjne rzeczy kruszono kopie, na podstawie dużo mniej skandalicznych doniesień inkryminowano w Polsce spektakle teatralne i bardziej zachowawczym przedsięwzięciom dopisywano drugie i trzecie dno subwersji (bluźnierstwa, spisku, obrazy)... Żeby nie szukać dalej niż trzy lata wstecz wystarczy wymienić „Śmierć i dziewczynę” we wrocławskim Teatrze Polskim i niedoszłe wystawienie „Golgoty Picnic” na poznańskiej Malcie. Zamieszanie wokół „Klątwy” i oburzenie tych, co mają być oburzeni, naprawdę nie powinno nikogo dziwić – jest zresztą, dla wszystkich uczestników tego sporu, sprawą dość, nomen omen, rytualną i ogrywaną według zgranego już scenariusza.

Znamy i lubimy. Albo i nie lubimy. Nowe jest coś innego i na czym innym polega waga najnowszego skandalu z Frljiciem – skandalistą przecież seryjnym.

Reakcje na spektakl Chorwata w warszawskim Powszechnym stały się w tym przypadku integralną częścią dzieła – a odmienne strategie jego odbioru ujawniły sedno wojen kulturowych. Chodzi, znów, o porno: oryginalny i ponadczasowy probierz kulturowego pęknięcia i oś sporu o publiczną kulturę w zachodnich demokracjach. Kanwa sporu jest typowa. „Klątwa” robi jednak coś doskonale: ujawnia rządy pornograficznej wyobraźni w sercu myślenia konserwatywnego. Reakcje na spektakl – te oburzone i te skreślające go z góry – rządzą się przemożną chęcią wywleczenia wszystkiego na wierzch, pokazania skandalu w najdrobniejszych szczegółach, epatują krwistymi – choć w tym przypadku można też powiedzieć „oślizłymi” – obrazkami z nadmiarową ekscytacją. Część widowni, niby spektaklowi niechętna, przeżywa tak naprawdę „Klątwę” jako serię aktów właśnie, które potem należy sklasyfikować, drobiazgowo opisać, wymienić w kolejności i według hierarchii przekroczenia. W „Klątwie” liczą się kolejne „numerki”.

Niby więc spektakl odrzuca, ale jednak przyciąga, skupia uwagę, domaga się spojrzenia i spojrzenie dostaje.

Najpierw serwis TVP.Info zaserwował swoim czytelnikom relację tak obszerną, że niezostawiającą miejsca na wyobrażenie sobie czegokolwiek, nieprzewidującą niedopowiedzeń i niuansów. Spektakl, jego oburzające fragmenty zostały zresztą powielone przez redakcję portalu nie raz, a dwa razy. Do tekstu można sobie bowiem na stronie telewizji zaserwować nakręcone telefonem komórkowym sceny z „Klątwy”, jakby słowa nie wystarczały. Ale to i tak jeszcze nic w porównaniu z eskalacją, do jakiej doszło w ciągu następnych kilkunastu godzin.

Najpierw telewizja – być może wahając się, czy ostatecznie zdjęcia ze spektaklu wykorzystać na antenie – czytała na głos widzom wpisy z Twittera, by potem, w głównym wydaniu „Wiadomości” uderzyć salwą. Oglądamy więc to, co na scenie zaszło, znów w redundantnym wydaniu, gdzie słowa komentarza i obraz mówią i pokazują to samo. Czyli: mówią i pokazują to, co według intencji autorów serwisu mówione i pokazywane być nie powinno. Tragikomiczny i paradoksalny to show, który z równym efektem  można by zaserwować w totalitarnym sztafażu i sprzedać jako najnowszy odcinek „Black Mirror” albo jakiś kolejny smutny film z gatunku „bałkańskiego realizmu”, który poniewczasie mierzy się z absurdami minionej epoki. „Oto pokazujemy państwu coś, czego za żadne skarby pokazywać się nie powinno. Tfu! Ohyda” – mógłby mówić umundurowany spiker reżimowej telewizji w tym hipotetycznym filmie, aby zadośćuczynić dosłownej i łopatologicznej konwencji, która dziś towarzyszy „Klątwie”.

