Orać przeszłość

Bartosz Sadulski

W młodopolskim zachwycie i z werwą godną najbardziej opętanych chłopomanią autorów Kamiński zapuszcza żurawia w przeszłość, a w mieszkańcach wsi nie widzi nic poza ich magicznością

Orać przeszłość

Jeszcze 2 minuty czytania

Orać przeszłość

Jeśli istnieje literatura, która niezbędna jest tylko jej autorom, to z pewnością zalicza się do niej „Po stronie cieni” Jana Kamińskiego, mieszkającego, jak podaje Wikipedia, w Białymstoku i Jaryłtówce autora pięciu powieści. Jego najnowsza książka wpisuje się w kilka powieściowych nurtów jednocześnie, ale punktem wyjścia jest dla niej waldenowska przeprowadzka na wieś głównego bohatera, Jana, urodzonego dwa lata po wojnie, czyli dokładnie wtedy co Kamiński. W przeciwieństwie do Thoreau Kamiński nie dąży jednak do opisu egzystencji poprzez, jak je nazywał Tadeusz Sławek, „ogołocone bytowanie”. Pisarz, oddając głos tytułowym „cieniom”, czyli mieszkańcom wsi oraz ich historiom, próbuje jednocześnie nadać sens swojej niewielkiej emigracji, skodyfikować własne życie i wspomnienia, a przede wszystkim uświęcić pozycję pisarza, który w powieści jest skrzyżowaniem jurodiwego z Sokratesem (tak się zresztą nazywa jeden z bohaterów, pisarz oczywiście, zmuszony przez komunistyczną bezpiekę do wyjazdu z miasta).

Jan Kamiński, „Po stronie cieni”. Fundacja Sąsiedzi, 308 stron, w księgarniach od grudnia 2016

Moda na pisarskie wyprowadzki na wieś nigdy u nas poważniej nie zaistniała, pomimo efektownego wyjazdu Andrzeja Stasiuka z Warszawy do Beskidu w 1986 roku, o którym w rozmowie z Dorotą Wodecką mówił: „wolę patrzeć na swoje owce, a nie słuchać kto z kim sypia na przykład albo kto komu pomógł napisać książkę”. W 2014 roku Wojciech Kuczok przyznał, że „Warszawa go nie zapaładniała” i z nostalgią wspominał okres mieszkania w domku na wsi, „idealnym do życia i pisania”, do którego wrócił po rozstaniu z Agatą Passent. Ostatecznie, co widać po jego książkach, wrócił do stolicy. W ślady Stasiuka, Olgi Tokarczuk, która zamieniła Wałbrzych na Nową Rudę, i Lucjana Rydla poszło niewielu, nawet Myśliwski mieszka w Warszawie; Maciej Płaza, autor nagradzanego „Skorunia”, żyje w Poznaniu, a Wioletta Grzegorzewska, autorka „Gugułów”, od ponad dekady mieszka w Anglii. Pisarz polski najchętniej zamieszkuje okolice silnie zurbanizowane, migruje w okresie wczesnego wieku produkcyjnego przeważnie w kierunkach centralnych, widywany bywa zwłaszcza w pobliżu siedzib redakcji i kawiarni. Ruch odwrotny jest ewenementem, z tym większą czujnością należy przyjrzeć się działaniom Kamińskiego. 

Jan, były nauczyciel (tak jak i Kamiński), przeprowadza się na wieś z powodów zdrowotnych, oddaje się wspomnieniom, rozważaniom i uprawie ogródka – tytuł pierwszego rozdziału to „Poletko Pana Boga”, co w prostej linii odsyła nas do książki amerykańskiego pisarza Erskine'a Caldwella, z którym Kamiński ma tyle wspólnego, co Białystok z Bostonem, niemniej warto przypomnieć, że bohater właściwego „Poletka” miał na nazwisko Walden. Zatem jesteśmy w domu, dom jest na pustkowiu, w tym domu Jan otoczony duchami przeszłości hardo zagania je do roboty. Cała wieś, nawet cały region zdają się harować na rzecz literatury pisanej przez Jana, który do swojej powieści niczym do worka bez dna wpycha kolejne historie, motywy, osoby, przeplatając czasy, narracje i tropy, wszystko upycha inteligenckim kolanem, aby niczego nie stracić i nie pominąć.

