Trzeba zabić ten dedlajn
Gustavo Pacheco CC BY-NC-ND 2.0

13 minut czytania

/ Obyczaje

Trzeba zabić ten dedlajn

Łukasz Najder

8 lutego 2017 roku otrzymałem od redaktorki jednego z magazynów kulturalno-społecznych propozycję napisania tekstu o prokrastynacji. Zgodziłem się od razu

Jeszcze 3 minuty czytania

Później zacząłem się nad tym zastanawiać. Dlaczego akurat mnie wybrała do tego konkretnego tematu? Przypadek – czy też nie udało jej się nikogo skaperować? A może jednak, dociekałem, była to świadoma decyzja profesjonalnej, wyrachowanej selekcjonerki, która najlepiej wie, kto nadaje się do pisania o uniwersum internetowych past, kto o Trumpie, ostatnim albumie Run the Jewels, „Drachu”, komiksach zaangażowanych politycznie, a kto o „tendencji, utożsamianej z odwlekaniem, opóźnianiem lub przekładaniem czegoś na później, ujawniającej się w różnych dziedzinach życia. Przez pojęcie prokrastynacji rozumieć należy dobrowolne zwlekanie z realizacją zamierzonych działań, pomimo posiadanej świadomości pogorszenia sytuacji wskutek opóźnienia”. Bingo!

Zrozumiałem, że zwróciła się do mnie, a nie do któregoś ze spolegliwych warszawskich zawodowców obsługujących z wprawą całą pulę trendów i problemów, od anime po Žižka, bo chciała tekstu o prokrastynacji od kogoś, dla kogo nie jest to żadne dziwo czy teoria, ale codzienna praktyka, los. Tekst o prokrastynacji miał jej napisać prokrastynator.

Jestem w tym dobry. Ze wspomnianą redaktorką współpracuję od 4 lat i nigdy – NIGDY – nie oddałem jej tekstu w terminie. Bez różnicy, czy zamawiała sążniste omówienie najnowszego wydania „Księgi niepokoju” Pessoi, relację z moich jazd po łódzkim megalopolis czy okolicznościowy drobiazg. Podobnie jak redaktorom i redaktorkom innych działów tego magazynu, jak również innym magazynom i tamtejszym redaktorom i redaktorkom, wydawcom, u których byłem recenzentem wewnętrznym, promotorowi magisterki, nauczycielom na podyplomowych, zaprzyjaźnionym literatom, którzy prosili mnie o blurb, opinię, o cokolwiek. Nigdy i nikomu.  

Zawsze to samo. Najpierw ochocza akceptacja któregoś z jej pomysłów, pauza w korespondencji, mająca sugerować, że w domowym zaciszu płodzę stronę za stroną w twórczym, radosnym ferworze niczym jakiś współczesny, ale po staremu nakofeinowany Balzak, a tuż przed dedlajnem histeryczna prośba o jego przełożenie – dla pewności zaprawiona szantażem emocjonalnym bądź patetyczną deklaracją – a potem o przełożenie dedlajnu przełożonego i tak w kółko. Po upływie plus minus dwóch epok geologicznych tekst jest gotowy.

Bywało, iż po tygodniach żenujących monitów o prolongatę oznajmiałem raptem, skruszony, pokorny, superuprzejmy, że nie dam jednak rady. Obłudnie wykorzystywałem zwłokę, za którą sam odpowiadałem: klarowałem, że muszę spasować, bo tekstów stracił na aktualności albo zyskał na wewnętrznym chaosie, którego nie umiem rozplątać.

Skłamałbym, mówiąc, że swoich dezercji i wolt żałuję – wręcz przeciwnie. Klęski tego rodzaju nie są dla prokrastynatora powodem do wstydu (co najwyżej przez chwilę lub na pokaz), ale potężną, dziką przyjemnością. Prokrastynator trwa w niewyobrażalnej udręce, którą sobie organizuje i zadaje. Marzy bez przerwy o rychłym końcu pracy, a zarazem, prokrastynując, sprawia, że trwa ona bez końca. Nienawidzi się za to i w odwecie dyscyplinuje spiętrzaniem nierealnych wymagań co do powierzonego zadania. Karą za opieszałość i złą, jak domniemywa, opinię u tych, którzy czekają na efekt jego przeciągających się mąk, ma być stworzenie dzieła wybitnego. Nie tekst zatem, ale monument rodzimej eseistyki. Prowadzi to oczywiście do natężenia stresu, a ten odreagowuje się prokrastynując jeszcze zajadlej. Etc. etc. Dlatego tej ulgi, osiągniętej choćby i kosztem upokorzenia, której prokrastynator doświadcza, gdy zostaje nareszcie zwolniony z obligu, nie da się absolutnie z niczym porównać. Można tylko próbować – upadek z dachu Żagla Liebeskinda, który okazuje się snem o upadku z dachu Żaglowca Liebeskinda, gasnący symbol „turbulencje”, wyjście z poślizgu.  

