Jest sprawa
fot. mat. prasowe

17 minut czytania

/ Muzyka

Jest sprawa

Rozmowa z Tymonem Tymańskim

Mój najnowszy album powstał z niepokoju. Demon wojny powraca i znów wisi nad Europą. Postanowiłem dołożyć swoje trzy grosze, napisać protest song, wprowadzić do debaty publicznej coś w rodzaju antywojennej mantry

Jeszcze 4 minuty czytania

ŁUKASZ SATURCZAK: „Jeśli wszyscy nie zgodzimy się na wojnę/ Nie padnie strzał i na front nie pójdzie nikt” – tak rozpoczyna się twoja nowa płyta „Zatrzymaj wojnę”. Naiwne…
TYMON TYMAŃSKI
: To utopia, ale takie hasła głosili choćby Konfucjusz czy John Lennon. Jak poczytasz o wspólnocie w „Dialogach konfucjańskich”, to zobaczysz, jakie to dopiero jest naiwne: młodzi mają opiekować się starszymi, silniejsi starszymi, każdy ma swoją rolę, funkcję społeczną, dostęp do edukacji. To ma czynić ludzi równymi. Konfucjusz wymyślił tę utopię w V wieku p.n.e., a już 1000 lat później stała się najwyższą wartością moralną filozofii, która ukształtowała Chiny. Ja też się dzisiaj pod tym chętnie podpiszę.

Muzycy z zasady są naiwni? 
I co w tym złego? Nie mam zamiaru się bronić przed zarzutem o naiwność, bo moim zamiarem jest właśnie coś w rodzaju „czarowania” rzeczywistości. Wierzę, że mamy na nią jakiś wpływ, minimalny, potencjalny, homeopatyczny, ale jednak… Efekt motyla mówi o tym, że dowolny układ fizyczny, który zachowuje się nieokresowo, jest nieprzewidywalny. Sztuka Lennona była takim układem, dziś są nim pewnie filmy Tima Burtona. Czemu nie marzyć, czemu nie czarować? Muszę się przyznać, że bardzo lubię filmy dla dzieci. Oglądałem ze swoimi „Harry’ego Pottera”, który doskonale pokazuje, jak skomplikowany jest nasz świat, jak możesz stać się kimś dobrym albo złym w zależności od tego, jakie guziki przyciśniesz. To proste historie o naszych życiowych wyborach, w których nie ma operowania półprawdami czy sylogizmami,

Ryszard Tymon Tymański

Ur. 30 września 1968 roku w Gdańsku. Wokalista, kompozytor, dziennikarz, reżyser i poeta. W latach 80. członek awangardowej formacji Totart. Najbardziej znany z grup Miłość, Kury, The Users, Tymański Yass Ensemble oraz Tymon & Transistors z którym wydał właśnie płytę „Zatrzymaj wojnę!”. Ma na koncie kilkadziesiąt płyt. Jest  scenarzystą filmu „Polskie gówno” (2014). Prowadził programy telewizyjne i radiowe. Autor powieści (wraz ze Zbigniewem Sajnógiem) „Chłopi III” wydanej w 2001 roku.

którymi posługuje się dorosły. A później czytasz i podziwiasz Charlesa Bukowskiego lub choćby naszego Marka Hłaskę, który operuje komiksowymi cytatami w stylu: „Nie ufam niczemu, co ma pizdę i zna wartość pieniądza”. I spoko, dobrze to brzmi w kontekście scenariusza i dalej lubię faceta, ale to tylko zwykły komiksowy dymek, półprawda. I takie właśnie hasła otaczają cię w dorosłym życiu. Wolę chyba świat dziecięcej magii i wiary w niemożliwe.

Chcesz zachować tę dziecięcą wrażliwość?
Chcę. Raz, że mam czwórkę dzieci. Dwa, że zachowanie w sobie tej dziecięcej wrażliwości wydaje mi się jogą mentalną. Zobacz – dzieci są mistrzami zen, bo żyją tu i teraz. Nie żyją przeszłością, jak wielu starszych ludzi, są otwarte i nie mają uprzedzeń. To model do naśladowania, o czym zresztą mówi choćby Chrystus. Dopóki jesteśmy elastyczni, dopóty żyjemy, zmieniamy się.