W konsekwencji „Po stronie cieni” puchnie i rozlatuje się, nie znajdując dla siebie spoiwa. Literackość poszczególnych opowiadań, obejmujących czasy przed- i powojenne, zasadza się głównie na tworzeniu oczywistych opozycji: miasto–wieś, realne–magiczne, sztuka wysoka–sztuka niska czy ludowe–intelektualne. Łączą je osoby i pojedyncze motywy: nietoperza czy upersonifikowanej śmierci, ale nawet przy tych refrenach melodia grana przez Kamińskiego brzmi fałszywie. Głównie dlatego, że nie bardzo wiadomo, na jaką okoliczność jest grana: czy jesteśmy na stypie po pogrzebie minionego świata? czy dzięki grze pamięci powstaje nowe i lepsze, bo zmyślone? Tak czy owak Kamiński jako pisarz kapituluje, bowiem świat jego książki, w zamierzeniu mającej być opowieścią o starości, zmierzchu, jest światem baśniowym, w którym zbrodnia podlega estetyzacji, a morał jest ważniejszy od stylu.

Ucieczka z miasta jest ucieczką nie od siebie, ale do siebie, co wiemy z książek i wywiadów ze Stasiukiem. W młodopolskim zachwycie i z werwą godną najbardziej opętanych chłopomanią autorów Kamiński zapuszcza żurawia w przeszłość, a w mieszkańcach wsi nie widzi nic poza ich magicznością. W jego mniemaniu własnym mitem wieś oddycha tak, jak mieszczuch nabiera w płuca smogu. „Po stronie cieni” nie układa się – jak to było w „Skoruniu” Macieja Płazy – w opowieść o wiejskiej inicjacji i grozie przeszłości ujawniających się dzięki sile języka. U Kamińskiego język nie jest ani narzędziem, ani bohaterem, jest raczej broną, którą autor w napadzie gospodarskiego szału próbuje orać przeszłość. Jego narzędzie jest jednak prymitywne: książkę zaludniają bohaterowie kształtni i soczyści jak kalarepka, a ich powieściowy potencjał jest nienachalnie naturalny (jednonogi wujek, który pochował nogę; ciocia Wacia, której domu strzegą krasnale z wielkimi penisami; czy ksiądz, w którego parafii umierają rzadziej – to cudowna galeria), lecz to nie rytm języka strukturyzuje opowieść, lecz rytm pamięci: synkopowany i unikający chronologii, niegrający z narracją w jednej drużynie, lecz raczej przeciwko niej, tym samym potęgujący wrażenie niezamierzonego chaosu i rozgardiaszu, co nawet mogłoby się podobać, gdyby nie sprawiało wrażenia osiągnięcia zupełnie przypadkowego. Opowieść wymyka się Kamińskiemu z rąk, lecz paradoksalnie w tych momentach, kiedy przejmują ją bohaterowie, robi się najciekawiej.

Kamiński, aby podkreślić swoją pozycję człowieka z innego świata, tworzy bohatera irytująco przekornego: opisy jego mniemań na temat religii czy kondycji ludzkiej są intelektualnie biedne i banalne, przy czym jest to banał najgorszego sortu, banał importowanego mieszczucha, byłego nauczyciela, który nie potrafi przestać pouczać. Kamiński pisze o wsi, jakby nigdy nie było Myśliwskiego z jego poetyckim realizmem, jakbyśmy wciąż żyli w cieniu realizmu magicznego, przyciętego na podlaską modłę. „Późnojesienne noce, kiedy Jan nie wychodził na spotkanie cieni, tylko grzał się przy kominku, popijając nalewkę na wiśniach, były jak żegluga po rozległym oceanie melancholii” – pisze Kamiński i zaraz zdajemy sobie sprawę, że Jan to nie jest pierwszy lepszy w ciemię bity pisarz: Jan jest medium, przez które przemawiają duchy przeszłości, i jako medium rachuje się on z własną przeszłością i starością. To oczywiście miłe, że Kamiński dostrzega w literaturze moc nadawania sensu życiu, ale przy tak jałowym stylu i tylko lekkich stylizacjach jego książka jest co najwyżej zbiorem regionalnych opowieści niesamowitych, tyleż intrygujących, co pustych.

Kamiński próbuje upiec kilka pieczeni na jednym ogniu, a zamiast tego doznaje poważnych oparzeń: „Po stronie cieni” nie sprawdza się ani jako opowieść o wsi, ani jako opowieść o starości, pamięci, utracie, historii czy literaturze. Ostatecznie jest ona regionalną ciekawostką, egocentryczną bajką, w której bawią wyłącznie fragmenty niezamierzenie autoironiczne. Jak ten, w którym bohater mówi sam do siebie: „Jan, chłopie. Przecież tak się nie pisze powieści”, albo kiedy brat powracającego po latach do rodzinnej wsi pisarza mówi o jego powieści: „Czytaliśmy, ale ni chuja nie rozumiemy”. Ostatecznie więc pisarz zostaje skompromitowany, ale musi pisać dalej, bo kolejne stypendium od prezydenta Białegostoku samo się nie przyzna.