Łatwa, lekka i przyjemna

14 minut czytania

/ Sztuka

Łatwa, lekka i przyjemna

Stach Szabłowski

Malarstwo Potencji nie jest sensacją, a i entuzjazm Rastra wobec ich propozycji wydaje mi się rytualny, nie umiem w niego uwierzyć – jakby galeria coś wmawiała i to nawet bardziej sobie niż publiczności

Jeszcze 4 minuty czytania

Najlepsza warszawska galeria twierdzi, że pokazuje „najbardziej obiecującą formację malarską ostatnich lat”. Obiecanki cacanki. Wystawa krakowskiej grupo-galerii Potencja w warszawskim Rastrze przypomina rekonstrukcje historyczne, odgrywane w kostiumach z epoki. Raster, który na przełomie XX i XXI wieku odkrył sztukę pokolenia lat 70., znów przebiera się za odkrywców. Troje malarzy z Potencji godzi się zagrać w tym spektaklu rolę nowej fali, sensacji sezonu – jakbyśmy mieli rok 2000, kiedy scena artystyczna młodej III RP prowadziła obławę na młodych artystów. I jest jak wtedy, tyle że teraz wszystko odbywa się na niby. Malarstwo Potencji nie jest sensacją, a i entuzjazm Rastra wobec ich propozycji wydaje mi się rytualny, nie umiem w niego uwierzyć – jakby galeria coś wmawiała i to nawet bardziej sobie niż publiczności. Ja to nawet rozumiem. Każdy by chciał, żeby na scenie sztuki co chwilę następowały dramatyczne zwroty akcji, przełomy i wystąpienia „formacji ostatnich lat”. Życie artystyczne byłoby ciekawsze, ale dziś zdaje się ono płynąć innym rytmem. Zmieniły się czasy i młodzi artyści też są obecnie ciekawi inaczej (niż wtedy, kiedy Raster wypracował retorykę, którą dziś raz jeszcze uruchomia przy okazji promowania Potencji). No i zmieniło się jeszcze to, że młodość Rastra, prowadzonego przez czterdziestoparoletnich surferów transformacji – och, ta młodość już naprawdę minęła. Transfuzja świeżej krwi nic tu nie zmieni; piszę to bez satysfakcji, bo należę przecież do tej samej co rastryści generacji.

*

Uprzedzając fakty: nie zamierzam się nad Potencją znęcać; nie jest taka zła. Czuję się także w obowiązku wyznać, jak bardzo szanuję Rastra. To nie jest jeszcze jedna galeria; it's the gallery. Jej twórcy zmienili najpierw język mówienia o sztuce w Polsce, potem skrócili dystans między sztuką i tak zwanym stylem życia wielkomiejskiej inteligencji, wreszcie wymyślili w Polsce rynek sztuki w nowoczesnym wydaniu, przecierając na tym polu szlaki w kraju, w którym handel sztuką kojarzony był głównie ze sklepami z obrazami. Rastryści zrobili dla rozruszania sceny artystycznej w transformacyjnej Polsce więcej, niż udało się zdziałać niejednej dużej instytucji, a może nawet kilku razem wziętym.

Karolina Jabłońska, Tomasz Kręcicki, Cyryl Polaczek POTENCJA

Raster, Warszawa, do 25 marca 2017.

Profesja galerzysty obrośnięta jest różnymi mitami. Jest więc mit faustowski, o sprzedaży duszy sztuki za mamonę. Jest mit rozbójniczy, o galerzystach gangsteroidalnych, ubijających awanturnicze interesy. Jest też mit o posokowcach, nadwrażliwym węchu, który pozwala zwietrzyć dobrą sztukę, na długo zanim obiecujący zapach dojdzie do innych nozdrzy – i na długo zanim reszta zacznie czuć, o co chodzi. Rastersów podziwiałem za świetne nosy, ale i za mądre wybory. Aneta Grzeszykowska, Oskar Dawicki, Olaf Brzeski, Przemysław Matecki, Jan Smaga, Michał Budny, Janek Simon – z roczników siedemdziesiątych Raster wziął na przestrzeni lat wiele z tego, co w Polsce było najlepszego, niepowtarzalnego. Czas potwierdził te wybory niemal bez wyjątku; najlepiej zapowiadające się indywidualności dawnych lat spełniały swoje obietnice, dziś ci artyści są jeszcze ciekawsi niż wtedy, kiedy Raster nawiązywał z nimi współpracę.

