Ostrzeżenie z przeszłości
fot. Darek Ozdoba

28 minut czytania

/ Teatr

Ostrzeżenie z przeszłości

Krystyna Duniec

Dziś, kiedy najważniejsze dla większości świata stało się znowu poczucie bezpieczeństwa, kiedy ma miejsce obrona granic i sumień przed solidarnością z ofiarami reżimów, trzeba przypomnieć sobie przedwojenną przeszłość i niechlubne dziedzictwo

Jeszcze 7 minut czytania


Nie idź jednak, bracie,
Za śladem owych fałszywych doradców,
Którzy nam stromą i ciernistą ścieżkę
Cnoty wskazują, a sami tymczasem
Kroczą kwiecistym szlakiem błędów, własnych
Rad niepamiętni.

Ofelia do Laertesa
„Hamlet”

Współcześnie sztuka od jakiegoś już czasu zaczęła coraz aktywniej podejmować globalne problemy współczesnego świata: ludobójstwo, kryzys migracyjny w Europie, biedę, katastrofy naturalne, polityczne i mentalne, egzystencjalne rozczarowania. Pewnie dlatego, że „w świecie wywłaszczonym z utopii”, jak czytaliśmy w zapowiedzi debaty wokół książki Enzo Traverso „Historia jako pole bitwy”, zorganizowanej przez Teatr Polski w Bydgoszczy w 2015 roku, sztuka próbuje siebie traktować jako medium społecznego wpływu. Choć niejednokrotnie zdarza się, że  instrumentalizuje doświadczenie społeczne, mając w istocie charakter autoteliczny, to jednak stara się tworzyć ludzki, artystyczny i polityczny kolektyw, nabrzmiały, jak chciał Erwin Piscator, „potencjałem aktualnych problemów dnia”. Dlatego zatem w narracje teatralne, takie m.in. jak „Kantor Downtown” Joli Janiczak, Joanny Krakowskiej, Magdy Mosiewicz i Wiktora Rubina, „Żony stanu, dziwki rewolucji i uczone białogłowy” Joli Janiczak i Wiktora Rubina, „Praskie Si-Fi” w reżyserii Agnieszki Błońskiej czy ostatnio „Klątwa” Olivera Frljicia, wpisane jest indywidualne doświadczenie, na przykład osobiste doświadczenia aktorów, tych przedstawień fundamentalnych współtwórców. Taki teatr można by określić mianem „intelektualisty ekstatycznego”, który, jak przekonuje Ewa Domańska, zawsze narusza konwencjonalne tematy badawcze/artystyczne i tradycyjnie pojmowaną postawę badawczą/estetyczną. Może z tego powodu, że jak powiada bohaterka „Żon stanu, dziwek rewolucji i uczonych białogłów”, większość najwybitniejszych przedstawień „zaczyna się frustracją a kończy mordem, zniszczeniem i gwałtem”, starając się tym samym uaktywnić marzenie o świecie, w którym „różnice społeczne będą opierać się jedynie na wspólnym pożytku” i w którym każdy będzie mógł kierować się obywatelskim nieposłuszeństwem. Dlatego więc pewnie w spektaklu „Myśli nowoczesnego Polaka. Roman Dmowski (nieautoryzowana biografia)” Grzegorza Laszuka grupa młodych ludzi wysadza pomnik Romana Dmowskiego, za to, że siał zło, bo „zamykał się przed światem, żeby czuć się bezpiecznie”. Walka o poczucie bezpieczeństwa istotnie doprowadza do tego, że „żyjemy w świecie, który dopuścił się bezprzykładnego pohańbienia prawa gościnności. To znaczy prawa Innego do pobytu w naszym świecie”, choć „stawką pytania o sens gościnności jest – ni mniej, ni więcej – próba rozważenia sensu gościnności naszego świata i naszego bycia w tym świecie”(Cezary Wodziński, „Odys gość. Esej o gościnności”).

