Kto się boi obcości
Tom B CC BY-NC-SA 2.0

17 minut czytania

/ Literatura

Kto się boi obcości

Małgorzata Łukasiewicz

Warto zdać sobie sprawę z tego, czego o świecie nie wiemy, literatura obca świetnie temu służy. Pod znakiem różnicy: jeśli czytamy klasyczne haiku inaczej niż Japończycy, to niekoniecznie znaczy, że nasza lektura jest do niczego

Jeszcze 4 minuty czytania

 „Marko Polo opisuje most, kamień po kamieniu.
 – Ale który kamień wspiera most? – pyta Kubłaj-chan.
 – Most nie wspiera się na tym czy innym kamieniu – odpowiada Marko – lecz na utworzonej przez nie linii łuku.
Kubłaj-chan trwa w milczeniu, medytując. Potem dorzuca:
 – Czemu mówisz mi o kamieniach? Obchodzi mnie tylko łuk.
Polo odpowiada:
 – Bez kamieni nie ma łuku”.
(Italo Calvino, „Niewidzialne miasta”, przeł. Alina Kreisberg)

Koncept jest morderczy i pouczający. Marko Polo chce przybliżyć chanowi skarby swojej ojczyzny, więc opowiada o cudach europejskiej przemyślności, tymczasem chana ta cała kupa kamieni nic nie obchodzi i wolałby posłuchać o łuku, bo to temat znany mu z bezpośredniego doświadczenia. Tak bywa z przekładem, kiedy już wyląduje w kraju języka docelowego. Zakładamy, że ten kraj wykazuje pewien poziom ciekawości i gotowości na przyjęcie obcego przybysza. Ale nawet najdalej posunięta ciekawość bywa wybiórcza. Z własnych doświadczeń wiem, że polska recepcja powojennej literatury niemieckiej bardzo długo koncentrowała się na sprawach takich jak rozliczenia z nazizmem i stosunek do granicy na Odrze i Nysie, z pominięciem wszystkiego innego.

Domena tłumacza, jego zabawy językowe i rozkosze pogłębionej lektury, męka i inwencja to tylko jedna strona, w dodatku nieco sztucznie wypreparowana. Ostatecznie rzadko tłumaczymy do szuflady. Wytwór idzie w świat, trafia do rąk czytelników w innym miejscu geograficznym i kulturowym. Nawet jeśli perspektywa pójścia w świat nie jest dla tłumacza główną motywacją do pracy, to przecież na różne sposoby w jego pracę ingeruje. W myśleniu o przekładzie obok relacji oryginał-przekład pojawia się relacja przekład-recepcja. Pojawia się kwestia, czy dla życia w nowym środowisku będzie miała znaczenie – i jakie znaczenie – obca proweniencja dzieła. I wreszcie tu jest pora, by zmierzyć się z zagadnieniem obcości.

Obcy język to język, którego nie przyswajamy sobie w drodze naturalnej socjalizacji, ale przecież można się go nauczyć. Obce kraje to po prostu zagranica, można tam pojechać, choćby dla zaspokojenia ciekawości; obczyzna to już gorzej, trafiamy tam niekoniecznie z własnej woli i czujemy się nieswojo. Poza neutralną treścią opisową obcość miewa ładunek emocjonalny i znaki wartości. To, co znane i swojskie, akceptuje się jako normę, to, co obce, łatwo utożsamia się z dziwactwem, kłopotami albo wręcz zagrożeniem. I odwrotnie: znane i swojskie to banalne, nieznane i obce to interesujące. Bardzo ciekawie ujmuje zagadnienie obcości Janusz Sławiński – co prawda z myślą o interpretacji w badaniach humanistycznych, ale ujęcie to zachowuje wartość w stosunku do tłumaczy, którzy przecież także są interpretatorami:

 Drugie kryterium swoistej prawdy interpretacji to jej zdolność do podtrzymywania jak długo się da stanu obcości przedmiotu (tekstu) względem tego, co dla interpretatora powszednie i swojskie. Jeśli skutecznie opiera się pokusom oswajania (a więc znaczeniowego obezwładniania) przedmiotu, bezceremonialnego skracania dystansu do niego, spełnia jeden z kardynalnych warunków wiarygodności. Obcość powinna być pozostawiona na swoim miejscu – i w nim odsłaniać sens, którego poszukujemy.

