Jeszcze 2 minuty czytania

Jakub Dymek

OBRAZY: Jaka piękna gównoburza

Jakub Dymek

Jakub Dymek

„Każdy dziennikarz, który twierdzi, że Szwecja jest bezpieczna: zapłacę wam za koszta podróży i zakwaterowanie na przeżartych przestępczością przedmieściach Malmö”. Jestem dziennikarzem, oferta brzmi kusząco, jechałbym. Niestety, przede mną ustawiła się niemała kolejka

A zaczęło się tak. Powyższą ofertę złożył na Twitterze – gdzie indziej niż w środowisku, w którym zaczepić cię może jakieś pół miliarda nieznajomych, najlepiej proponować rozdawanie pieniędzy? – pan Paul Joseph Watson. Hojny sponsor podpisał się jako „editor-at-large” na stronie Infowars Alexa Jonesa – tego samego, który twierdzi, że Hillary Clinton jest demonem, masakra w szkole Sandy Hook była rządową maskaradą z użyciem lalek, a katastrofa platformy wiertniczej Deepwater Horizon przy amerykańskim wybrzeżu służyła odwróceniu uwagi Amerykanów od kolejnych diabolicznych intryg rządu. „Editor-at-large” może brzmi poważnie, ale po polsku określa raczej współpracownika, ale równie dobrze może oznaczać jakikolwiek (pseudo)dziennikarski wkład w pracę tytułu. Watson jest autorem tekstów m.in. o tym, że Bin Laden zginął w 2001 roku, zamach na WTC był mistyfikacją – false flag – a Kim Kardashian nazwała swoje drugie dziecko na cześć Iluminatów. 

Towarzystwo być może egzotyczne, ale w czasach, gdy redakcje coraz rzadziej znajdują pieniądze na zagraniczne wyjazdy dla swoich autorów, reporterek czy korespondentów, nie można pogardzić taką propozycją. Wpis Watsona doczekał się w ciągu dwóch tygodni blisko trzech tysięcy odpowiedzi, niemała część z nich to pytanie, kiedy można odebrać przelew i pakować walizki. Okazało się, że „przeżarte przestępczością przedmieścia” Malmö nie straszą tak bardzo, jak się może wydawać. Na propozycję Watsona odpowiedziało sporo anonimowych ludzi, liczących na fajny weekend w Szwecji, ale też ci, którzy na poważnie chcieli podnieść rękawicę rzuconą „wszystkim dziennikarzom”. Nie zniechęciła ich nawet fotka przedstawiająca śniadoskórych młodzianów w sportowej odzieży w gangsterskich pozach i podpisem „to wasi przyjaźni gospodarze”.

Bank rozbiła być może Sulome Anderson. „To ja w Iraku” – zdjęcie z kilkunastoma żołnierzami – „Mam metr sześćdziesiąt i ważę pięćdziesiąt kilo. Myślę, że dam radę w Malmö. Gdzie mój hajs?”. Nie zadziałało. Ktoś odpisał, że w Iraku, z kurdyjskimi siłami Peszmergów, przecież była bezpieczna. A zdjęcie w ogóle nie jest z Iraku, tylko irackiego Kurdystanu. Sulome odpisuje, „ok, masz rację, tu właściwe zdjęcie z Iraku, zadowolony?”. Wciąż nic. „I tak jest tam bezpieczniej niż w niektórych częściach Londynu, Malmö czy Paryża” (sic!). Zwykłe „jesteś idiotą” pewnie by wystarczyło – Anderson zresztą to napisała – ale gdyby jednak ktoś potrzebował dowodu, że na linii  frontu w Iraku jest mimo wszystko gorzej niż pod Seven-Eleven na londyńskim Croydon, Anderson wrzuciła jeszcze selfie z pokoju, którego dach jest przebity na wylot i zieje w nim spora dziura: „Tu spadła rakieta ISIS, mniej niż sto metrów ode mnie. Niewybuch. Masz to w Malmö?”. 

Po niej w stawce ustawił się Nils Karlsson: „jestem wiceburmistrzem Malmö. Z chęcią spotkam się ze wszystkimi dziennikarzami, jakich tu wyślesz”. Pytanie do burmistrza, z kategorii „obyczaje północy”: „A czy dziewczyna w Szwecji może chodzić w spódniczce mini bez zaczepiania przez policję Szariatu?”. Odpowiedź: „Może, ale jest zima, więc nie polecam”. „Ci dziennikarze zostaną zgwałceni, zanim dojdą do waszego biura panie burmistrzu. Waszym przodkom, Wikingom, jest za was wstyd!”. Karlsson: „Wikingowie sami byli gwałcicielami, wiesz?”. „Kiedy Szwecja będzie islamska?”. „Do piątku”. 

Trzecie miejsce ex aequo idzie do tych wszystkich dziennikarzy i dziennikarek piszących, że w sumie po Palestynie, Aleppo, Londynie, Chicago i całym świecie, Malmö nie wydaje się – z całym szacunkiem – największym zawodowym wyzwaniem, z jakim musieliby się zmierzyć.

