O fuck. Bunt jest dla elit
fot. Natalia Kabanow

9 minut czytania

/ Teatr

O fuck. Bunt jest dla elit

Katarzyna Niedurny

W „Fuck...” Marcina Libera bunt przedstawiony jest w kluczu konserwatywnym, jako elitarny i przeznaczony dla mężczyzn

Jeszcze 2 minuty czytania

Większość widowni zgromadzonej na spektaklu „Fuck. Sceny buntu” słyszała o wydarzeniach będących bezpośrednią inspiracją do powstania spektaklu: wyborze Cezarego Morawskiego na stanowisko dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu oraz proteście pracowników teatru i jego publiczności. Bezprecedensowe, długotrwałe i konsekwentne działania protestujących zyskały duży rozgłos medialny. Teatralny bunt ciągle pokazuję wagę działań zespołowych, a przy okazji unaocznia, jak bardzo nieaktualne i krzywdzące jest słynne powiedzenie Kazimierza Dejmka: „aktor jest od grania, a dupa od srania”. Zaś szereg działań takich, jak aktywność w mediach społecznościowych czy tworzenie spektakli w ramach akcji „Teatr Polski w podziemiu”, wskazuje nowe pola zaangażowania teatralnej publiczności i jej siłę polityczną.

Rewolucyjnego potencjału protestu oraz związanych z nim wartości emancypacyjnych niestety zabrakło w spektaklu Marcina Libera, chociaż jak się zdaje, reżyser chciał być blisko rzeczywistości, chciał, by scena była jej artystyczną reprezentacją. W pierwszej części przedstawienia aktorzy występują więc jako aktorzy, pod swoimi własnymi nazwiskami, rozmawiając o realnej sytuacji teatru, z którego zostali wyrzuceni. W kolejnej części z dużym dystansem między sobą a rolą odgrywają postaci związane z innymi formami buntu, zaś w scenie finałowej zagrzewają publiczność do działania, próbując ustanowić z nią wspólnotę niezgody. Dlatego też chciałabym potraktować spektakl jak próbę realnego manifestu oraz wypowiedź odnoszącą się do rzeczywistości o charakterze politycznym, która jest jednak na tyle nieudolna, że staje się powtórzeniem konserwatywnych (zarówno myślowo, jak i estetycznie) schematów teatralnych, pozbawionych siły rewolucyjnej.

Fuck... Sceny buntu, reż. Marcin Liber. Łźnia Nowa, premiera 25 marca 2017„Fuck... Sceny buntu”, reż. Marcin Liber. Łaźnia Nowa, premiera 25 marca 2017W momencie, w którym widownia jeszcze wchodzi na scenę, z offu puszczone zostają „22 tezy do przemyślenia Janusza Opryńskiego” – motto spektaklu nawołujące do buntu artystycznego. „Artystyczny” jest tu ważnym przymiotnikiem, gdyż już w drugim punkcie autor ustanawia opozycję między buntownikiem a przeciętnym obywatelem, który i tak buntu nie zrozumie. Zastanawiam się, gdzie przebiega ta granica między zrozumieniem a niezdolnością ogarnięcia myśli artysty – czy między sceną i widownią, czy trochę dalej wzdłuż ścian teatru. Czyżby bunt był tylko przeznaczony dla artystów, a sztuka dla sztuki? Adresat tekstu nie jest jednak w o wiele lepszej sytuacji niż tenże przygłupi obywatel, gdyż otrzymuje dokładne wskazówki, co powinien robić. Autor w bardzo pretensjonalny sposób poucza go, jakie lektury powinien czytać (Miłosza, Camusa i Dostojewskiego), jaki teatr oglądać (Grotowskiego!). Od początku wiemy – bunt jest lepszy i nie dla wszystkich osiągalny. W czasie tego wstępu aktorzy biegają po scenie w różne strony.

Autentyczność historii aktorów Teatru Polskiego we Wrocławiu, bezpośrednio pokrzywdzonych w wyniku działań Morawskiego oraz zaangażowanych w protest przeciwko jego dyrekcji, jest największą siłą tego spektaklu. Ten potencjał nie został niestety wykorzystany. W czasie luźnej rozmowy o wydarzeniach w Polskim nie dowiadujemy się w zasadzie niczego nowego. W tej zobiektywizowanej narracji zabrakło miejsca na osobiste przeżycie sytuacji, prywatną wypowiedź. Z drugiej strony nie została też wypracowana forma teatralna, która pozwoliłaby nadać nową jakość znanym informacjom. Udaje się to dopiero pod koniec sceny, gdy nieskładne wcześniej opowieści wypowiedziane zostają w formie ironicznej samokrytyki, w czasie której aktor Teatru Polskiego z Wrocławia, Andrzej Kłak, wymierza reszcie karcące klapsy, a grzechy wyznawane są na komendę: „przeproś pana”. Dopiero teraz widzimy przeciwko czemu wymierzony jest protest aktorów (wcześniej słuchamy głównie narzekania, że przy Lupie można było czuć się artystą, a teraz już nie) – przeciwko uprzedmiotowieniu pracowników teatru przez nową dyrekcję, sprowadzaniu ich roli do obowiązku bycia posłusznym. W tym momencie aktorzy zaczynają także opowiadać o swoich ostatnich występach w Teatrze Polskim, odgrywają sceny, których nie będą już mogli powtórzyć na deskach tamtej sceny. Katarzyna Strączek za Courtney Love powtarza: „nie ma takiego miejsca w czasie, od którego to można zacząć od nowa” i zaczyna śpiewać piosenkę z przedstawienia Strzępki i Demirskiego. 