Oczywiście wyborem założycielskim było postawienie na trzech malarzy z grupy Ładnie.

*

„Nic dwa razy się nie zdarza” – tak Jakub Banasiak zatytułował swoją recenzję z Potencji w Rastrze. Trafił w punkt, no bo rzeczywiście trudno nie dostrzec analogii, nie zauważyć symetrii, kiedy przyłoży się operację Rastra z grupą Ładnie do przygody z Potencją. To dwie wariacje na ten sam temat. W obu występują młodzi malarze z Krakowa. W historii z grupą Ładnie muszkieterów było trzech*. W Potencji artystów jest troje. W obydwu przypadkach chodzi o twórców, którzy nie czekali aż odkryje ich establishment i zaczęli działać autonomicznie. Jedni i drudzy założyli „obiecujące formacje”; Ładnie wydawało zina i robiło happeningi, Potencja prowadzi dziś w Krakowie arist-run space. No i w obu wypadkach ważne jest malarstwo.

Z trzema malarzami z grupy Ładnie jest trochę jak z Rastrem; to też jest pokoleniowy mit. Pod koniec XX wieku odbijasz w Krakowie zina na xero i nie masz pewności, co jutro włożysz do garnka; może trzeba będzie nawet pójść do pracy? A na początku XXI wieku jesteś w światowych rankingach, na targach, reprezentują cię galerie w różnych miastach Europy, a ceny twoich obrazów to jest w Polsce materiał na gazetowy news.

Widoki wystawy / Raster

Raster odegrał w tym success story rolę nie do przecenienia. Rastryści byli u ładnowców przed instytucjami; pierwsi zaczęli o nich mówić, pisać. Zaproponowali swoim rówieśnikom Sasnala, Maciejowskiego i Bujnowskiego jako artystów pokoleniowych – i propozycja ta została przyjęta; sukces młodych malarzy przyczynił się bardzo, jeżeli nie do zniesienia środowiskowego getta, w którym funkcjonowała sztuka współczesna, to na pewno do poszerzenia jego granic.

Trzeba tu zauważyć, że epoka wielkich odkryć w dziejach Rastra skończyła się dość dawno temu. Spotkanie z trójką z Ładnie to historia sprzed dwudziestu lat. Debiut Michała Budnego w Rastrze – rzeczywiście sensacyjny – zdarzył się w odległym roku 2003. Olaf Brzeski jest z Rastrem stosunkowo od niedawna, ale to artysta z tej samej generacji co Grzeszykowska, Matecki czy Maciejowski.

Kategoria młodości była ważną częścią dyskursu, a nawet tożsamości Rastra. Młoda galeria, młodzi artyści, młodzieżowy język. Dzisiaj Raster jest najstarszą (obok FGF) spośród galerii tworzących stołeczny kartel Warsaw Gallery Weekend. Artyści Rastra jeszcze się razem z galerią nie zestarzeli – bez przesady! – ale ze swoimi czterema krzyżykami na karkach zdążyli solidnie dojrzeć.

To właśnie pokazanie się na tle dreamteamu czterdziestolatków z Rastra wystawia Potencję na bardziej krytyczne spojrzenie, niż oglądanie młodych krakowian – na przykład – na wystawie konkursu dla początkujących malarzy. Ja pierwszy raz widziałem na żywo obrazy Tomasza Kręcickiego i Karoliny Jabłońskiej właśnie w takich okolicznościach, na wrocławskim Geppercie. Na kolana mnie wówczas te prace nie powaliły, ale oczekiwań też nie zawiodły, starałem się bowiem mieć rozsądne oczekiwania. Ławka młodej malarskiej kadry w Polsce jest krótka. System kształcenia malarzy nie nadąża z wyedukowaniem dwóch dziesiątek ciekawych młodych indywidualności, które można bez wątpliwości nominować do nagrody Gepperta. Wyróżnienie przyznawane jest zaledwie raz na dwa lata, a i tak konkursową stawkę trzeba zawsze dopychać dwiema – trzema osobami, o których szkoda gadać. Na konkursach malarskich dobre jest to, co nie jest złe; to, co jest niezłe, jawi się jako najlepsze.