Tym samym tropem poszedł Spięty na ostatniej płycie „Lao Che”, na której o wojnie opowiada swoim dzieciom.
Zazdroszczę Spiętemu piosenki „Wojenka”, to świetna i osobista wypowiedź. A jeszcze bardziej zazdroszczę Lennonowi „Happy Christmas (War Is Over)” i akcji z Yoko Ono, kiedy w kilku stolicach wywiesili billboardy z hasłem „Wojna się skończy (jeśli tego chcesz)”. Świetna akcja pacyfistyczna, jakkolwiek by była naiwna.Dzisiaj mało kto ma takie wielkie jaja. Jak to powiedziała w latach 70. Joni Mitchell: „Kiedy odkryliśmy, że nie potrafimy się zmienić, postanowiliśmy przynajmniej zarabiać pieniądze”. Uczciwe. Ale też smutne. A przecież można się zmieniać, tylko wymaga to poważnych narzędzi i sporo pracy. Dorosły świat implikuje twardy realizm, a to nie jest dobry trop, aby napisać piosenkę, bo muzyka należy do świata metafizyki, magii, co zreszta również ustalił Konfucjusz, skoro o nim już mowa. Piosenki to haiku, prosta forma, która jest w stanie wyrazić głęboką treść. „Proste przyjemności to ostatni azyl dla ludzi skomplikowanych”, pisał Oscar Wilde. Pewnie pisał bardziej o seksie lub dobrej kolacji, ale proste piosenki też są ostatnią przystanią ludzi skomplikowanych. Takie proste teksty pisali Woody Guthrie, Bob Dylan, John Lennon, Sid Barrett, Nick Drake. Ich poezja jest gazetowa, ociera się o banał, ale nie jest głupkowata. Musi zbudować emocje, które trafią do ludzi.

Artysta wyciąga z trzewi rzeczy, które normalsi boją się ujawnić, ale jest też druga strona współczesnej kultury – czysty entertainment – i warto to połączyć. Jest szereg prostych, punkowych haseł typu „Pieprzyć wojnę”. Ja wybrałem „Zatrzymaj wojnę”, co wzięło się z buddyjskiego koanu. Na początku chciałem użyć sloganu „Wojna to przeżytek”, ale było to zbyt deskryptywne i nie uderzało w sedno. Później zacząłem myśleć o koanie ze szkoły zen rinzai, w którym znalazłem irracjonalny, magiczny sposób na rozwiązanie kwestii wojny. Jak powiedział ostatnio minister Ławrow, wojna zaczyna się w głowie i tam powinna się zakończyć. Ciekawe, prawda? Więc jest już nas dwóch naiwnych: ja i minister Ławrow. Pomedytujmy nad tym faktem jeszcze trochę dłużej – może takie myślenie stanie się modne i pójdą za nim tłumy.

Jesteśmy wychowani w kulturze, w której miarą twojej miłości do ojczyzny jest deklaracja oddania za nią życia. Nikt nie bierze pod uwagę innego rozwiązania. Miłość do rodziny, obrona własnych dzieci, chęć życia w spokoju… Te rzeczy muszą zawsze zejść na drugi plan.
To ważne. W japońskim budo czy karate celem nie jest dążność do konfrontacji. Celem nadrzędnym jest kształtowanie charakteru, dogłębne zrozumienie siebie i tego drugiego. Lepiej przeprosić i postawić piwo, podziękować za uwagę, ewentualnie uciec. Karate oznacza „ścieżkę pustej dłoni”, jest związane z filozofią buddyzmu zen. Gdy człowiek ma lat 20, pusta ręka kojarzy mu się z Bruce'em Lee, filmami walki i konfrontacją na ulicy. Gdy ma lat 50 i ciągle praktykuje sztuki walki, kojarzy mu się bardziej z pracą nad własnymi emocjami, lenistwem, ze sztuką negocjacji i akceptacji świata. To naturalna ewolucja.

fot. mat. prasweTymon Tymański / fot. mat. prasoweJedna ze sztuk walki, czyli okinawskie te, powstało jako bunt przed uzbrojonymi w miecze japońskimi samurajami klanu Satsuma. Uczyło, jak obronić się przed nagłym atakiem i minimalną ilością ciosów unieszkodliwić, czasem zabić. Później zjaponizowało się, ucywilizowało, wchodząc w skład tradycyjnych japońskich dyscyplin budo. Ale tak naprawdę tradycyjne karate to nie tylko sport, to jedynie część prawdy. To w istocie rzeczy stara forma krav magi, gdzie nie ma zasad, jakie panują w boksie, judo, aikido czy choćby MMA. W sytuacji wielkiego zagrożenia reagujesz instynktownie i wtedy sztuka ta objawia swoje ponure, wojenne przeznaczenie. Dlatego najwięksi mistrzowie karate zakazywali używania tej sztuki na ulicy i tłumaczyli, że karate nigdy nie atakuje pierwsze.