O tym, jak niegościnna jest dziś Europa, opowiadał teatr m.in. na festiwalu Prapremiery w Bydgoszczy w 2016. W „Empire” Milo Raua aktorzy, uchodźcy z Grecji, Syrii i Rumunii, dzielili się swoimi osobistymi historiami, tragediami, depresjami, cierpieniem i próbą życia mimo wszystko.  Paradokumentalny spektakl „Case Farmakonisi or the Right of Water” Anestisa Azasa przypomniał katastrofę niedaleko wyspy Farmakonisi w styczniu 2014 roku, kiedy za sprawą „niegościnności” utonęło 11 osób. Problem radykalnej polskiej „niegościnności” i rasistowskich konsekwencji narodowego separatyzmu na tle międzynarodowym obnaża premiera „Bóg w dom” Katarzyny Szyngiery w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. „Jak się Polacy wkurwią, to będzie drugie Auschwitz” – ostrzega z teatralnej kościelnej ambony zagorzała katoliczka słowami literalnie przeniesionymi z polskiej realności, bo scenariusz to reportaż dokumentujący autentyczne wypowiedzi.

Może więc muszą artyści dziś porzucać instytucjonalny świat sztuki, „albo przynajmniej wystawiać z niego jedną nogę, a później wracać do niego i wyraźnie z nim grać”, jak przekonuje John Jordan, żeby spotkały się w nim „opór i kreacja w relacji dialektycznej” – warunek każdej społecznej zmiany, która zawsze „przychodzi z krawędzi”. Potwierdził to spektakl „Żony stanu, dziwki rewolucji i uczone białogłowy”, kiedy widzowie w spontanicznym geście w finale przedstawienia wyszli z bydgoskiego teatru wraz z aktorami na ulicę, niosąc wraz z nimi transparenty z wolnościowymi hasłami, żeby potem wspólnie powrócić na scenę. Gest artystyczny zatem określa nie tyle tworzenie i wykonanie, ile „podejmowanie się i działanie”, bo, jak mówi Agamben,  gest „ustanawia sferę ethos jako sferę najbardziej właściwą dla człowieka”. W bałkańskim krwawym „Hamlecie” z chorwackiego Zagreb Youth Theatr w reżyserii Olivera Frljicia (Festiwal Nowej Klasyki, Łódź 2016) takim gestem jest fizyczne wręcz skonfrontowanie widzów ze sceną ogromnego czarnego stołu, przy którym, obgryzając symbolicznie jakieś gołe kości, siedzą oprawcy i ofiary – rządząca krajem mafijna rodzina, w której każdy ma krew na rękach. Więc Hamlet zabija i Ofelię, i Gertrudę, a Horacy Poloniusza, choć raczej chciał Hamleta. Ten „Hamlet” to narracja walki o władzę, nietolerującej żadnej nielojalności, zbudowanej na zbrodniach popełnianych zawsze w imię zemsty, ale i rzekomego zapobieżenia kolejnym zbrodniom. Już Christoph Marthaler, przed kilkunastoma laty, w spektaklu „Ostrzeżenie przed przyszłością” gorzko zadrwił ze współczesnego świata, traktując go jako eugeniczny szpital psychiatryczny, w którym każdy jest odpowiedzialny za etyczny upadek: i wtedy, kiedy dokonuje eutanazji chorych dzieci, jak kiedyś naziści, i wtedy, kiedy proponuje ją ludziom po sześćdziesiątce, bo – hamują cywilizacyjny rozmach.  