Oczywiście prokrastynacja nie dotyka wyłącznie sfery kultury. W ostatni dzień kwietnia urzędy skarbowe pękają w szwach od prokrastynatorów z PIT-ami w garści. W niejednym z polskich domów formują się cyklicznie Himalaje brudnych naczyń, na akcesoriach remontowych osiada kurz, choinki dożywają wiosny, do łask wracają ciuchy z poprzedniego sezonu a wręcz i poprzedniego wieku, bo te luźne i modne zalegają warstwowo w koszu z wikliny. „Według badania wykonanego w styczniu 2016 r. metodą telefonicznych badań ankietowych (CATI) na losowo wybranej próbie 500 Polaków – odkładanie czynności na później deklarowało 85 proc. mężczyzn oraz 80 proc. kobiet”.

13 lutego poinformowałem redaktorkę, że tekstu o prokrastynacji nie zdołam oddać 16 lutego, oddam – 20 lutego.

W moim przypadku zasadniczą rolę odgrywa lęk przed porażką. Odsuwam moment ukończenia tekstu i wystawienia go pod ocenę, bo nęka mnie koszmarna myśl, że w trakcie researchu nie dotarłem jeszcze do każdego artykułu, książki, filmu dokumentalnego czy wywiadu, do którego dotrzeć mogłem i powinienem. A właśnie bez tego artykułu, książki, filmu dokumentalnego czy wywiadu tekst będzie płytki, wtórny, nieudany. Nurkuję więc w bibliotece i na youtube, przeglądam archiwa gazet, zaczepiam na czacie tych, którzy dysponują potrzebną mi wiedzą. Z prostej linii, która miała wieść z punktu a do b – od wiedzy niepełnej do wiedzy przyzwoitej – robi się kłącze. Zamiast pisać – zbieram materiały do pisania. Kwerenda zastępuje akt tworzenia. Plik wordowski nie przybiera na znakach, za to mnożą się notatki, linki i cytaty. Wszystko byle nie zacząć i – co najważniejsze! – byle nie skończyć.

Kiedy już zacznę pisać, wcale nie jest lepiej. Po pierwsze wciąż gromadzę materiały i lektury pomocnicze – plus regularnie pobieram lekcje precyzji i stylu u Sontag, Davida Fostera Wallace’s i Sudjica – po drugie obsesyjnie cyzeluję poszczególne frazy, tam i nazad przestawiam w nich szyk, hamletyzuję nad metaforami, tasuję synonimy i w rezultacie miotam się od rana do wieczora w sidłach wydumanych, quasi-flaubertowskich rygorów, jak ten, by nie stawiać obok siebie wyrazów zaczynających się od tej samej litery, po trzecie – rozprasza mnie niesłychana ilość rzeczy i zjawisk.

To zabawne, ale zarazem i przerażające, ile błahych czynności, jałowych gestów, śmieciowych informacji ze świata celebrytów i polityki, gównburz na Buniu, inicjatyw kulinarnych bądź higienicznych, może być atrakcyjniejszych od pisania. Prokrastynator nie przepuści żadnej okazji, by oderwać się od pracy. Lecz nie chodzi tu bynajmniej o to, żeby nie pracować. Prokrastynator nie wymyka się do pokoju obok i nie zapada tam w katatoniczną drzemkę – nie pławi się w dalekich aquaparkach. Poważa się na coś o wiele gorszego, mianowicie wmawia sobie, a po odpowiednio długiej sesji takiej autohipnozy zapamiętale w to wierzy, że musi nagle wykonać inną pracę – niekiedy: szereg prac – niż ta, wydawałoby się, prymarna. Prokrastynacja wykazuje tu podobieństwo z nerwicą lękową, tyle że nie symuluje duszności, kołatania serca czy omdlenia, ale nagłą, ssącą potrzebę, którą należy bezzwłocznie zaspokoić.

Nie jestem w tym sam. Sonda, którą przeprowadziłem w gronie znajomych twórców – pisarzy, tłumaczy, reporterów, dziennikarzy, grafików i autorów komiksów płci obojga – wykazała, że od terminowego, rzetelnego wykonania zlecenia pilniejsze były:

  • powtórne nałożenie wykładziny (irytujące wypuczenie pod oknem),
  • odkurzanie mieszkania z klatką schodową włącznie,
  • FIFA 2016,   
  • powtórka całego „Breaking Bad”,
  • segregowanie pudła z dokumentacją wizualno-urzędową od czasów licealnych wzwyż,
  • katalogowanie japońskiej awangardy filmowej i kopaniny z Hong-Kongu (kilkaset pozycji),
  • retrospektywa zespołu Kombi,
  • czyszczenie fug podłogi w kuchni nawilżanymi chusteczkami owiniętymi wokół pałeczek do sushi (trzecia w nocy),
  • prasowanie foliówek przez bawełnianą ściereczkę,
  • obserwacja prania kłębiącego się w bębnie pralki (pełny program „każdego dnia”).