Przyrównam to trochę do polskiej mentalności, o której pisał Jasienica. Polacy toczyli raczej wojny obronne, prewencyjne, co wynika z faktu, że nigdy nie byliśmy mocarstwem – i całe szczęście. Rozumiemy sens wojen prewencyjnych, szanujemy wysiłek setek tysięcy dawnych Polaków i oddanie sprawie obronnych wojen i powstań. Ale czy Czesi, którzy którzy po doświadczeniu powstania husyckiego i rzezi znacznej części narodu raczej wycofali się z myślenia konfrontacyjnego, nie osiągneli swym biernym oporem tego samego? To jest kwestia sporna.

Idąc dalej, patriotyzm odegrał ważną rolę w kształtowaniu narodowych społeczności, ale w Europie wraz z dojrzewaniem demokracji zmieniło się jego znaczenie. Znaczna część ludzi nie chce walczyć o piędź ziemi, o Bałtyk, o pole macierzanki. Ja nie zamierzam, wolę wyjechać z rodziną choćby do Nowej Zelandii. Dlaczego? Bo życie moje i moich dzieci, ale także moich sąsiadów jest dla mnie wartością nadrzędną.

Cudowny jest Bałtyk, ale w jakim stopniu jest on nasz? Ryby i ptaki żyją w nim albo nad nim, ale nie zajmują się patriotyzmem i to, zdaje się, znacznie upraszcza im życie. Coś podobnego o ptactwie mówił przecież Jezus. Poradził też swoim wyznawcom, żeby uderzeni w jeden policzek, nadstawili drugi. Więc czemu chrześcijanie się wciąż napierdalają, zamiast zastosować się do nauki swojego nauczyciela? Nie uważam się za chrześcijanina, ale spora część słów Jezusa to czyste i piękne nauki zen – chętnie nad nimi pomedytuję. Przemoc rodzi tylko przemoc, pogodzenie się i wybaczenie rodzi pokój. Czysty empiryzm. Zbyt wielu ludzi w Polsce żyje przeszłością, zamiast skupić się na tu i teraz. A jeśli żyjesz głównie przeszłością, dawnymi rocznicami i miesięcznicami, nie żyjesz pełnią życia. Nie oddychasz przeponą, nie oddychasz skórą. Masz klapkę na oczach, widząc i słysząc tylko to, co chcesz. To mentalna niewola i wielki dyskomfort. Ciekawe, dokąd zaprowadzi ten wysyp twardego neonacjonalizmu. Mam nadzieję, że ten temat się już niedługo skończy.

A ty w tym wszystkim…
Postanowiłem dołożyć swoje trzy grosze, napisać swój protest song, wprowadzić do debaty publicznej coś w rodzaju swojej mantry. Wracamy do efektu motyla. Jeśli jest udowodnione, że jakieś małe, niepozorne wydarzenie może spowodować burzę piaskową w Teksasie, czemu nie zadziałać z taką myślą? Jeśli jeden mnich w Indiach, dajmy na to Dalajlama, medytuje nad pokojem świata, taka postawa może wpłynąć na pokojowy marsz stu tysięcy ludzi na Waszyngton. I tak dalej, i tak dalej.  Z innej beczki. Zespół Izrael śpiewał w piosence „Wojna w Babilonie”: „Politycy wywołują wojny  czynią to na rozkaz szatana”. Naiwne, ale coś w tym jest. Szatan uosabia najgorsze emocje: nienawiść, gniew, chciwość, zazdrość, ignorancję. Jak nie ulec tym emocjom, jak przejrzeć tego naszego wewnętrzego szatana? Trzeba się im przyglądać, kwestionować rację, także swoją, wreszcie modlić się i medytować. Sprawić, żeby ten nasz szatanek stał się zabawkowy, przezroczysty i nierealny. 