Pesymistyczna diagnoza społeczna współczesnej sztuki zdaje się być wynikiem obowiązującego i dziś podziału społecznego, który oświeceniowy autor „Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”, Adam Smith, opisywał jako agon dwóch grup: liberalnej, hedonistycznej mniejszości i zdyscyplinowanej, wyznającej twarde wartości większości, której społeczne interesy reprezentuje państwo. Państwo zaś, jak każde „przedsiębiorstwo, reprezentuje interes różny od interesu publicznego, a nawet mu przeciwny […] pochodzi bowiem od klasy, której interes nie jest dokładnie taki sam, jak interes publiczny, a która jest zainteresowana tym, by oszukiwać, a nawet ciemiężyć społeczeństwo, i która je w wielu przypadkach oszukiwała, jak i uciskała” (Smith). Zdaniem Smitha zatem państwo jest potrzebne tylko wtedy, kiedy zajmuje się niwelowaniem nierówności społecznych i ekonomicznych i edukacją. Gdyby tak się działo w Polsce, nie doszłoby na przykład, mimo protestów „mniejszości”, do odsłonięcia 10 lat temu na placu Na Rozdrożu w Warszawie pomnika wspierającego ruchy totalitarne nacjonalisty Romana Dmowskiego. Choć w Wersalu w 1919 roku wprowadzał, jak doceniają historycy, inteligencję polską do demokratyzującego się świata politycznego Europy Zachodniej, to jednak w „Myślach nowoczesnego Polaka” Dmowski megalomańsko przekonywał: „Jestem Polakiem – to słowo w głębszym rozumieniu wiele znaczy. Czyż nie ogarnia nas wstyd na myśl, że my możemy odejść bez śladu, nie stworzywszy nic, nie dodawszy nic do tej budowy wieków, nie poprawiwszy żadnego z jej błędów!”. Nic dziwnego, że trzy lata temu w Chludowie, gdzie mieszkał ongiś, działacze narodowi patriotycznie wspominali go razem z posłami PIS-u  jako narodowego bohatera, który z pewnością przyczyniał się do „budowania tożsamości i serdecznych więzi łączących całą polską wspólnotę” (prezydent Andrzej Duda z okazji obchodów 100-lecia polskiej niepodległości).

Ciśnie się więc na myśl pytanie, jak to możliwe, że po pół wieku sowieckiej niewoli Polska  zaczyna dziś przypominać II Rzeczpospolitą, która po odzyskaniu wymarzonej niepodległości, kiedy obywatele zaczynali już wierzyć, że wraz z galopującą modernizacją rozwija się nowy, wolny, szeroki świat, stopniowo wekslowała w kierunku „narodowego produktywizmu”. Jak to się stało, że faszyzujący nacjonalizm wydaje się politykom rządzącym i dziś, tak jak przed wojną, „ostatnią polityczną deską ratunku w końcowych stadiach ustroju kapitalistycznego” (poseł na Sejm II RP, Kazimierz Czapiński). Może za sprawą wdrukowanych w polską mentalność stereotypów i tradycji politycznych międzywojnia?

Jeśli uznać, że faszyzm jest kategorią interpretatywną, tzn. konstruowaną społecznie, a więc deliberatywną, to nie dziwi, że przed II wojną światową niektórzy gubili się (a i gubią do dziś) w wyborach między „nacjonalizmem metodologicznym” (Ulrich Beck, „Społeczeństwo ryzyka”) a faszyzmem, najczęściej traktowanym jako broń przeciwko bolszewizmowi. W dwudziestoleciu zarówno młodzież, jak i wybitni profesorowie uniwersytetów analizowali ekspansję faszyzmu, spierając się w poglądach na ten temat, ścierając w sprzecznych interesach, celach i potrzebach. Większość jednak była zgodna co do tego, że faszyzm, zwłaszcza „po zwycięstwie w Niemczech, w obliczu zarysowujących się początków faszyzmu w szeregu innych krajów […] nie jest ani intrygą, ani chorobą, ani zaślepieniem, tyko wielkim światowym ruchem, jednym z tych olbrzymich ruchów społecznych, które wyłaniają się w dziejach ludzkości w przełomowych okresach jej rozwoju” (Zdzisław Łuczycki, „Jak ja sobie wyobrażam faszyzm polski”, Ziemiańska, Lublin 1926). Faszyzm bowiem uwodził niebezpiecznie jako negacja zastanej rzeczywistości społeczno-politycznej. Aktywny propagandzista ideologii faszystowskiej, ksiądz Zdzisław Łuczycki, proboszcz z Nałęczowa, dowodził, że „faszyzm polski to nie stronnictwo ani też partia polityczna, lecz nowa, uczciwa i celowa akcja […] wszystkich warstw narodu polskiego, powołana do istnienia konieczną potrzebą uzdrowienia bardzo zepsutych stosunków, jakie panują obecnie w narodzie i państwie polskim i kształtowania umowy społecznej, o której zasadach i prawie będzie decydował tylko naród polski”. W „Gazecie Warszawskiej” Roman Dmowski oznajmiał wprost: „Gdybyśmy byli podobni do dzisiejszych Włoch, gdybyśmy mieli taką organizację jak faszyzm, gdybyśmy wreszcie mieli Mussoliniego, największego niewątpliwie człowieka w dzisiejszej Europie, niczego więcej nie byłoby nam potrzeba”.