Reżyser zestawia też wątek wrocławskich protestów z losami innych buntowników. Na scenie pojawia się m.in.: bohater filmu dokumentalnego „Odgłosy robaków – zapiski mumii”, który postanawia zagłodzić się na śmierć; członkowie grupy Fuck For Forest zarabiający na ratowanie środowiska filmami porno, Oksana Szałygina, artystka i partnerka Piotra Pawlenskiego oraz Ryszard Siwiec, który spalił się publicznie w 1968 roku w buncie przeciw inwazji na Czechosłowację. Ich historie zostają przedstawione na scenie jako kilka oddzielnych wątków, chociaż postacie z różnych światów czasem spotykają się i rozmawiają. Kryteria wyboru bohaterów „Fucka” pozostają jednak dla mnie niejasne, pomimo że wszystkie związane są z różnymi formami oporu. Bo czy za bunt można uznać samobójstwo przez zagłodzenie, którego motywów nie znamy? Czy można zestawiać ze sobą człowieka, który podpalił się publicznie w imię protestu politycznego, i aktorów zwolnionych z pracy?

To zestawienie jest tym bardziej krzywdzące, że część postaci potraktowano w sposób instrumentalny, co jest szczególnie widoczne na przykładzie Oksany Szałyginy i Ryszarda Siwca. Ta pierwsza jest jedną z nielicznych pokazanych na scenie kobiet buntowniczek i od pierwszych chwil jest postacią niepoważną. W interpretacji reżysera staje się zmanierowaną histeryczką niezdolną do prawdziwego działania. Od razu słyszymy, że jest partnerką Piotra Pawlenskiego i niestety cały czas traktowana jest jak żona przy mężu (wbrew oświadczeniu, że nie chcą, by ich związek był tak nazywany), nie zaś bezkompromisowa artystka. Z długiego wywiadu opublikowanego w monografii „Pawlenski” jej wypowiedzi zostały wybrane bardzo tendencyjnie – opisują jej związek oraz niezauważony przez media performans. W dopisanej jej przez dramaturga Krzysztofa Szekalskiego kwestii nie potrafi ona sformułować samodzielnej opinii o samospaleniu Siwca, gdyż najpierw musi zapytać… Piotra. Nie zostaje również pokazane serio jej wyznanie o tym, że odcięła sobie palec, po to by walczyć o prawdę w swoim życiu. Ten rodzaj buntu z jakichś powodów uznany zostaje za zbyt radykalny (przez ludzi, dodajmy, którzy godzinę wcześniej cytowali wypowiedź Opryńskiego, że buntu artysty nie rozumieją przeciętni obywatele). 

fot. Natalia Kabanow

Co najmniej dyskusyjne jest także wykorzystanie na scenie postaci Ryszarda Siwca. Przez długi czas jest on wprowadzany przez opowieści innych – aktorki przygotowującej film, jego żony. W kulminacyjnym momencie tego wątku słyszymy opowieść sprawozdawcy radiowego – prowadzącego w 1968 roku relację z Dożynek na Stadionie Dziesięciolecia. Opowiada o tym, jak komentować na żywo wydarzenia taneczne, jak dopasowywać głos do rytmu muzyki. Mówi również, że w czasie tamtej transmisji nie powiedział nic o człowieku, który zaczął palić się na trybunie, zastanawia się też, czemu Siwiec nie zrobił tego w bardziej efektownym momencie. Chwilę potem widzimy archiwalny film, na którym na dużym przybliżeniu widoczny jest moment samospalenia Siwca, słyszymy zaś spokojną narrację radiową o polonezie. Ta absolutnie wstrząsająca sekwencja nie ma jednak czasu wybrzmieć, bo już chwilę później ktoś mówi monolog o śpiewaniu dla zwierząt w ZOO; zresztą chybiony gest sprowadzenia jej do roli kontekstu dla protestów w Teatrze Polskim odbiera tej sekwencji teatralną siłę. 

Najgorsze jest jednak to, że spektakl opowiadający o buncie, w istocie do niego nie nawołuje. Na scenie stosowane są znane strategie teatralne: tworzone są postaci, zaś ich znaczenie dyktowane jest wyborami niezwiązanymi z ich realnością, ale z koncepcją estetyczną spektaklu, która umożliwia tworzenie wątpliwych zestawień. Bunt przedstawiony jest w kluczu konserwatywnym – nie jest dla każdego, nie każdy jest w stanie zrozumieć przesłanki buntownika, jest elitarny, raczej przeznaczony dla mężczyzn, zaś by być skuteczny, musi spełniać szereg narzuconych warunków. Spektakl umacnia opozycje między tymi, którzy do protestu się nadają, a tymi którzy są tylko jego świadkami. Silnie jest to widoczne w scenie finałowej, w czasie której widowni rozdawane są napełnione ryżem butelki. Wszyscy mamy nimi uderzać w dyktowany ze sceny rytm, co ma tworzyć wspólnotę między sceną a widownią. Jednak nie wiem, w imię czego ta wspólnota jest budowana, buntujemy się przeciwko Morawskiemu czy odtwarzamy, jak Liber w swoim spektaklu, abstrakcyjną wspólnotę zbuntowanych, w której obiekt protestu jest dowolną zmienną? A jeśli tego nie wiem, to moje uderzenia stają się tylko kolejnym nieważnym teatralnym znakiem. Nawet mnie już to nie dziwi. W końcu po tym spektaklu wiem, że bunt jest tylko dla elit.