Kronika szorstkiej przyjaźni
Grzegorz Ciechowski, fot. Tookapic, CC-0

12 minut czytania

/ Muzyka

Kronika szorstkiej przyjaźni

Dariusz Dudziński

Republika, nowofalowy kwartet z Torunia, nieoczekiwanie stał się największą gwiazdą polskiego rocka pierwszej połowy lat 80. Jego historię przypomina, ale i w dużym stopniu odkrywa, wydana niedawno biografia „Republika – nieustanne tango” pióra Leszka Gnoińskiego

Jeszcze 3 minuty czytania

„Jak rewizjoniści położą na czymkolwiek swoje łapy, to później już jest bardzo trudno ustalić, jaka była prawda” – tak Mark E. Smith, lider postpunkowego zespołu The Fall reagował na próby mitologizowania trudnej dekady lat 80. Na polskim gruncie doszło już ono, jak się wydaje, do ekstremum, skoro młodzi krytycy skupieni wokół portali Porcys i Screenagers uznali za autorów najwybitniejszych dzieł w historii naszej muzyki Andrzeja Zauchę i Papa Dance. W zapomnienie poszły cnoty rocka, mówiąc umownie, „jarocińskiego”: krytyczne reagowanie na rzeczywistość i mówienie o niej językiem adekwatnym do czasu.

Językiem, który nierzadko trzeba było wymyślić samemu, co udało się takim wykonawcom, jak Lech Janerka z zespołem Klaus Mitffoch, Armia, Voo Voo czy wreszcie Republika. Nowe zespoły pojawiały się na początku tamtej dekady jeden po drugim, z intensywnością gradobicia w środku lata. Maanam, Kryzys/Brygada Kryzys, Perfect, Oddział Zamknięty czy TSA z miejsca zyskiwały szaloną popularność dzięki koncertom i nagraniom radiowym (kulawy przemysł fonograficzny ledwo za tą inwazją nadążał).

Jednak nawet w tamtych burzliwych warunkach Republika była prawdziwym fenomenem. Ta nowa jakość była czytelna na pierwszy rzut oka – i ucha – nawet dla dwunastolatka, którym miał kiedyś okazję być autor tego tekstu. Dzisiaj natomiast na chłodno można stwierdzić, jakie czynniki o tym fenomenie zdecydowały. Zespół Grzegorza Ciechowskiego miał wyrazisty wizerunek (dziś powiedzielibyśmy „ikoniczny image”, ale wtedy obu tych słów jeszcze nie było…): czerń i biel, ukośne pasy, logo zespołu i pamiętna grzywka lidera. Po drugie, jego menedżersko-promocyjna machina działała z pełną mocą, zupełnie jakby w rzeczywistości innej niż ta późnosocjalistyczna. A i sami muzycy żadnej pracy się nie bali i od pierwszych miesięcy działalności jeździli grać koncerty, gdzie tylko się dało, a czasem i tam, gdzie się nie dało (jak choćby latem 1981 roku w Koszalinie, gdzie rozpadło się im auto marki Żuk).

Te wszystkie trudy na niewiele by się zdały, gdyby nie – bagatela – doskonała muzyka i teksty. Członkowie Republiki mieli już, mimo dość młodego wieku, doświadczenie w graniu rocka progresywnego, poezji śpiewanej, jazz rocka czy hard rocka – wszystkich poważnych stylów muzycznych lat 70., które w erze postpunkowej zrobiły się z dnia na dzień toksyczne.

Leszek Gnoiński, autor wydanej niedawno biografii „Republika – nieustanne tango”, pieczołowicie te wędrówki dokumentuje, jest też sporo zdjęć i to czasem bardzo archiwalnych. Mniej więcej na początku 1981 roku muzycy (wtedy jeszcze kwintet, z pianistą) przeżyli podobną przemianę, co kilka lat wcześniej młodzi weterani z The Police nawróceni na ascezę nowego rocka. Po latach Ciechowski mówił: „Trzeba było wyrzec się muzyki, której się wcześniej słuchało. Nie wypadało zagrać choćby jednej nuty bluesowej” – a pamiętajmy, że paradoksalnie Polish rock revolution tamtych czasów nie była szczególnie postępowa. Poza rzecz jasna środowiskiem punkowym, nasi rockmeni nie buntowali się wtedy przeciwko (jeszcze dość świeżej) tradycji muzycznej, raczej szukali z nią łączności. Nawet lider Maanamu, Marek Jackowski, bronił się przed zaszufladkowaniem, podkreślając, że muzyka jego zespołu to bezpośrednia kontynuacja tego, co robił w poprzedniej dekadzie z Anawą i Osjanem.