„Idzie wojna” – straszą co chwila gazety. Ale też artyści coraz częściej podejmują ten, oczywiście nienowy, temat. W 2015 roku na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej Strzępka i Demirski wykorzystali, jak ty, utwór Siekiery, w zeszłym roku zespół Hańba nagrał płytę, wykorzystując przedwojenne wiersze, które doskonale oddają czasy niepokoju w przededniu wojny, a to przykłady pierwsze z brzegu. 
Demon wojny powraca i znów wisi nad Europą. Bałkany, Gruzja, Ukraina. Na Zachodzie kończy się postkolonialny ład, który w istocie rzeczy posługiwał się ludobójstwem, niewolnictwem, grabieżą, eksploatacją, który systematycznie niszczył inne kultury. To zła karma, która wydaje się powracać. Na Wschodzie mamy hybrydową wojnę dwóch postsowieckich republik w imię imperialistycznej putinowskiej idei, która jest przedłużeniem polityki zarówno carskiej, jak i stalinowskiej. W Polsce mamy konflikt największy od czasów stanu wojennego albo krótkiej wojny domowej okresu 1945–1947. To wszystko nie nastraja zbyt optymistycznie. Ludzie mają krótką pamięć, a każde nowe pokolenie musi uczyć się na swoich błędach.

Na całe szczęście społeczeństwo jest coraz bardziej świadome, bogatsze w doświadczenia, coraz lepiej zorganizowane. Dowód? Choćby kobiecy Czarny Protest. Zobacz, jaka to siła. Wystarczyło wyjście kobiet na ulicę i dorośli faceci się zesrali w gacie.

Miałem więc taki zamysł, żeby dodać coś od siebie. Zatrzymać wojnę w mej własnej głowie, na własny użytek. Może to naiwne, może to pobożne życzenia artysty, ale ja naprawdę wierzę, że przyjdzie taki moment, kiedy liczba pacyfistów przekroczy masę krytyczną i wtedy naprawdę nikt nie pójdzie na wojnę.


Od początku swojej twórczości komentujesz polskie życie społeczne. Takie tematy nie były ci obce, kiedy z Kurami śpiewałeś o skinheadach w utworze „Sztany, glany” (1998), i później z The Transistors, co najbardziej było widoczne w ścieżce do „Wesela” Smarzowskiego. Jednak płyta całkowicie poświęcona pacyfizmowi powstała dopiero w 2017 roku. To kwestia dojrzewania? Czasów? A może wieloletniego praktykowania buddyzmu, o czym wcześniej wspomniałeś?

Jest jeszcze taka społeczno-publicystyczna płyta Kur pt. „100 lat Undergroundu”, gdzie jest sporo polityki. Można rzec, że najnowszy album powstał z niepokoju. W polskiej przestrzeni publicznej jest sporo hejtu, zbyt często skaczemy sobie do gardeł. Nie jestem fanem rządu, wprost przeciwnie, ale mam paru  kumpli, którzy są zdeklarowanymi pisowcami. Nie zamierzam się z nimi ani bić, ani zrywać z nimi wszelkich kontaktów. Na Woronicza też zostało paru moich przyjaciół, którzy są między młotem i kowadłem, więc nie stawiałbym sprawy politycznej przynależności na ostrzu noża.

Co innego komentarz publicystyczny czy satyra, co innego kontrolowanie demokracji. Do tego wszystkiego mamy prawo, to wręcz nasz obowiązek. Ale nie musimy od razu budować barykad, tym bardziej że często podziały dotyczą rodzin. Czasy są niespokojne i trudne do jednoznacznej interpretacji. Dlatego zalecam kulturę i pohamowanie w debacie publicznej. Nic nam nie przyjdzie z publicznego ostrzenia szabelek, ani po jednej, ani po drugiej stronie.

Skąd takie umiarkowanie? Możliwe, że to kwestia wieku czy odpowiedzialności za dużą rodzinę. Mówiłem już o moich wnioskach à propos praktykowania zen czy karate. Dochodzi do tego codzienna obserwacja dwójki moich małoletnich dzieci, które często się biją. Człowiek coraz bardziej hamuje się, nabiera dystansu i cierpliwości. Tłumaczy, czemu warto się dogadać. Kiedyś tej cierpliwości faktycznie nie miałem, bywałem bardziej porywczy. Czas mi ucieka, ale przynajmniej ubywa trochę głupoty.