Nic dziwnego więc, że pierwsze faszystowskie polskie pismo, „Faszysta Polski”, przez „społeczeństwo pogrążone w apatii i bezradności” zostało przyjęte z entuzjazmem „jako głos prawdy, która tkwi w każdym Polaku, jako głos serca” („Faszysta Polski” nr 1/1926) – nakład miał się rozejść w miastach polskich w przeciągu pół godziny. Rychło powstało zatem w Warszawie Stronnictwo Faszystów Polskich, mające swój własny hymn, a i godło: pęk rózg liktorskich i topór na biało-czerwonej tarczy. Rok 1926 przyniósł wysyp faszystowskich gazet: m.in. „Hejnał Faszystów”, „Faszysta Polski”, „Płomienie Odrodzenia. Dzwon Faszystów Polskich”, „Tygodnik Faszystów”. Niebawem Koło Młodych Związku Faszystów Polskich (1927) skupiło w swoich szeregach „młodzież ze sfer niezamożnych”, odciągając ją „od wpływów komunizmu” i tworząc „kadry bojowników na rzecz kościoła i ojczyzny” („Popierajcie nasze cele”, „Głos Faszystów” nr 1/1928). Polscy faszyści uwodzili społeczeństwo, bo chcieli tępić korupcję, złodziejstwo i „chorobliwe protekcje”, szli więc „pod strzechy, poddasza, sutereny, izby robotnicze, dwory, pałace, do wszystkich obywateli bez różnicy zapatrywań politycznych, odcieni klasowych i tła religijnego” („Z dymem pożarów i kurzem krwi bratniej”, „ Faszysta Polski” nr 1/1928), żeby w ojczyźnie każdy obywatel czuł się dobrze. Powstały w 1926 roku Obóz Wielkiej Polski, pozaparlamentarny i ponadpartyjny, opowiadał się więc za solidarnością narodową, ścisłym związkiem państwa z Kościołem katolickim oraz potrzebą kształtowania dyscypliny społecznej i obyczajowej. Przy silnym wsparciu Ruchu Młodych Obozu nawoływał, aby odrzucić wszystko, co nie ma nic wspólnego z narodem i zwrócić się radykalnie do źródeł polskich. „Bez rewizji pojęć, którymi nasiąknęliśmy […] bez odrodzenia najlepszych tradycji państwowych, nie może być mowy o faktycznym odrodzeniu Polski” – pisał w tym czasie, w 1926 roku „Faszysta Polski”. Nie było wolno zatem dopuszczać do „zmiennych nastrojów nieodpowiedzialnych przed nikim mas wyborczych”, za to wprowadzać jednomandatowe okręgi wyborcze, i w końcu doprowadzić do tego, aby w Polsce zbudował się dychotomiczny podział świata na sfery „swoje” i „obce”.

Lata 30. przyniosły wsparcie Kościoła dla eskalacji faszystowskich działań prawicowych i antysemickich, opowiadających się za etnocentryczną wizją świata, traktujących Żydów nie jako wtopioną w Polskę reprezentację jednej z wielu rozlicznych zbiorowości, ale symbol obcości najpierw w religijnej, a później w narodowej świadomości. Powstały w 1934, w wyniku rozłamu w Stronnictwie Narodowym, Obóz Narodowo-Radykalny i za chwilę Ruch Narodowo-Radykalny „Falanga” (skoncentrowany wokół pisma „Falanga”) obrały już kierunek zdecydowanie totalitarny. RNR „Falanga” pod przywództwem Bolesława Piaseckiego, w piaskowych tym razem koszulach i czarnych spodniach i beretach, budował elitę polskiego ruchu narodowego i nacjonalistyczny mesjanizm, za którego sprawą „ogrom nędzy mas polskich zastąpiony będzie przez pełnię dobrobytu tychże mas, niewolnicza, bezwolna zależność od obcych potęg runie przed zdobywczą potęgą nowego typu Polaka, kroczenie w ogonie postępu kulturalnego i cywilizacyjnego świata ustąpi przed przodującą twórczością narodu polskiego” („Prawdziwe oblicze socjalizmu”, „Falanga” nr 29/1937).