Natomiast basista Republiki Paweł Kuczyński, najstarszy z całej grupy, wspomina dziś tak: „Bardzo się emocjonowaliśmy tym, że robimy coś innego. Pamiętam z prób takie teksty: «Kurwa, nikt w Polsce tak nie gra, to musi być zajebiste»”. I rzeczywiście Ciechowski, Kuczyński, gitarzysta Zbigniew Krzywański i perkusista Sławomir Ciesielski stwarzali wrażenie, jakby Republika była nie zespołem, a jednym wielkim specyficznym instrumentem, wydającym osobnicze dźwięki ze swoich unikalnych rejestrów. Do mocy przekazu dokładały się jeszcze teksty, równie nowatorskie. Ciechowski swoimi polityczno-utopijnymi wizjami co prawda zadłużał się tematycznie u Orwella czy Vonneguta, jednak modelując je rytmicznie i fonetycznie na modłę nowofalowego rocka, był w Polsce najprawdziwszym prekursorem

Co jeszcze dziwniejsze, cała ta estetyczna rewolucja Republiki nie była przez nikogo wymyślona, wykoncypowana. Przyszła, jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało, sama, z duchem czasu, bo muzycy znali się i grali razem już od kilku lat. Grzegorz Ciechowski nie był liderem Republiki od jej początku. Zrazu flecista, autor tekstów i charyzmatyczna figura sceniczna, z konieczności przejmował po kolei role pianisty, wokalisty i wreszcie głównego kompozytora. Kiedy kapela zaprezentowała się ogólnopolskiej publiczności, był on już w niej postacią najważniejszą.


Książka „Republika – nieustanne tango”, chronologiczna do bólu, w pewnym momencie staje się kroniką szorstkiej przyjaźni Grzegorza i pozostałych muzyków. Z pewnością nie wszystko zostało opowiedziane, zwłaszcza że nieżyjący już wokalista nie udzieli odpowiedzi. Jednak to właśnie brylujący „na salonach” Ciechowski zawsze miał po swojej stronie uwagę mediów, a biografia Gnoińskiego jest chyba pierwszą okazją do udzielenia głosu pozostałym muzykom, szczególnie Kuczyńskiemu, który porzucił nie tylko zespół, ale i życie muzyczne w ogóle.

Sesja nagraniowa trzeciej płyty Republiki miała się odbyć latem 1986 roku. Na samym jej początku doszło jednak do potężnej kłótni, w efekcie której grupa się rozpadła, a jej lider (czy już raczej ekslider) rozpoczął wbrew wszelkim przeciwnościom pracę na swój własny rachunek. Półtora roku później, w rozmowie z miesięcznikiem muzycznym „Non Stop”, Ciechowski – niesiony już skrzydłami kariery solowej – opowiedział o tym konflikcie ze szczegółami, z dystansem, ukazując go jako ostre starcie na tle artystycznym. Wokalista sam siebie nie wybielał, prezentując się jako dość apodyktyczny lider i producent. Jednak dziś, po ponad trzydziestu latach od tamtych wydarzeń, możemy poznać ich wersję widzianą z drugiej strony. Jak można się domyślić, awantura o kształt produkcji muzycznej była tylko preludium do kłótni dużo większej i na temat dużo bardziej przyziemny, wywołanej wypowiedzianym przez Ciechowskiego zdaniem: „No wiesz, ale sytuacja się zmieniła, mam teraz na utrzymaniu dwie rodziny”.

Republika w swoim wielkim okresie, czyli latach 1981-1985, funkcjonowała jak dobrze naoliwiony mechanizm. Dzięki wysiłkom i zaangażowaniu muzyków, menedżerów, współpracowników, przyjaciół i czeredy fanów (płci obojga) nie było szczególnych problemów czy to z zapewnieniem opieki nad małymi dziećmi członków zespołu, czy to z zapewnieniem opieki nad Grzegorzem Ciechowskim wcielonym na rok – w momencie szczytowej popularności Republiki – w dumne, acz zazdrosne szeregi Ludowego Wojska Polskiego.

Mimo to wokalista już wtedy zaczął marzyć o zupełnie innym stylu pracy. Wspomina Paweł Kuczyński: „Powiedział, że dla niego ideałem byłoby, gdyby miał taką pozycję jak Niemen – mieszkał w Warszawie i pracował we własnym studiu. Na moje pytanie, co z zespołem, odpowiedział, że dojeżdżalibyśmy na próby. Już wtedy coś zaczęło mi zgrzytać, ale myślałem, że to niemożliwe, przecież wszystko robimy razem”. Ciechowski, bez przesady tytan pracy, zrealizował swoje marzenie, jednak Republika, którą po kilku latach udało się jakoś z powrotem pozbierać (bez Kuczyńskiego na pokładzie), nie miała już ani tej mocy, ani tej pozycji co wcześniej. Instytucja Ciechowski and Company w latach 90. nie była, jak w poprzedniej dekadzie anemicznego socjalizmu, jedynym rekinem w morzu show biznesu, a tylko jednym z wielu głodnych szczupaków. Kiedy zaś po następnych dziesięciu latach zespół, jak się wydaje, wreszcie doszedł do formy wytrzymującej porównanie z jego złotymi latami, u zdrowego jak byk Grzegorza ujawnił się duży tętniak aorty, który zabił go w kilka dni, tuż przed Wigilią 2001 roku. 

