Tęsknota za dziwnym sąsiadem
Dave Sykes CC BY-NC-ND 2.0

7 minut czytania

/ Literatura

Tęsknota za dziwnym sąsiadem

Olga Drenda

Grzegorz Bogdał we „Florydzie” jest słuchaczem czujnym i empatycznym: przygląda się nietypowym przypadkom dlatego, że czuje wobec nich sympatię. Zamiast naśmiewać się ze swoich bohaterów, wyraźnie ich lubi

Jeszcze 2 minuty czytania

W USA Floryda funkcjonuje w popularnej wyobraźni albo jako stan, do którego zamożni emeryci przeprowadzają się, żeby spędzić jesień życia w słońcu, albo jako obszar o wyższym od przeciętnego stężeniu dziwnych ludzi i zachowań na metr kwadratowy, trochę jakby stan-mem. Nie wiem, czy to kierowało Grzegorzem Bogdałem, gdy myślał nad tytułem swojego debiutanckiego zbioru opowiadań; może była to raczej gorzka ironia mieszkańców polskich blokowisk, którzy z przekąsem nazywają swoje rodzinne dzielnice „manhattanami”. Jeden i drugi trop wydaje się uzasadniony, bo w niewielkiej książeczce Bogdała jest miejsce i na czułą melancholię prowincji, i na paradę osobliwych przypadków ludzkich.

We współczesnej literaturze polskiej od dawna istnieje niejednoznaczny i nierówny nurt, którego najważniejszą cechą wydaje się tęsknota za osobliwością, kryjącą się za zwyczajnymi życiorysami, w przeciętnych mieszkaniach z meblościanką. Na pewno należą doń „Toksymia” Małgorzaty Rejmer, ostatnio także „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” Weroniki Murek, wiele ma zeń także i „Floryda”. Ta tęsknota za niezwykłym narasta tym mocniej, im bardziej przestrzeń wokół nas dzieli się na małe, pooddzielane od siebie, podobne komórki, sformatowane przez deweloperów, sieci handlowe i dyskonty – bo być może ludzkie życiorysy wraz z tym procesem stają się też jednakowe, przezroczyste i przewidywalne.

Nieprzypadkowo część wspomnieniowych historii z „Florydy” jest osadzona w latach 90. minionego stulecia. Ta dekada, z przyległościami późnych lat 80. i wczesnych lat nowego milenium, jawi się jako czas chaosu, w którym działy się rzeczy niebywałe, a niesamowitości stawały się prawdopodobne. Całe dziesięciolecie wydaje się zanurzona w mgiełce normalsowskiego, przyziemnego ezoteryzmu, którego najlepszą ikoną pozostaje Zbyszek Nowak, napełniający dobroczynną energią butelki wody mineralnej poprzez ekran telewizora, magazyn „Skandale” i reklamy cudownych wkładek do obuwia w tygodniku poświęconym życiu gwiazd.

Grzegorz Bogdał, „Floryda”. Czarne, 136 stron, w księgarniach od lutego 2017Grzegorz Bogdał, „Floryda”. Czarne, 136 stron, w księgarniach od lutego 2017Ten sam klimat, ten „brzydki realizm magiczny”, peryferyjny i osiedlowy, przesiąka nie tylko do literatury, ale także do komiksu („Pokrzywy” Bolesława Chromrego) czy do kreatywności internetowej (blog Niedziele Polskie, Kraina Grzybów TV). To wszystko twórczość, która żywi się osiedlową plotką mutującą w miejską legendę, filmem klasy B podejrzanym wieczorem na kablówce, błogą nudą popołudnia wśród betonu, azbestu i psiej kupy. Trochę tak, jakby współcześni autorzy żałowali, że spóźnili się do Machinowej antologii „Świat kumpli” (opowiadania o młodzieży lat 90., pod redakcją Pawła Dunina-Wąsowicza, często cokolwiek mocno zainspirowane „Trainspotting” i Tarantino) albo do generacji „Osiedla Swoboda”.