Bolesławowi Piaseckiemu marzyła się tylko jedna partia, podstawowa, dominująca, sprawująca władzę powszechną i dobrowolną – Organizacja Polityczna Narodu, na której czele miał stać wódz narodu w funkcji Prezydenta. Brak przynależności do OPN nie oznaczał wprawdzie represji, ale wiązał się z ograniczeniem praw i polityczną podrzędnością w projektowanej przez Piaseckiego totalitarnej utopii „Katolickiego Państwa Narodu Polskiego”. Sądownictwo w KPN, odrzucającym monteskiuszowski podział władzy, stanowiło jedynie część rządu, taką samą jak wojsko czy administracja publiczna, co podważało jego niezależność i niezawisłość. Tymczasem sanacja razem z Konstytucją kwietniową, której strzegł Obóz Zjednoczenia Narodowego z Edwardem Rydzem-Śmigłym na czele, także budowała własną dyktaturę, osadzając w Brześciu i Berezie Kartuskiej swoich przeciwników.

Teoretycy działań psychospołecznych, m.in. Teodor Adorno, wywodzą, że „faszyzm” bliski jest pojęciu „pornografii”, ponieważ, choć nie jest ona terminem wiążącym pod względem prawnym, to mimo to każdy, kto ma do czynienia z jednym bądź drugim zjawiskiem, potrafi je rozpoznać. Mentalność faszystowską zatem tworzą „przekonania polityczne, społeczne i ekonomiczne wyrażające pragnienia zakorzenione głęboko w osobowości”, a „jedną z podstawowych cech faszystowskiej osobowości jest syndrom autorytarny, polegający na sadystyczno-masochistycznym zmuszaniu do nadmiernego tłumienia własnego SUPER–JA i znalezienia własnego miejsca w społeczeństwie przez posłuszeństwo, subordynację, uwielbienie dla postaci autorytarnych, a także przez wyładowanie części własnej agresji poza środowiskiem rodzinnym, wśród innych grup” (Maciej Marszał, „Faszyzm i jego oblicza). Tymi innymi grupami były, i są do teraz, naturalnie mniejszości narodowe i imigranci. W 1938 roku ksiądz Józef Pastuszka legitymizował na łamach styczniowego „Ateneum Kapłańskiego” „Idee filozoficzne i społeczne Adolfa Hitlera”: „Rasizm kryje w sobie pewne zdrowe myśli, które dotychczas znane były tylko w szczupłym gronie lekarzy i biologów. Dziś przyszedł czas na ich rehabilitację”. Choć prezes Związku Akademickiego „Młodzież Wszechpolska”, Jan Mosdorf przekonywał, że wszechpolacy nie są faszystami ani hitlerowcami, tylko ruchem czysto polskim i nie potrzebują obcych wzorów, to młodzi frustraci, pragnący władzy i zarazem podporządkowania autorytetowi władzy wyznaczającego jasne cele, aktywnie współdziałali w wykluczaniu „niechrześcijan” z wszelkiej sfery publicznej, we wdrażaniu „paragrafów aryjskich” gdzie się dało, wszędzie tam, gdzie Żydzi tradycyjnie byli obecni, czyli w izbach adwokackich i lekarskich, kupiectwie i rzemiośle i w innych zrzeszeniach zawodowych.