Pytanie, jakie nasuwa się najczęściej podczas lektury książki, to mało odkrywcze: „A gdyby…?”. I nie mówię tu o tym najbardziej oczywistym: co (i jak) dzisiaj grałby kwartet z Grzegorzem Ciechowskim za sterem. Cała republikańska odyseja nie była bowiem realizacją żadnego mistrzowskiego planu. To był tak naprawdę niezliczony zbiór przypadków, które dopiero po zsumowaniu (a mówiąc ściśle matematycznie: po przemnożeniu) dały coś więcej: gdyby rodzice pewnej Jolanty z Tczewa nie przeprowadzili się do Torunia, nie trafiłby do tego miasta jej chłopak, pisujący wiersze flecista z grzywką. Pojechałby zapewne studiować do pobliskiego Gdańska, gdzie i tak rozkwitłby jego wielki talent, zwłaszcza że w Trójmieście w czasach Solidarności i stanu wojennego (albo: pomiędzy punkiem a Gdańską Sceną Alternatywną) jakimś cudem nie objawił się żaden znaczący wykonawca nowej fali. A gdyby nie „noc generała” 13 grudnia 1981, to Republika zagrałaby dwa dni później wielki koncert w Warszawie u boku Izabeli Trojanowskiej – jego kampania promocyjna szła już pełną parą. Można się domyśleć, że to nie Brygada Kryzys, a właśnie czarno-biały zespół z Torunia testowałby na początku roku następnego świeżo uruchomione studio nagraniowe Krajowej Agencji Wydawniczej „Tonpress”. Zresztą realizator płyty Brygady, Kuba Nowakowski, i tak zawiadywał później pierwszą profesjonalną sesją Republiki, w trakcie której potraktował przyjezdnych muzyków z prowincji bez krztyny szacunku, lekceważąc wszystkie ich pomysły i sugestie. Jakaś sprawiedliwość jednak jest na tym świecie: „Spotkaliśmy się po latach, kiedy już mieliśmy inną pozycję. Bardzo nas przepraszał, ale parę gorzkich słów od nas usłyszał”.

Leszek Gnoiński, Republika – nieustanne tango, Agora 2016, 768 stron, w księgarniach od grudnia 2016Leszek Gnoiński, „Republika – nieustanne tango”,
Agora 2016, 768 stron, w księgarniach od grudnia 2016
Autor książki przytacza te wszystkie opowieści w sposób wyważony, opierając się na rozmowach z uczestnikami i obserwatorami wydarzeń, tak wieloma, jak tylko się dało. Cenne są zwłaszcza spostrzeżenia „Maxa”, bliskiego przyjaciela Republikanów z wczesnych lat, odsłaniające kulisy codziennej pracy i układ sił wewnątrz zespołu. Zaś Zbigniew Krzywański, gitarzysta kapeli, jest, jak się okazuje, obdarzony pamięcią, której pojemność i trwałość deklasuje nawet najbardziej zaawansowane twarde dyski: „Więc zjedliśmy kolację z czterech dań. Bardzo dobrego śledzia po węgiersku, pierożki z kapustą i grzybami, świetną solankę ukraińską oraz kebabczety z lutenicą” – to tylko fragment opisu jednej ze wspólnych biesiad Krzywańskiego i Jana Borysewicza. Leszkowi Gnoińskiemu obca jest republikańska zwięzłość, książka liczy blisko osiemset stron. Brakuje w niej niestety pewnej hierarchii w opisie zdarzeń: czasami autor przeładowuje opowieść detalami ze szkodą dla jasności komunikatu (dwakroć czytałem fragment o pracy nad filmem „Obywatel świata” i, dalibóg, nie pojąłem, na czym polegał konflikt Ciechowskiego z reżyserem), a czasami poprzestaje na dwóch ogólnych zdaniach bez wnikania w szczegóły. I tak nie otrzymałem na przykład wyjaśnienia nurtującej mnie kwestii, dlaczego perkusista Ciesielski, w początkowym okresie główny kompozytor Republiki (świetna piosenka „Układ sił”), nagle przestał tworzyć muzykę dla zespołu. Dziennikarz dał upust swojej drobiazgowości przy opracowywaniu dyskografii zespołowej i okołozespołowej, zajmuje ona aż 32 strony, choć jak na ironię kompletna nie jest – nie widzę w niej wydanej w 2013 roku płyty „Wild Temple” awangardowego toruńskiego zespołu HATI, w której nagraniu brał udział Sławomir Ciesielski. Podobnie jest z 34-stronicowym kalendarium, do którego kluczem jest „skrupulatność [menedżera zespołu] Jurka Tolaka i pamięć Zbyszka Krzywańskiego” – jedne koncerty w nim uwzględniono, a innych (Słupsk, jesień 1982!) nie. Mimo wszystkich niedociągnięć, „Republika – nieustanne tango” to pozycja solidna, po którą z zadowoleniem sięgnie liczna przecież rzesza dawnych fanów. Jej największą wadą jest brak zakładki – w wiadomych kolorach.