Dziś kategoria obcości jest w znacznej mierze zagarnięta przez dyskurs polityczny, pod hasłem dominacji, niwelującego ujednolicania, ekskluzji. Spróbujmy jednak na użytek myślenia o przekładzie chwilowo się w to nie wdawać. Obcość i tak naraża nas na semantyczny paradoks. Orzekamy, że coś jest nam obce, nie tyle ze względu na właściwości tego czegoś, ile raczej ze względu na nasz do tego czegoś stosunek, rodzaj i stopień zainteresowania, gotowość przyjęcia do wiadomości, a nawet wzięcia pod uwagę. Ktoś, kto lubi gry słowne, mógłby w tym miejscu przypomnieć etymologię przyimka „wobec”, który zakreśla granicę, ale inicjuje też ponadgraniczną relację i w sumie pełni wzorowo funkcję zwornika między „obcością” a „obcowaniem”.

Literatura na różne sposoby robi użytek z obcości. Egzotyka, czy to bliższa dokumentowi, czy baśniowej fikcji, zawsze sprzyjała przełamywaniu konwencji, a czytelnicy cenią ją dla walorów poznawczych i przygodowych; coś z tego żyje pewnie nadal w atrakcyjności gatunków fantasy i SF. Obcy, zewnętrzny punkt widzenia pozwala przedstawiać w sposób niebanalny i odświeżający stosunki skądinąd swojskie: Montesquieu wykorzystał to w „Listach perskich”. Rosyjscy formaliści wypromowali chwyt uniezwyklenia, Bertolt Brecht – efekt obcości. Wreszcie znany jest w literaturze zabieg, który zasadza się na rozmyślnym wprowadzeniu do utworu pewnych sygnałów obcości, w przekonaniu, że będzie to z pożytkiem dla książki. W Polsce przykładem takiej mistyfikacji są kryminały, które Maciej Słomczyński opatrywał nazwiskiem Joe Alex. Racji łatwo się domyślić: utarty w pewnym okresie pogląd, że dobry kryminał to kryminał angielski, operujący angielskimi realiami, dodatkowo może niechęć autora, by do akcji wprowadzać przedstawicieli milicji obywatelskiej. Mistyfikacją, która zyskała największy bodaj rozgłos w historii literatury, były „Pieśni Osjana”. James Macpherson opublikował je jako przekład nieznanych dotąd zabytków języka gaelickiego z III wieku. Choć średniowieczny autentyzm „Pieśni” szybko zakwestionowano, była to sensacja, poruszająca umysły uczonych filologów, nową wrażliwość literacką i narodowe uczucia Szkotów. Obce pochodzenie – w przypadku „Pieśni Osjana” dodatkowo wsparte dawnością – może więc zwiększać atrakcyjność utworu, do tego stopnia, że niekiedy się je finguje.

W statystykach wydawniczych z reguły wyodrębnia się „literaturę obcą”. Na listach bestsellerów, książek polecanych itp., w pismach recenzenckich też często pakuje się ją do osobnej rubryki (och, wcale to nie oznacza, że recenzent zajmie się analizą albo oceną przekładu). Takie podziały coś uwydatniają, coś innego zacierają. Zacierają na przykład dystans czasowy, choćby największy, jakby okoliczność, że mamy do czynienia z utworem wprawdzie rodzimym, ale powstałym przed wiekami, nie stanowiła charakterystycznego wyróżnika ani trudnego progu do pokonania. Do działki „prozy obcej” trafią na przykład obok siebie Jane Austen i James Schuyler.

Co dla naszych rozważań istotne: etykietka „literatury obcej” wyodrębnia dzieła, które zostały przetłumaczone. Na stronie tytułowej, a czasem już na okładce prócz nazwiska autora figuruje nazwisko tłumacza. Z punktu widzenia przekładu problem obcości wykłada się często w alternatywie sformułowanej przez Schleiermachera: „Albo tłumacz pozostawi, na ile to możliwe, w spokoju autora i poprowadzi ku niemu czytelnika, albo pozostawi, w miarę możliwości, w spokoju czytelnika, by poprowadzić ku niemu autora”. W wersji bardziej współczesnej: albo forenizować, albo domestykować.