Nie ulega wątpliwości, że tego rodzaju propaganda przedwojenna spetryfikowała antysemityzm i rasizm skutecznie w przeszłości i w teraźniejszości Polski w sposób niezmiernie trudno odwracalny. Dlatego dziś, kiedy najważniejsze dla większości świata stało się znowu poczucie bezpieczeństwa, toczą się nadal bratobójcze walki, ludobójcze wojny, kiedy ma miejsce obrona granic i sumień przed solidarnością z ofiarami reżimów, trzeba przypomnieć sobie przedwojenną przeszłość i niechlubne dziedzictwo. Victor Klemperer pisał, że słowa to maleńkie dawki arszeniku, których  trucizna ujawnia się po pewnym czasie: Propaganda faszystowska zrobiła w Polsce swoje. Ruch Narodowo-Radykalny „Falanga” miał ponadczasowe konsekwencje. Z jego ducha wyrosło powstałe w 1981 (istniało do 1995 roku), popierające stan wojenny, Nacjonalistyczne Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald”, działające pod Patronatem PZPR (członkiem założycielem był m.in. reżyser filmowy Bohdan Poręba, wspierany przez Ryszarda Filipskiego, utalentowanego aktora i twórcę nacjonalistycznego teatru Ereff-66) i współczesny ONR, który dokładnie kontynuuje program przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego. Dziś na oficjalnej stronie internetowej ONR-u czytamy:

Obóz Narodowo-Radykalny jest ruchem społecznym skupiającym młodych Polaków, którym bliskie są takie wartości jak Bóg, Honor, Ojczyzna, Rodzina, Tradycja i Przyjaźń. Nie jesteśmy partią polityczną, gdyż nie interesuje nas udział w oligarchicznych rozgrywkach parlamentarnych. Zamiast przepychanek międzypartyjnych i obiecywania wyborcom gruszek na wierzbie, preferujemy narodowy aktywizm. […] Kontynuujemy dzieło naszych ideowych przodków, takich jak Roman Dmowski, Jan Mosdorf, Tadeusz Gluziński, Henryk Rossman, czy Adam Doboszyński. Jesteśmy Narodowcami XXI wieku, więc naszym celem nie jest historycyzm czy sentymentalizm, ale ciągły rozwój i praca nad odrodzeniem wartości narodowych i katolickich. Nie chcemy stać z boku i narzekać – chcemy brać sprawy w swoje ręce.

I coraz częściej to się im udaje. XXI wiek przyniósł eskalację drastycznych napadów i agresywnych pobić za wiarę, rasę i naród. „Falangiści” organizują antysyjonistyczne demonstracje pod ambasadą Izraela pod sztandarami Hezbollahu, nawiązują współpracę z partiami narodowodemokratycznymi, buntują się przeciwko Unii Europejskiej i imperialnej hegemonii USA. ONR-owcy wdzierają się do kościołów, uczestnicząc w mszy z zielonymi flagami ze znakiem „Falangi” ONR-u, w liceach prowadzą wykłady nacjonalistycznej polityki historycznej. Wszechpolacy aktywnie bojkotują i protestują przeciwko mniejszościom narodowym i seksualnym, imigrantom i niekatolikom, zrywają wykłady uniwersyteckie uczonych, którzy nie spełniają ich kryteriów rasowych i światopoglądowych, demonstrują aktywnie, jak przed wojną, na spektaklach teatralnych. Już po wojnie, przypomina Tomasz Szarota, Bolesław Piasecki kierujący ruchem katolickim wspierającym władze komunistyczne, twórca Stowarzyszenia PAX miał powiedzieć: „«Falanga» była organizacją studentów i lumpenproletariatu, czyli elementu bardzo niebezpiecznego w połączeniu tych dwóch czynników, bo studenci plus lumpenproletariat, to jest straszna siła wybuchowa” . Falanga traktowała demokrację parlamentarną jako bezużyteczny, bo zbyt społecznie negocjacyjny, pozbawiony jednoczącej ideologii, jaką jest honor Polaka i sumienie katolika, system polityczno-prawny, implikujący „rozproszkowanie społeczeństwa i anarchistyczny chaos, totalizm natomiast, „dynamiczny, porywający masy do heroicznych wysiłków, zespalający je w jedną wielką duszę zbiorową, ukazujący narodowi gigantyczne cele na wewnątrz i fascynujący go wizją wielkiej misji dziejowej na zewnątrz, […] wszechogarniający, płonący”, stapiał „w żarze rozpalonej woli zbiorowej wszelkie małe, przyziemne, nikczemne sprzeciwy egoizmów jednostek i małych grup, czyniąc to w imię dobra wyższego rzędu, dobra narodu jako najważniejszej siły doczesnej, i co najważniejsza, dysponując niespotykaną dotąd w dziełach siłą realizacyjną” (ks. J. Pawski, „Polska na tle tendencji totalitarnych”, „Pro Christo” nr 10/1937). Obecna polska polityka zdaje się podzielać tę wizję, w której, tak jak chciał Bolesław Piasecki, rządzić będzie tylko jedna tylko partia, podstawowa, dominująca. Współczesna Polska, przed wojną jednak żydowska, greckokatolicka, islamska, prawosławna, dziś bez mała homogeniczna, także opowiada się bardzo wyraźnie po stronie Kościoła katolickiego, który kiedyś przez dziesięciolecia zaborów odgrywał rolę substytutu państwa polskiego, hamując procesy germanizacyjne i rusyfikacyjne, a dziś jest państwem w państwie. Katolicyzm i obecnie, jak przekonywał Roman Dmowski, to nie dodatek, ale istota polskości, z czego wynika wniosek, że „usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i od Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu” (Roman Dmowski, „Kościół, naród i państwo”, Biblioteka „Wszechpolaka”, Ostoja, Krzeszowice 2002). Dlatego w dniu premiery „Bóg w dom”, 25 lutego 2017, przed Teatrem Polskim w Bydgoszczy demonstrująca pikieta dzierżyła sztandar Falangi.