Jesteśmy jednak w Rastrze, a nie na konkursie dla młodych malarzy. Jak na tym tle wypada Potencja? Przede wszystkim błaho. Raster prowokuje do porównywania Potencji z Ładnie, ale porównania jednak nie ma. Sasnala, Bujnowskiego i Maciejowskiego można było zaproponować ówczesnej młodej inteligencji jako artystów pokoleniowych, bo w swojej sztuce naprawdę przepracowywali wizualne, egzystencjalne, obyczajowe i polityczne doświadczenie swojej generacji. Potencja na takie tematy nie chce mieć nic do powiedzenia; trójkę artystów interesuje malarstwo, wymyślanie konceptów na obrazy. Czerpią je symultanicznie z dwóch źródeł. Jedno bije w wyobraźni, nastrojonej na oniryczny tryb. Drugie źródło jest formalistyczne; to eksponowanie umowności obrazu i konwencji, w jakich fantasmagoryczne tematy są przedstawiane.

Karolina Jabłońska, Oko, 2017Karolina Jabłońska, Oko, 2017

Należy w tym momencie wypuścić artystów Potencji z jednego worka, do którego skądinąd sami się wrzucili, występując pod wspólnym szyldem. Malarstwo Karoliny Jabłońskiej w ogóle można na razie między bajki włożyć; do ulubionych tematów artystki należą niefortunne przygody dziewcząt o różowych ciałach, bohaterek, które są duszone, napastowane przez zmory, wciągane pod ziemię, gdzie kłębią się plątaniny korzeni i dżdżownic. Jabłońska ma w repertuarze zwierzęce bestiarium, na czele z upiornymi kotkami, których Raster akurat nie pokazuje. Narracyjnie przedstawienia napędza duet seks&przemoc, ale wzięty w cudzysłów stylizacji na malarstwo prymitywów. Wizualnie Jabłońska mogłaby uchodzić za postinternetową prawnuczkę Celnika Rousseau, ale ze względu na ikonografię kojarzy się przede wszystkim z Aleksandrą Waliszewską, przy czym dla artystki z Potencji to porównanie naprawdę nie wypada korzystnie. Raster komentując obrazy Jabłońskiej, mówi o „duszności”, „mrocznym erotyzmie”, „niepokojących omamach”. Serio?

Cyryl Polaczek w większym stopniu niż pozostałe 2/3 Potencji angażuje się w czysto malarskie eksperymenty; jest też najbardziej różnorodny z całej trójki, nie ma zrejestrowanego patentu na obrazy. Raz gra iluzją, zajmuje się powierzchnią przedstawienia, pod którą zamyka roje owadów, to znów odkłada pędzel i ryje gwoździem w grubych warstwach farby. Wiele z tych plastycznych rozwiązań jest pomysłowych i ciekawych – akurat na tyle, by w sekcji wystawy poświęconej Polaczkowi się nie nudzić, ale nie na tyle, by więcej o tym mówić. Kiedy artysta skupia się bardziej na przedstawieniach niż na sprawach formalnych, najchętniej wchodzi, podobnie jak jego koleżanka Jabłońska, w obszary „niepokojących omamów”; w obrazowaniu niektórych z tych widziadeł zbliża się do poetyki Tomasza Kowalskiego.

Tomasz Kręcicki jest z całej trójki najbardziej wyrazisty i najbardziej współczesny. Plaga nawiedzających Potencję „omamów” nie ominęła i jego, ale ten artysta oszczędza nam przynajmniej „mroczności”. Ulubionym zabiegiem Kręcickiego jest powiększenie detalu do monumentalnych rozmiarów, najazdy malarskiej „kamery” na wylatujące z ust niedopałki papierosów, zapalniczki, palce, zbliżenia przypominające trochę ekspresyjne kadry z filmów Lyncha. Wyobraźnia Kręcickiego w ogóle jest stosunkowo w najmniejszym stopniu przesiąknięta oparami galicyjskiej oniryki, którymi spowita jest Potencja. Kinematograficzny sposób patrzenia i kadrowania artysta kombinuje z popowo-minimalistycznym sposobem obrazowania. Wychodzi to atrakcyjnie. Jakub Banasiak, należący do krytyków, których ta atrakcja przekonuje, zachwyca się biegłością, z jaką Kręcicki operuje skalą. Obiektywnie ta biegłość polega na posługiwaniu się dużym formatem i dużymi plamami żywego koloru. Przyznaję, że duże, kolorowe płótna Kręcickiego cieszą oko. W końcu od tego jest malarstwo, prawda?