Jako zapalona kolekcjonerka archiwalnych wydań „Ekspresu Reporterów” i późniejszych publikacji reportażowych widzę, że faktycznie lata 90. w swoim czasie nie zostały wystarczająco wyeksploatowane, a zdarzyło się przecież wówczas niemało prawdziwych historii o niebywałym fabularnym potencjale. Gdy czytam o staruszce-inwalidce, która założyła gang okradający kościoły, o cudownej karierze Danuty Lato – miłośniczki powieści Kraszewskiego, która uciekła sprzed ołtarza w rodzinnej wiosce, aby zrobić karierę w komediach erotycznych na Zachodzie – czy o poszukiwaczach resztek haszyszu z ładunku spalonego przez straż graniczną w szczecińskiej fabryce Wiskord, mam wrażenie, że współczesna polska literatura przez historie-miniaturki próbuje zbliżyć się do tamtego stężenia powszechnej osobliwości.

Grzegorz Bogdał jest słuchaczem – a może raczej medium, bo jego opowiadania to monologi poszczególnych postaci – zwyczajnych, anonimowych osób o zaskakujących życiorysach. Oto więc Stanisław, któremu znajomy bioenergoterapeuta, „kanalarz energetyczny”, przywraca mowę; oto Kazimierz, pozbawiony stóp sobowtór Freddiego Mercury'ego; oto staruszka zwierzająca się ptaszynie i nawrócona prostytutka Samanta. O ile ich monologi mieszczą się jakoś w ramach realizmu, o tyle centralne opowiadanie o człowieku, który spędza dwa tygodnie w mieszkaniu ze swoją matką po uprzednim pozbawieniu jej głowy – jak gdyby nigdy nic prowadząc z nią rozmowy, kłócąc się i wspólnie przygotowując rosoły – leży w rejonach surrealizmu i makabreski bliskich wspomnianym książkom Weroniki Murek i Małgorzaty Rejmer, a nawet trochę miniaturkom Grzegorza Janusza, które jako dziecku (oczywiście w najntisach) zdarzało mi się z wielkim zaaferowaniem czytać w „Nowej Fantastyce”.

Przy całym doskonale nastrojonym radarze absurdu autor opowiadań jawi się, jak na miłośnika czarnego humoru, jako bardzo ludzki. Być może stoi za tym doświadczenie scenarzysty filmowego. „Floryda”, choć korzysta z na pierwszy rzut oka znajomych i ogranych formuł (tryb niekończącej się gawędy każe myśleć o „mówieniu Masłem” i mam wrażenie, że czasami widywałam takie opowieści w starych „Lampach”), jest naprawdę odświeżająca pod względem językowym. Bogdałowi udaje się bowiem bardzo trudna sztuka: przemówić głosem swojego bohatera bez sztucznej, poniżającej i mimowolnie parodiującej stylizacji, która ma udawać mowę potoczną. Widuje się ją często zwłaszcza w reportażach o mieszkańcach wsi i małych miast, którzy mówią tak, jak nikt nigdy nie mówi, z uporczywym stawianiem czasowników na końcu zdania, z nadużywaniem „ja żem”, z nieprzekonującą niezgrabnością. Tymczasem Kazimierz, Stanisław i inni mówią – hurra! – jak prawdziwi ludzie, których zdarza się czasem każdemu podsłuchać jednym uchem w miejscach publicznych, nie jak jakiś abstrakcyjny inny, produkt życzeniowego myślenia autora.

Bogdał jest więc słuchaczem i obserwatorem czujnym i empatycznym, taką Diane Arbus polskiej literatury: przygląda się nietypowym przypadkom dlatego, że czuje wobec nich sympatię. Zamiast naśmiewać się ze swoich bohaterów, wyraźnie ich lubi. Mam wrażenie, że tkwi w tych prózkach tęsknota za dziwnym sąsiadem, który coś chomikował, konstruował na strychu, monologował przed klatką schodową, i rozczarowanie tym, że jakby coraz o to trudniej.