Punktem odniesienia jest tu czytelnik, odbiorca, jego potrzeby i wygoda, a ściślej: sposób, w jaki są postrzegane. Licencja na obcość, jaką przyznaje się przekładowi, jest ważna tylko w określonym czasie i niejednakowo hojna w stosunku do utworów różnych gatunkowo (specyficzne normy obowiązują na przykład w literaturze dla dzieci). Zakres tolerancji waha się w zależności od bardzo wielu czynników, między innymi od aktualnego samopoczucia kultury docelowej. O powszechnej tendencji – ani o generalnej recepcie dla tłumaczy – nie ma co mówić. Można jedynie przyjrzeć się kilku przypadkom.

W dniach 6-8 kwietnia 2017 w Gdańsku odbędzie się festiwal„ Odnalezione w tłumaczeniu 2017”. W trakcie festiwalu zostanie wręczona Nagroda za Twórczość Translatorską im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Program dostępny jest na stronie www.odnalezionewtlumaczeniu.pl.

Sygnałem obcego pochodzenia, widocznym na pierwszy rzut oka – a także najłatwiejszym do podrobienia – są nazwy własne, toponomastyka, imiona postaci. Polska publiczność pokochała Jana Krzysztofa, bohatera powieści Romaina Rollanda, właśnie pod spolszczonym imieniem. Paweł Hertz przy lekturze książki „Marcel Proust: biografia” Paintera w przekładzie Aleksandry Frybesowej oburzał się: „pełne imion niepolszczonych, służące są Marie, ciotki Elizabeth, lokaje też jakoś tak, słowem Anglia w Kołomyi”. Bohaterowie powieści Simone de Beauvoir „Śliczne obrazki” w przekładzie Czesławy i Mirosława Żuławskich noszą imiona: Jan Karol, Maria Klara itp.; tłumacze, unikając obcego brzmienia imion, konfrontują czytelnika z obcym obyczajem w zakresie nadawania imion. Dziś imiona pozostawia się zazwyczaj w brzmieniu oryginalnym i bohaterowie nazywaliby się raczej Jean-Charles i Marie-Claire. Ale w każdym przekładzie rodowici Francuzi rozmawialiby z sobą po polsku. To bowiem należy już do zasadniczej i niepodważalnej części paktu przekładowego.

Operacja udomowiania obejmuje niekiedy same reguły budowania tekstu literackiego, czyli jego cechy gatunkowe. Swego czasu polska kultura dostała dialogi Platona w przekładzie Władysława Witwickiego. Tłumacz postawił na przystępność, więcej – na plastyczną inscenizację zakładanej sytuacji źródłowej: oto mędrzec chodzi po ulicach i wdaje się w rozmowy z ludźmi. Odpowiednio do tego wybrał ton swobodny, ekspresję potoczną, nie stroniącą od kolokwializmów i dosadnych wyrażeń. Posunął się jeszcze dalej – jako wzór stylistyczny przyjął arcypolską tradycję gawędy, a w rezultacie oddalił Platona od szlaków dyskursu filozoficznego. Ponadto poczciwie kolokwialne zwroty dziś trochę rażą – to właśnie, co miało wypaść bardzo naturalnie, wydaje się sztuczne.

Stanisław Lem daje w „Głosie Pana” przykład komunikatu uniwersalnie zrozumiałego i przekładalnego na dowolny język:  „Babcia umarła pogrzeb w środę”. Absolutna zrozumiałość i przekładalność wynika stąd, że każdy człowiek musi mieć matkę, każdy człowiek umiera, każda kultura wykształca jakieś rytuały obchodzenia się ze zwłokami i wypracowuje zasady rachuby czasu. Dotyczy to, rzecz jasna, wyłącznie istot ludzkich i kultur naszego globu, a Lem rozpatruje ten przykład w związku z możliwościami komunikacji międzygwiezdnej. Istoty z innych okolic kosmosu, jeśli rozmnażają się na przykład przez podział, a więc nie znają też pojęcia śmierci ani pogrzebu, nie mogłyby zrozumieć komunikatu ani go przełożyć bez uprzedniej gruntownej wiedzy o anatomii, fizjologii i obyczajach człowieka.