Obecnie toczy się spór o to, czy słowo/pojęcie faszyzmu może być stosowane w odniesieniu do współczesności. Tomasz Piekot w pracy „Słowo i obraz na usługach ideologii” porównał dwa korpusy językowe, pozwalające odtworzyć dominujące współcześnie modele myślenia na dany temat: korpus tekstów z lat 60. i teksty z lat 1960–2010. W pierwszym słowo „faszyzm” pojawiło się 17 razy, ale tylko dwa dotyczyły pierwotnego kontekstu, czyli faszyzmu Mussoliniego i historycznego, hitlerowskiego. Nie pojawiało się, co zrozumiałe, pojęcie „narodowego socjalizmu”. W drugim korpusie, do roku 1999, „faszyzm” pojawił się już 1600 razy, głównie w kontekście faszyzmu historycznego. Frekwencja kontekstu komunikacyjnego, czyli nieodnoszącego się do eksterminacyjnych działań fizycznych, wzrasta po 2005 roku, wraz z otwartym konfliktem między PiS a PO. W języku potocznym dzisiaj do faszystów należy zarówno skrajna prawica, jak i skrajna lewica i, naturalnie, feministki i Unia Europejska, i wszyscy tzw. ludzie zbędni, potrzebujący przynależności gwarantowanej dyscypliną i twardymi wartościami, wymagający jednoznacznej busoli, by odnaleźć sens życia.

Jak powiada „dziwka rewolucji” w spektaklu „Żony stanu, dziwki rewolucji i uczone białogłowy”, „są pewne emocje, które proszą dla siebie o pieśni, są pewne napięcia, które proszą o ruch i są pewne sprawy, które pchają się na ostrze noża” i „czas wyrwać Jezusa samczej retoryce, czas mu zdjąć te głupie mundury. Czas odzyskać czystość dziedzictw kulturowych. Otworzyć bramy świątyń i pałaców, batem wypędzić handlujących miłosierdziem, ofiarą i Zbawicielem hierarchów […] sektę neofaryzejską, która nie rozumie księgi, nie czuje jej ducha, a skupia się na mechanicznym realizowaniu nakazów i zasad. I na mechanicznych gwałtach tymi zasadami”. Tego domaga się więc dziś w imieniu mniejszości teatr.