Moje osobiste pierwsze miejsce to wyprawa do stomatologa w Łodzi (ze Zgierza). Nie byłoby może w tym nic oryginalnego, gdyby nie fakt, że wizytę miałem umówioną specjalnie po terminie oddania ważnego tekstu, ale zadzwoniłem i wybłagałem, żeby ta filigranowa Elżbieta Batory koniecznie przyjęła mnie wcześniej – w dniu niby to zarezerwowanym na pisanie. Dopiero w sterylnej, odmalowanej na biało izbie kaźni, pośród cęgów, haków i wierteł, poczułem się nareszcie zrelaksowany i bezpieczny.

18 lutego poprosiłem o przełożenie terminu z 20 na 24 lutego. Sama redaktorka zaproponowała 27 lutego. Zgodziłem się.

Dickens pisał, że prokrastynacja to złodziej, którego należy capnąć za kołnierz. Nie jest to ani trochę łatwe. Szukanie odpowiedzi w sieci i literaturze przynosi jeszcze więcej pytań, wątpliwości, sprzecznych diagnoz – geny czy wychowanie?, choroba cywilizacyjna czy kwestia osobnicza? – opcji wyjścia z tego dokuczliwego stanu i licznych trików, ale bez potwierdzonej skuteczności 100%. Dla niektórych specjalistów prokrastynator to ktoś z mniemanym ADHD, które da się okiełznać z pomocą odpowiednich apek, blokad na internet, pozytywnych bodźców i niegroźnych, zalegalizowanych wytłumiaczy, takich jak naturalne światło czy autentyczny leśny chlorofil, inni widzą w nim rozmemłanego wewnętrznie, bezwolnego gapę. Gapa powinien swoją dobę podzielić na pięciominutowe cząstki i wprowadzić je do kajecika w formule „przypominajka-komenda”: 8:15 ziewnięcie, 8:20 tarcie oczek, 8:25 oddychanie – i tak dalej. Psychologowie uważają, że do prokrastynacji doprowadza nieustająca wojna pomiędzy układem limbicznym a korą przedczołową. „Ten pierwszy steruje emocjami i odpowiada za impulsywność, chęć natychmiastowej nagrody i poprawienia nastroju, jeśli czujemy się źle. Zaś kora przedczołowa odpowiada za koncentrację, zarządzanie sobą, swoją uwagą i celami oraz rozumienie koncepcji czasu. […] Właśnie wtedy – z korą przedczołową pokonaną przez układ limbiczny – odkładamy na później sprawy, które nie przyniosą nam natychmiastowej przyjemności, budzą nasz lęk albo pozwolą nam w przyszłości uniknąć cierpienia”. Profesor Timothy Pychyl, spec od prokrastynacji z Carleton University w Ottawie twierdzi zaś, że „prokrastynacja to nie jest problem z zarządzaniem czasem, ale emocjami”. John Perry w swojej „Sztuce odwlekania. Poradniku efektywnego guzdrania się, marudzenia i przekładania na później” doradza układanie list priorytetów, garnirowanie lodówki post-itami z miriadą inspirujących mott, system bezlitosnych alarmów w kalendarzach elektronicznych lub otaczanie się ludźmi, którzy na prokrastynację nie cierpią. Ich bezpośrednia obecność, energia, pewność ruchów i sękate łapy stachanowca mają ponoć zbawienny wpływ na prokrastynatora. Dla mnie idealny byłby tu ktoś w typie L. Rona Hubbarda, mentora Toma Cruise’a i ojca dianetyki, który „Według szacunków Kościoła Scjentologii w latach 1932-1936 produkował około stu tysięcy słów miesięcznie. Pisał (na maszynie) tak szybko, że ze względu na oszczędność czasu zaczął używać papieru pakowego w rolkach. Po ukończeniu opowiadania za pomocą linijki odrywał zapisaną część, po czym wysyłał ją do wydawcy. […] Wyznawał filozofię: «brudnopis, czystopis, do widzenia»” (za: . L. Wright „Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary” przeł. A. Wilga).

Czy pisanie o prokrastynacji pomoże mi choć odrobinę w walce z nią? Wątpię. Próbowałem już wszystkiego i nie sądzę, żeby opowieść o dolegliwości pokonała samą dolegliwość. Zwłaszcza, że najcelniejszy tekst o prokrastynacji chyba nie powinien w zasadzie powstać – jego brak byłby idealnym ucieleśnieniem tego, do czego prokrastynacja doprowadza, dowodem poprzez brak dowodu. Na coś podobnego odważył się kiedyś – nie wiem, czy to legenda miejska czy fakt – pewien młody człowiek, który temat rozprawki „Czym jest dla ciebie ryzyko?” podczas egzaminu do liceum potraktował w ten sposób, że zwrócił komisji czyste kartki z jednym jedynym zdaniem u spodu ostatniej z nich. Brzmiało ono – „I to jest właśnie ryzyko”.

Pora na małe wyznanie. Redaktorka magazynu społeczno-kulturalnego wcale nie zamówiła u mnie tekstu o prokrastynacji, a tekst o pracy zdalnej w domu jako nowej formie życia i zatrudnienia.  Napisałem tekst o prokrastynacji, żeby nie napisać tamtego. W tym celu przez bite dwa tygodnie czytałem, rozmawiałem i pisałem o prokrastynacji, a nawet – prokrastynowałem.

I to jest właśnie prokrastynacja.