Tomasz Kręcicki, O fuck!, 2016Tomasz Kręcicki, O fuck!, 2016

Tak naprawdę, nie wiem, czy malarstwo jest od cieszenia oka i dostarczania obrazów, które zabawią widza w czasie krótkiej wizyty w galerii. Malarstwo w ogóle może służyć do mnóstwa różnych rzeczy; nawiasem mówiąc, do większości z nich Potencja tego medium nie wykorzystuje. Last but not least, malarstwo artystom i galerzystom służy do tego, aby je sprzedawać. W tym celu wystawa Potencji na pewno się nada, zwłaszcza że obrazy młodych artystów są oczywiście bardziej dostępne cenowo niż stara gwardia Rastra, która zrobiła się droga, odpowiednio do swojej pozycji i zasług. To już jednak nie nasz interes – w najdosłowniejszym sensie wyrażenia. Nas (czyli wszystkich minus, powiedzmy, kilkanaście osób, które kupią i sprzedadzą te obrazy) interesuje raczej, czy jako odbiorcom to malarstwo jest nam do czegoś potrzebne – czy też Raster tylko zawraca głowę.

Niezaprzeczalnym atutem grupy z Krakowa jest bijąca z ich obrazów radość malowania, nawet zaraźliwa, przekładająca się na radość oglądania (no chyba, że tę radochę zmąci na chwilę irytacja, bo niektóre z tych prac irytują banałem, kiedy im się lepiej przyjrzeć). Przyjęcie tej propozycji za wystąpienie najbardziej obiecującej formacji ostatnich lat wymagałoby jednak spuszczenia z tonu w oczekiwaniach wobec malarstwa, i sztuki w ogóle. Musielibyśmy także zmniejszyć oczekiwania wobec pokoleniowego przełomu, który skądinąd by się przydał. Tyle, że młodzi artyści w Polsce jak na razie nie robią przełomowych rzeczy. Może ta generacja w ogóle ich nie zrobi i pokoleniowa zmiana będzie miała charakter pełzającej transformacji – bo przecież ta zmiana mimo wszystko zachodzi, właśnie w taki kompromisowy, nierewolucyjny i niespektakularny sposób, z respektem dla poprzedników. Raster, żywy symbol sztuki czterdziestolatków, jak mało kto nadaje się na ojca, którego trzeba zabić, żeby wybić się na samodzielność. Tymczasem młodzi artyści kolegują się z tym ojcem i u niego wystawiają.

Cyryl Polaczek, Wąż i cycek, 2017Cyryl Polaczek, Wąż i cycek, 2017

Kiedy galeria z taką historią odkrywania artystów i inscenizowania pokoleniowej zmiany jak Raster mówi, że będzie pokazywać, jak stoi w notce prasowej, „obrazy chwytające za gardło”, to przed wejściem na wystawę bierze się głęboki oddech. Tym razem to jednak tylko takie mówienie. Można spokojnie wypuścić powietrze. Te obrazy nie duszą. Wygląda na to, że zamiast czekać na artystów, którzy będą chwytać za gardła i których na razie nie ma, rastryści pokazali to, co jest – czyli łatwą, lekką i przyjemną sztukę Potencji, grupy, która nie chce nikogo dławić, tylko malować atrakcyjne obrazy i się podobać. Na zrobienie wystawy to jest OK, ale na najbardziej obiecującą formację to za mało. Taka obietnica nie ma szans się spełnić, bo przyszłość na łatwą, lekką i przyjemną się nie zapowiada i sztuka przyszłości też taka nie będzie.

* Grupę Ładnie w Krakowie tworzyło pięć osób, ale Raster podjął współpracę tylko z trójką z nich.