W literaturze mamy do czynienia zazwyczaj z tekstami bardziej złożonymi niż komunikat rozpatrywany przez Lema. Z komunikatami niekiedy tak bardzo i tak przemyślnie złożonymi, że poszczególne elementy dzieła w pewnej mierze objaśniają się wzajemnie. Ale tylko w pewnej mierze. Każdy utwór zakorzeniony jest mocno w swoim miejscu i czasie. Ten bagaż pochodzenia to właśnie te „kamienie”, bez których „nie ma łuku”. Autor i odbiorcy z jego środowiska w głowach mają inny kanon lektur i inne dowcipy, w pamięci własnej albo odziedziczonej inne doświadczenia historyczne, co innego zwykli jadać na śniadanie. Te wszystkie szczegóły, powszednie realia, odniesienia dla nich oczywiste i niewymagające objaśnień, nie będą już oczywiste dla odbiorców z innego kręgu. Zakładamy, że tłumacz jest doskonale przygotowany do swego zadania, nie tylko zna język wyjściowy, ale orientuje się w kodzie obcej kultury i umie rozszyfrować wszystkie lokalne odniesienia, którymi nasycony jest oryginał. Przystępując do przekładu, musi jednak brać pod uwagę odbiorców z innego kręgu, u których już takiej wiedzy i orientacji nie zakładamy. To, co tam było oczywiste, tu może już nie być równie oczywiste, może nawet być całkiem niepojęte albo pozostać niezauważone i, gorzej, odrzucone z niechęcią.

Fragment pochodzi z książki Małgorzaty Łukasiewicz „Pięć razy o przekładzie”, która ukaże się 7 kwietnia z okazji gdańskich spotkań tłumaczy literatury „Odnalezione w tłumaczeniu 2017”, nakładem wydawnictwa Karakter oraz Instytutu Kultury Miejskiej w GdańskuEsej pochodzi z książki Małgorzaty Łukasiewicz „Pięć razy o przekładzie”, która ukaże się 7 kwietnia z okazji gdańskich spotkań tłumaczy literatury „Odnalezione w tłumaczeniu 2017”, nakładem wydawnictwa Karakter oraz Instytutu Kultury Miejskiej w GdańskuGórnicki na początku „Dworzanina” wylicza, co pominął z obyczajów włoskich, gdyż byłoby to niezrozumiałe albo nieprzyjemne dla polskich uszu: „U nas z okna nie miłują”. Opuszczanie ustępów, które mogą sprawiać kłopot odbiorcom z innego kręgu kulturowego, to rozwiązanie radykalne, ale dziś wykluczone, jeśli w grę wchodzi przekład, a nie adaptacja czy parafraza. Czy wobec tego należy w przekładzie rozbudować tekst o niezbędne informacje? To jednak również oznacza ingerencję w tkankę utworu, zaburza jego rytm, wprowadza do wewnątrz cudzy głos i w wielu wypadkach może narobić szkód. Więc raczej dołączyć przypisy? To też wyjście nie bez wad, bo podważa autonomię utworu, jego estetyczną samowystarczalność. Recepty uniwersalnej w tej sprawie nie ma.

Bronisław Malinowski w opisie kultury Wysp Trobrianda sięga do słownictwa angielskiego, używa na przykład terminu garden (ogród), ale opatruje to następującą uwagą: „Nie posługuję się tym słowem w jego angielskim znaczeniu i wierzę, że szczególnie pod koniec pierwszego tomu słowo [«garden»] ogród nie wywołuje u czytelnika skojarzeń z grządką kapusty, otoczoną geranium lub bratkami, ale z płotem, który otacza pnącza yamu, taro, kilka bananowców i grządkę trzciny cukrowej”. Posługuje się słowem dobrze znanym odbiorcom, ale inaczej projektuje jego pole znaczeniowe. W tkance języka nie pozostawia to śladów, zmiana ma się dokonać w wyobraźni odbiorcy. W tym wypadku nie chodzi o przekład obcojęzycznego tekstu, lecz o opis obcych obyczajów. Dziś przemożne zmiany uzusu językowego dokonują się chyba mniej na skutek importów literackich, bardziej za sprawą globalizacji i nowych mediów. Jednakże trudno wyobrazić sobie przekład, który nie inicjowałby choćby w minimalnym stopniu semantycznej przebudowy na zapleczu. Toteż nasuwa się pytanie, czy czytelnik jest gotów na taką przebudowę i ochoczo da się zaprowadzić do cudzego ogrodu, czy też zniechęcony odłoży książkę po paru stronach. Obawa, że tak się to może skończyć, niekiedy dyktuje tłumaczowi – często za pośrednictwem wydawcy, redaktora, korektora­ – nadmierną ostrożność albo nadopiekuńczość w stosunku do czytelników. Jeżeli już przekład, jeżeli już fundujemy publiczności zastrzyk obcej krwi literackiej, to zróbmy wszystko, żeby szok osłabić. Żeby czytelnikowi dobrze się czytało.