Swoją drogą, nie da się nie zauważyć ironii – upierać się, że sceny seksu oralnego z papieżem i podcierania się flagą Watykanu są bluźnierstwem i za żadne skarby nie powinno się ich pokazywać za publiczne pieniądze... po czym pokazać je w głównym wydaniu „Wiadomości” w kanale pierwszym polskiej, publicznej telewizji.

Dosłowność, powtórzenie, nadmiar, schematyczność i uporczywość w pokazywaniu „drażniących” scen to cechy gatunkowe hard-core'owej pornografii. Gdyby do tego dodać wylew cielesnych – związanych z płynami ustrojowymi – metafor, jakie zafunkcjonowały w ustach krytyków i dziennikarzy (ja w 24 godziny znalazłem mocz, kał, ślinę i wymiociny) w odniesieniu do Frljcia, to wszystko wskazuje na głęboko zseksualizowaną recepcję tego, co na scenie i wokół niej zaszło. Krytycy i oburzone głosy z Twittera szybko skojarzyły też aktorki i aktorów z „kurwami”, a scenę z burdelem – taki transparent przynieśli zresztą pod Powszechny nacjonaliści, którzy w kilkunastoosobowej grupce pikietowali pod drzwiami – dalej rozciągając takie odczytanie spektaklu. Swoją drogą, inicjację z pornografią wielu ludzi opisuje właśnie jako przerażający moment, w którym obrzydzenie i pożądanie współistnieją – nie wiemy, dlaczego właściwie oglądamy coś, co nas brzydzi, ale wiemy, że chcemy to robić. W przypadku „Klątwy” objawia się właśnie ten dualizm, a także przymus pokazania/obejrzenia wszystkich transgresji. Jeśli prowokacja „Klątwy” nie polegała na tym, co stanie się na scenie, lecz poza nią, udało się w stu procentach. Spektakl zadziałał jak czyste płótno albo biała kartka, która nic nie mówi, ale dopiero zaprasza do sformułowania myśli. Przeciwnicy „Klątwy” w większości nieodnoszący się do materii teatru, pokazali jednak, że z innych powodów „Klątwa” jest im nieobojętna.

Czy przeciwnicy skandalu i obsceny nie powinni przecież poprzestać na tym, żeby dzieło uchodzące za obrazoburcze czy bluźniercze skazać na karę zamilczenia, nieuwagi i ignorowania? Jeśli uważamy coś za niegodne prezentacji, dlaczego nie możemy się oprzeć powtórzeniu słowo w słowo (obraz w obraz) tego, co piętnujemy? Czemu bluźnierstwo bluźnierstwu nierówne? Czy dla osoby potencjalnie urażonej spektaklem Frljicia informacją kluczową, wręcz niezbędną, jest to, czy ktoś na krzyż defekował, czy sikał, czy się onanizował, przytulał, czy jedynie lubieżnie go dotykał?

Linda Williams, kanoniczna autorka, definiując pornografię jako gatunek wizualny, pisała właśnie o „przymusie pokazywania”, odnajdując w pornografii żądzę nawet nie seksualną, ale żądzę widzenia, rodzaj poczucia władzy i pewności płynącej z potwierdzenia wszystkich przeczuć i dającą satysfakcję głodowi „dowodów” mediowanych za pomocą środków wizualnych. Williams uważała, że pornografia nie wypływa z żadnej manii seksualnej, ale co najwyżej manii pokazywania, w której spotykają się dość pierwotne instynkty i nowoczesna, naukowa, pozytywistyczna wiara w moc tego, co pokazane, opisane i udowodnione. Nazwała to „szaleństwem widzialności”.

Tak czytany spektakl Frljicia jest faktycznie pornolem. I chyba znalazł swoją właściwą widownię.