Piszę jednak o tym wszystkim nie dlatego, że jest to zwyczajnie zabawna gównoburza Twitterowa, jakich dziennie są tysiące. Chcąc lub nie, Watson zaangażował osoby o radykalnie odmiennych poglądach w żywiołową debatę o tym, co widać i czego nie; jak traktujemy dziś przekazy wizualne i jaka jest rola reportażu w „postprawdziwym” świecie. 

W wątku pojawiły się też – choć teraz, gdy to piszę, nie mogę się już do nich dogrzebać – zdjęcia pokazujące rzekome zamieszki i dystopię betonowej przedmiejskiej Szwecji, gdzie grasują gangi wiecznie ubranych w najntisowe kresze i łańcuchy gangsterów w Saabach. Społeczność poddała je fact checkingowi: jedno przedstawiało bójkę kibiców, inne pochodziło chyba sprzed 10 lat (to by trochę wyjaśniało wybory modowe bohaterów), jeszcze inne w ogóle nie było ze Szwecji... i tak dalej. Być może dlatego, że rzekome „dowody”, obrazkowe anegdoty właściwie, okazały się tak kiepsko spreparowaną fałszywką, zniknęły z dyskusji. A gangsterzy z muzułmańskich przedmieść – owi „przyjaźni gospodarze”, jakimi chciał straszyć Watson? Nie wiadomo do końca, kim są, bo zdjęcie jest niepodpisane i trudno dotrzeć do źródła, ale za to widać na nim z całą pewnością, że jeden nosi na szyi spory krzyż. Ciekawy wybór jak na muzułmanina. 

Jeden z aspektów sporu dotyczy tego, czy Malmö jest rajem i nie ma tam przestępczości. Oczywiście rajem nie jest – dochodziło tam w ostatnich latach zarówno do zbrodni, w które zamieszane były gangi, jak i do przestępstw nienawiści, których sprawcami byli imigranci. Otwarcie mówił o tym w Twitterowej wymianie sam wiceburmistrz Karlsson. Statystyki mówią jednak, że brutalna przestępczość nie rośnie z roku na rok, że doniesienia o „muzułmańskiej fali gwałtów” są zmyślone, że problem z atakami z użyciem granatów – a w istocie, pojawił się on w Szwecji w ostatnich latach – wziął się stąd, że przemytnicy broni zaczęli je po prostu rozdawać swoim klientom jako bonus do zakupów. Trudno zgadywać, czy Watsona i jemu podobnych da się przekonać – choć ktoś kiedyś przekonał ich, że zamach na WTC był ściemą. 

Drugi spór jest nawet ciekawszy: jak w debacie tak rozdartej buduje się wiarygodność i co znaczą dowody? Zwolennicy i zwolenniczki tezy o „upadku Malmö” odwoływali się do mitów – „w Szwecji nie można chodzić w spódniczce mini” – i do całkiem realnych wydarzeń. Jak to, że autorów programu informacyjnego, którzy kręcili w Szwecji materiał, zaatakowano, o co oskarżono imigrantów. Zostało to nakręcone, więc zyskało stempel ważności, ale faktycznie pozostało jedynym „naocznym” dowodem na zbrodnie, o jakich mowa. Ośmieszone zostały zdjęcia i spora część wiadomości, na jakie powoływano się w tej dyskusji. Obrazy wyciągane z odmętów Google miały uwiarygodnić tezy również wzięte z Google – autoreferencyjny, domknięty i jałowy mechanizm. A mimo wszystko, gdy manipulacja dźwiękiem, obrazem i wideo jest dziecinnie prosta, znajdują się ludzie, którzy – w podziwu godnej modernistycznej wierze – biorą je za pewnik. 

Paradoksalnie jednak, cała ta gównoburza przyniosła realną pochwałę dziennikarstwa. Watson przyznał, że sam... w ogóle nie wychodzi z domu i czerpie wiedzę z internetu. Nie przeszkadza mu to pisać o najróżniejszych tematach, fenomenach społecznych i przeprowadzać obszerne analizy. Wszak informacje na każdy temat znajdzie w sieci. Gdy więc licytacja na trolling i obrazki z sieci nie przyniosła pożądanych skutków, zapanował pewien konsenus: naprawdę dobrze, aby ktoś tam pojechał. Watson, piszący od lat, że wszystko jest spiskiem, a media kłamią, w końcu wsparł kwotą dwóch tysięcy dolarów wybranego przez siebie dziennikarza wideo, Tima Poola, współpracującego w przeszłości z „VICE” i „Fusion”. Mówić, że media kłamią, po czym stwierdzić, że z braku argumentów należy zdać się na media i ich metody, klasyczny research i reporterkę, to w młodzieżowym języku epickie samozaoranie. 

Pool wrócił z Malmö, montuje swój film. Prasie powiedział, że jeśli ktoś uważa przedmieścia Malmö za hardkor, niech lepiej nie myśli o przyjeździe do Chicago.