Grzegorz Ciechowski, którego utwór „Na barykadach walka trwa” wykonujesz na płycie, w innej piosence, „Koniec czasów”, śpiewa: „Nie ma o czym pisać/ Skończyło się/ Kiedyś wszystko to czułem/ A dziś tylko wiem”.
Diabeł się zatomizował, jest niewyraźny. Nie wiadomo, przeciwko czemu się buntować. Czy winą obarczyć globalizm, konsumpcjonizm, rasizm… Zapytaj młodego człowieka. Nie ma jednego kanału buntu. Jest sztuka, kultura, anarchia, pacyfizm, weganizm, lajtowa narkomania, clubbing, sporty ekstremalne oraz dziesiątki innych form, które charakteryzują młodych ludzi. Nie skupisz młodziaków pod jedną chorągwią. Ale ta różnorodność jest zdrowa i cenna. Uważam, że świat idzie w dobrym kierunku. Zobacz, jak silny jest ruch pacyfistyczny – dzięki mediom społecznościowym wyraźnie to widać. Akcje wsparcia, happeningi, maratony pisania listów, koncerty charytatywne. Miejsce artysty nie jest na żadnym piedestale, tylko pośrodku tego całego rabanu. Musisz być uważny, słuchać, czytać, przepuszczać przez siebie i nie ściemniać. 

Pytałeś mnie wcześniej o buddyzm. Jest w tym, co robię, jakiś stempel Wschodu. Jestem dzieckiem Wschodu i Zachodu. Gdy byłem dzieciakiem, odwiedziłem Chiny. Widok ludzi ćwiczących tai chi i qigong zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Na tyle silne, że poszedłem tą drogą. Codziennie pracuję nad umysłem i ciałem, wprzęgając to doświadczenie do mojej sztuki. Nawet mam przy sobie iPada, na którym mam kilkadziesiąt książek o buddyjskiej i taoistycznej tematyce. 

We Wschodzie pociąga mnie element metafizyczny, pozbawiony Boga. Jest pewna tajemnicza, nieosobowa boskość, ale ona jest w nas i w naturze. Zachód Boga osadził na zewnątrz, na chmurce, uczynił sędziwym starcem. Boskość na Wschodzie jest wewnątrz. Jest związana z pracą nad oddechem, łagodnym ruchem, medytacją, skupieniem się na „tu i teraz”. 

To, o czym opowiadasz, przywodzi na myśl bardzo modny ostatnio termin: „emigracja wewnętrzna”.
Tymon and the Transistors, Zatrzymaj wojnę, Agora 2017Tymon and the Transistors, „Zatrzymaj wojnę”,
Agora 2017
To bardzo bliski mi termin. Emigrowałem wewnętrznie jako dziecko, miałem swój świat, swoje filmy, swoją bibliotekę wewnętrzną. Nigdy tego nie zgubiłem, wręcz przeciwnie. Wszystko, co tworzę, płyty, książki albo scenariusze, rodzi się w mojej wewnętrznej fabryce, która czasem potrzebuje wyłączenia prądu, totalnego znieruchomienia. Ale to nie jest ucieczka, to raczej wyzwolenie z ciężaru samego siebie. Kluczem do zrozumienia świata jest podróż wewnętrzna – nauka właściwego oddychania, odpowiednia dieta, szacunek do własnego ciała, do innych i przyrody. To krok do zatrzymania wojny w naszych głowach.

Na pierwszej płycie Cool Kids of Death z 2001 roku nagranej przez ówczesnych dwudziestoparolatków słyszeliśmy: „Brak mi doświadczeń istotniejszych, holocausu, wojny, śmierci/ Pornografia, telewizja, to mnie kształtowało…”.
Jest takie żydowskie przekleństwo: „Obyś żył w ciekawych czasach”. Czasy są cholernie gęste: NASA szuka planet podobnych do Ziemi i szykuje się do ekspedycji na Marsa, po dobie cyfryzacji zaczęła się kolejna rewolucja związana z robotyzacją. Brak doświadczenia wiąże się z młodością, ale młodość ma energię i potencjał, której nie ma starość. Nie ma co narzekać na świat, trzeba znaleźć tu swoje miejsce. Intelektualnie i duchowo.

The Transistors to ten z twoich projektów, który najmocniej te sprawy komentuje?
Zaczęło się to wszystko od płyty do „Wesela” Wojtka Smarzowskiego. Pamiętam, że kiedyś słuchałem, jak Wojtek udzielał wywiadu i na pytanie, kiedy siada do stołu i zaczyna pisać scenariusz, odparł z charakterystyczną dla siebie prostotą, że „robi film… jak jest sprawa”.

A ty zrobiłeś płytę, bo jest sprawa?
Dokładnie tak. Jest sprawa i trzeba trochę poczarować.