W strefie komfortu
fot. George Salisbury

W strefie komfortu

Jakub Wencel

The Flaming Lips to od ponad dwóch dekad czołowi ekscentrycy amerykańskiego rocka niezależnego. Na najnowszej płycie ambicja i doświadczenie ustępują miejsca dawno niesłyszanej u nich muzycznej naiwności. Dzięki temu udaje im się uniknąć wypalenia

Jeszcze 2 minuty czytania

Przy pierwszym kontakcie z „Oczy mlody”, nowym wydawnictwem The Flaming Lips, uwagę polskiego odbiorcy zwraca przede wszystkim tytuł. Swojsko brzmiąca fraza pochodzi ponoć z polskiego tłumaczenia powieści „Close to Home” Erskine'a Caldwella („Blisko domu” to również tytuł jednego z utworów). Lider grupy Wayne Coyne odnalazł ją podczas zakupów w antykwariacie. Przypadkowy, jak opowiadali sami muzycy, polski kontekst nabrał jednak sensu w trakcie powstawania albumu – zarówno w warstwie muzycznej, jak i tematycznej. 

Twórczość Caldwella, współczesnego prozaika amerykańskiego nawiązującego do tradycji społecznego realizmu, raczej trudno powiązać z surrealistycznym eskapizmem cechującym wrażliwość autorów „The Soft Bulletin”. Polski kontekst też wydaje się mylący. Caldwell jest pisarzem wybitnie amerykańskim, mocno zakorzenionym w lokalnej kulturze i problematyce historycznej. Płyta z kolei wydaje się pod względem tekstu i brzmienia być może najbardziej baśniową, najmniej skoncentrowaną i konfrontacyjną pozycją w katalogu zespołu od czasów albumu „Yoshimi Battles the Pink Robots” z 2002 roku.

The Flaming Lips, Oczy mlody, Bella Union 2017The Flaming Lips, „Oczy mlody”,
Bella Union 2017

Coyne wyjaśniał później, że nie interesowało go znaczenie słów, ale ich brzmienie; to, w jaki sposób są „odczuwane”, a nie rozumiane. Paradoksalnie sprawia to, że cała spowijająca album otoczka nabiera pewnego ukrytego sensu. „Oczy mlody” wydają się śledzić fragmenty tekstu „Blisko domu” właśnie „młodymi oczami”, oczami dziecka, które nie jest w stanie zrozumieć znaczenia czytanych słów ani poprawnie ich odczytać, ale pozostaje zafascynowane ich fonetyczną obcością, znaczeniem skrywającym świat niedostępny dla pozbawionego odpowiedniego aparatu poznawczego czytelnika. The Flaming Lips czyta „Blisko domu” właśnie jako pewnego rodzaju atlas nieistniejącego świata.

Tę dziecięcą naiwność, stroniącą od dyscyplinowania wyobraźni w ramach jednej określonej narracji, można rozpoznać właściwie w każdym dźwięku zawartym na tej płycie. Brakuje tu silnego politycznego zaangażowania, ale też widowiskowości, charakterystycznej dla kilku poprzednich płyt zespołu. Czuć to też w warstwie produkcyjnej albumu. Płycie najbliżej jest do tradycji gitarowej psychodelii. Na pierwszym planie figurują jednak głównie dźwięki elektroniczne. Stosowane są one dość oszczędnie i z pewną rezerwą. Służą raczej zmiękczeniu instrumentów kojarzonych z rockowym obliczem zespołu. Tworzą bardzo mglistą, różnorodną i trudną do precyzyjnego uporządkowania dźwiękową przestrzeń. Niektóre utwory – jak „Sunrise (Eyes of the Young)” – nagrane na innym etapie twórczości zespołu, mogłyby stać się przebojowymi hymnami na miarę „Do You Realize?” z 2002 roku (jednego z najbardziej znanych utworów Flaming Lips). Tutaj funkcjonują jako celowo niedokończone szkice.

Tego rodzaju przekora wydaje się czymś doskonale pasującym do twórczej filozofii The Flaming Lips. Jest też logiczną konkluzją ostatnich dziesięciu lat historii zespołu. Obok pełnoprawnych studyjnych albumów zespół nagrał dodatkowo kilka pobocznych płyt, opartych często na dość eksperymentalnych, lub po prostu dziwacznych pomysłach. Wśród nich są między innymi autorskie interpretacje „The Dark Side of the Moon” Pink Floyd, czy „Sierżanta Pieprza” The Beatles, a także „The Flaming Lips and Heady Fwends”. Na tym ostatnim wydawnictwie wśród imponującej grupy zaproszonych gości można znaleźć między innymi Yoko Ono, Nicka Cave’a i Ke$hę. Na oddzielną uwagę zasługuje współpraca z popową megagwiazdą Miley Cyrus. Piosenkarka nie tylko pojawiała się gościnnie na kolejnych wydawnictwach The Flaming Lips, ale również zaprosiła zespół do zagrania na swojej ostatniej, wydanej w 2015 roku płycie, „Miley Cyrus & Her Dead Petz”. Wayne Coyne i Steven Drozd napisali prawie połowę utworów na tym albumie, a grupa zagrała i wyprodukowała również pozostałe piosenki. Towarzyszyli Miley Cyrus także podczas trasy koncertowej. Fakt tej współpracy do dziś nie został w pełni zaakceptowany przez część fanów zespołu. 

„Oczy Mlody” brzmi jak trochę trudniejsza w odbiorze wersja „Dead Petz”. Sama Miley pojawia się wyłącznie w zamykającym płytę „We Are Family”. Może to dzięki brakowi gościnnych występów muzycy wracają do korzeni i dość hermetycznego języka muzycznego grupy. Takie utwory jak „Listening to the Frogs With Demon Eyes” czy „One Night While Hunting for Faeries and Witches and Wizards to Kill” przywodzą na myśl etap „Zaireeki”, słynnego albumu z 1997 roku. Wtedy to po pierwszych komercyjnych sukcesach zespół postanowił całkowicie popuścić wodze fantazji i nagrał album wyjątkowo trudny w odsłuchu – nie tylko przez eksperymentalny charakter samej muzyki, ale także przez sposób wydania („Zaireeka” trafiła do sklepów jako wydawnictwo czteropłytowe, przeznaczone do odtwarzania jednocześnie w czterech różnych urządzeniach).

Nowy album stroni jednak od takiej ekscentryczności. Jest to materiał przyswajalny nawet dla osób niezaznajomionych z twórczością The Flaming Lips. Być może dlatego, że to płyta równie intrygująca, co w jakiś sposób nijaka, pozbawiona czytelnych ambicji. Nie ze względu na zmęczenie zespołu. Wystarczy obejrzeć dowolny wywiad z jego członkami, żeby przekonać się, że po tylu latach grania wciąż nie brakuje im motywacji. Nie ukrywają zresztą tego podczas efekciarskich koncertów. Problemem może być coś przeciwnego – pewnego rodzaju komfort i twórcze spełnienie. Od ambientowego „The Terror” po współpracę z Miley Cyrus – The Flaming Lips przeszło chyba wszystkie możliwe ścieżki kontestacji gatunkowych schematów i branżowych podziałów. „Oczy Mlody” wydają się  chwilą wypoczynku, wyluzowanym gestem satysfakcji po wielu latach poszukiwania granic tego, czym dla gigantów gitarowej alternatywy jest dzisiaj muzyczna niezależność.