Jeśli zgodzić się z Judith Butler, że cielesne życie jest źródłem pewnych twierdzeń etycznych, „być nawet może wszystkie konstatacje etyczne zakładają jakieś cielesne życie, pojmowane jako podatne na zranienie i niekoniecznie ludzkie”, to kruchość i prekarność rozumiana przez filozofkę jako bezbronność stają się podstawowymi kategoriami ontycznymi współczesności. Dlatego słusznie ze zbrodniami wobec ludzkości, nacjonalistyczną opresją, ksenofobią Europy, religijną ortodoksją, arogancją elit rozprawił się radykalnie w Oliver Frljić w pokazywanym na Prapremierach w Bydgoszczy spektaklu „Nasza przemoc, wasza przemoc”, a z pedofilią w Kościele i katolicką przemocą i rasizmem w „Klątwie” w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Oba spektakle zostały napiętnowane przez konserwatywną politykę. Skandal, jaki „Klątwa” wywołała w środowisku prawicy i w ekipie rządzącej, represje w stosunku do osób biorących w spektaklu udział i jakkolwiek z nim związanych oraz protest obywatelski przeciwko tym praktykom w demokratycznym kraju, wskazują, że wywrotowe fikcje w sztuce mogą być bardziej skuteczne niż programy teoretyczne i lewicowe manifesty, stając się fikcjami politycznymi, które, jak twierdzi Rosi Braidotti, pozwalają wstrząsowo zastanowić się nad spetryfikowanymi porządkami, odnosząc się do „takiego rodzaju krytycznej świadomości, w której sprzeciwiamy się zamknięciu w społecznie zakodowanych sposobach myślenia czy zachowania”.

Przed sześcioma laty na roztańczonej Palmówce w Płocku nikt nie zauważył, że wśród dynamicznej uciechy krzyż runął na ziemię. Bawiono się dalej, do czego wszystkich zgromadzonych zachęcali gorliwie księża i biskup płocki. W 2017 w Teatrze Powszechnym wszyscy zobaczyli fellatio czynione gipsowej figurze przypominającej im papieża Jana Pawła II, żeby tym fikcyjnym gestem sztuki odnieść się do masowej pedofilii wśród księży, niedostatecznie kontrolowanej i karanej przez Kościół, i to, jak runął na scenę krzyż, jakby pod ciężarem katolickich przewin.

W sztuce, gdzie wszystko jest fikcją, spektakl Frljicia stanowi dziś wielką inwestycję społeczną i artystyczną, inwestycję „w dzieło, której koszty można mierzyć wysiłkiem, wszelkiego rodzaju poświęceniem, wreszcie – czasem. Idzie ona z tej przyczyny w parze z niezależnością względem sił i ograniczeń pochodzących z zewnątrz lub, co gorsza, z wewnątrz, takich jak pokusy mody, naciski konformizmu estetycznego bądź logicznego, znajdujące swój wyraz na przykład w obowiązkowej problematyce, narzuconych tematach, przyjętych formach ekspresji, etc.” (Pierre Bourdieu, „Reguły sztuki”). Cechuje taką sztukę nomos – niezależność, gwarantująca jej godność i dodająca odwagi. „Klątwa” Frljicia narusza każdy społeczny i egzystencjalny komfort, stanowi potężny dysonans poznawczy dla wszystkich, uderza w endecką rodem hipokryzję Polaków-katolików, rozwalając spiżową bramę Kościoła. Jednych wzrusza i boli, drugich wścieka i obraża. Za sprawą tego spektaklu i skandalu, który wywołał i który zawsze jest najlepszym wziernikiem w mechanizmy społeczne, „rewolucja” kulturowo-polityczna być może nie okaże się „pojedynczym zdarzeniem, które rozegra się obok, bo ma szansę”, jak pisze Jola Janiczak w „Żonach stanu, dziwkach rewolucji i uczonych białogłowach”, zadziać się „we mnie, w tobie, w tobie, i w tobie i prawdopodobnie w nas wszystkich”.  Trzeba więc „pisać deklaracje, manifesty, dekrety, broszury, lamenty, dramaty, litanie, trzeba je wykrzykiwać na ulicach głośno, razem w chórze, bo może pękną wtedy „mury świątyń, pałaców i więzień, rozstąpią się nawierzchnie dróg” („Żony stanu, dziwki rewolucji i uczone białogłowy”). To nic, że to nowa utopia, wiadomo, że naprawdę nowe perspektywy wyznacza się, będąc w konflikcie ze światem.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.