W recenzjach tłumaczonych książek czasem znajduje się uwaga w rodzaju: „zupełnie jakby napisane było po polsku”, co ma być komplementem. Owszem, można to uznać za komplement, ale tylko wtedy, jeżeli „napisane po polsku” znaczy, że tłumacz przy pracy uruchomił wszystkie środki, jakimi dysponuje polszczyzna. A nie, że czyta się to tak, jakby napisał to ktoś stąd, tutejszy, wskutek czego lektura przebiega gładko i bez kłopotów.

Milan Kundera wspomina, że Chopina drażniło, gdy jego muzykę chwalono za płynność, i dodaje od siebie:  „tak jak mnie drażni, gdy słyszę podobnie wyrażoną pochwałę jakiegoś przekładu: «bardzo płynny». Albo: «zupełnie tak jakby to pisał Francuz». Lecz przecież bardzo złą rzeczą jest czytać Hemingwaya jako pisarza francuskiego! U francuskiego pisarza jego styl jest nie do wyobrażenia! Robert Calasso, mój włoski wydawca: «Dobry przekład poznać można nie po jego płynności, lecz po tych wszystkich niecodziennych i oryginalnych wyrażeniach, które tłumacz miał odwagę zachować i obronić»”.

Jarniewicz wtóruje: „A kto powiedział, że ma być łatwo? (…) Nie siliłbym się na odpowiedź na pytanie o to, jak daleko można tę obcość wprowadzać do polszczyzny. Jak daleko ją modyfikować – to jest kwestia konkretnego momentu w historii języka, a także wyczucia językowego i temperamentu danego tłumacza. Jeżeli jednak z zasady obcego autora sprzedajemy jako swojaka, to ja pytam: po co go było tłumaczyć? Po co nam kolejny swojak, swojaków już mamy. (…) Po co w ogóle brać spoza naszego kręgu kulturowego cokolwiek, jeśli mamy to potem polonizować?”. (…)

Obawa, że nadmierny wsad obcości może zagrodzić drogę do odbioru dzieła, w skrajnej formie prowadziłaby do poglądu, że predysponowani jesteśmy tylko do czytania tego, co powstaje tu i teraz, na naszym własnym podwórku. Czego z kolei nie zechcą i nie będą umieli przeczytać mieszkańcy innych podwórek. Na co przecież się nie godzimy. Nie zamierzamy wyrzekać się Dantego, Matsuo Bashō, Orhana Pamuka i całej reszty, a na poparcie naszych czytelniczych praw do literatury obcej czasowo i kulturowo mamy pod ręką rozmaite racje. A więc na przykład pogląd, że literatura, choć jest dzieckiem swego czasu i miejsca, zawiera silny ładunek ponadczasowy, może nawet wieczny, i uniwersalny. W stylizacji humanistycznej: że co jeden człowiek napisał, to drugi człowiek, choćby z antypodów, może zrozumieć (jakoś). W duchu edukacyjnym: że zawsze warto poszerzyć swoją wiedzę o świecie, jak również zdać sobie sprawę z tego, czego o świecie nie wiemy, a akurat literatura obca świetnie temu służy. Pod znakiem różnicy: że jeśli czytamy Dantego inaczej niż jego współcześni albo klasyczne haiku inaczej niż Japończycy, to niekoniecznie znaczy, że nasza lektura jest do niczego.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.