Raczej westchnienie niż dźwięk
Michał Jacaszek i Hanna Malarowska, fot. Paweł Grześ

Raczej westchnienie niż dźwięk

Bartosz Nowicki

Po kilkunastu latach Jacaszek wraca do piosenek i współpracy z wokalistką. Płycie „Kwiaty” bliżej jest jednak do smutku i ciężaru „Trenów” niż do zwiewności popowych płyt muzyka

Jeszcze 2 minuty czytania

Jest rok 2005. Michał Jacaszek ma już za sobą powszechnie chwalony debiut „Lo-Fi Stories” (2004), który czyni go nadzieją polskiej sceny elektronicznej. Druga płyta, nagrana z wokalistką Miłką Malzahn, potwierdza talent producenta i jego znajomość aktualnych trendów. „Sequel” przynosi udany flirt z estetyką alternatywnego popu. Piosenki o relacjach uczuciowych, zaaranżowane w nowoczesnym klubowym brzmieniu, z wyraźnym acidjazzowym sznytem, nadają się do puszczania i w radiu, i w klubie.

Po dwunastu latach Jacaszek znów sięga po poezję, komponuje piosenki i współpracuje z wokalistką (tym razem Hanną Malarowską z zespołu Hanimal). Różnice między „Sequelem” a najnowszym wydawnictwem „Kwiaty” pokazują jednak, jaką ewolucję przeszła jego muzyka. Przełom estetyczny nastąpił w 2008 roku. Nakładem uznanego ambientowego norweskiego wydawnictwa Miasmah ukazała się wtedy płyta Jacaszka „Treny”. Już sam tytuł dawał do myślenia. Zainspirowany lamentacyjnymi utworami Jana Kochanowskiego album z miejsca zdobył uznanie publiczności gustującej w nastrojowych ambientowych formach. Zbiegło się to z modą na gatunek ochrzczony za granicą mianem modern classical. Jego ambasadorzy (Tim Hecker, Max Richter, Jóhann Jóhannsson czy Ben Frost) wyrastali właśnie na gwiazdy alternatywy, łącząc mocne brzmienia generowane elektroniczne z barwami instrumentów akustycznych. Na „Trenach” ukształtowany został muzyczny styl artysty obowiązujący do dziś. Odtąd w jego stałym repertuarze znalazły się minorowe tonacje, powolne tempa, przepasane surowym dźwiękiem klasycznych instrumentów ambientowe zamglenia oraz elektroniczna ornamentyka, nadająca smaku kompozycjom. Powłóczyste nokturny stały się nośnikiem smutku, obecnego również na „Kwiatach”.

Tym razem kompozytor sięgnął po XVII-wieczną poezję metafizyczną angielskiego pastora Roberta Herricka. Jej nienazwanymi bohaterami są romansujący ze sobą Eros i Tanatos, pojawiający się w refleksyjnych opisach

Jacaszek w NInA

Premierowe wykonanie płyty „Kwiaty” Michała Jacaszka odbędzie się w Narodowym Instytucie Audiowizualnym 28 kwietnia o godz. 20. Przed Jacaszkiem wystąpi Micromelancolié.

Wstęp wolny, liczba miejsc ograniczona. Więcej informacji na stronie NInA.

natury i jej przemijania. Zestaw poezji uzupełniają słowa Wergiliusza do otwierającej płytę kompozycji „Flowers” oraz znajdujący się jedynie w polskim wydaniu wiersz „There's no Here” poetki Magdaleny Malarowskiej. Warstwa liryczna roztacza aurę smutku, wzmocnioną przez głos Hanny Malarowskiej (artystki są siostrami).

To nie pierwszy album Jacaszka w podobnej stylistyce. Ten wydaje się zainspirowany także wierszem Herricka „Cicha muzyka” (na płycie odpowiada mu kompozycja „Soft Music”) w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka – „Muzyka rani duszę swym muśnięciem miękkim/ Najgłębiej, gdy jest raczej westchnieniem niż dźwiękiem”. „Kwiaty” są sumą takich westchnień. Zamyślone melodie dryfują naglone ledwo słyszalnym pulsem elektroniki. Instrumenty akustyczne, gitara, harfa, fortepian, przykryte grubą warstwą dźwiękowej patyny mają rozmyte kontury. Mętna akustyka generuje nastrój rozpadu i rezygnacji. Kolejne kompozycje są jak senne, zawiesiste mazy, przykryte nalotem fonicznego brudu i warstwami szumu. Stanowi to kontrast do poprzedniej płyty Jacaszka „Catalogue des Arbres”, na której dźwięki instrumentów akustycznych, improwizowane przez zespół Kwartludium, zostały wyeksponowane w krystalicznej przejrzystości.

Brzmieniowa estetyka lo-fi, dopuszczająca dźwięki o niskiej jakości, przestery czy usterki, okazała się wprost wymarzonym akompaniamentem dla Malarowskiej. Zgaszony efektami, wkomponowany pod warstwą dźwiękowych tekstur i rozlewający się pogłosem wokal nawiązuje do shoegaze’owej estetyki, w której śpiew wokalistów ginie pod naporem gitarowego hałasu. Jedyne ozdobniki to melizmaty (figury zaśpiewane na jednej sylabie tekstu), które wpuszczają odrobinę światła w posępną materię nagrania. Głos wokalistki jest zaś rewersem soulowej i natchnionej jazzowym spleenem artykulacji Miłki Malzahn. Podobnie zresztą jak „Kwiaty” są przeciwieństwem zwiewnego „Sequelu”.

Jacaszek, Kwiaty, Requiem Records / Ghostly International 2017Jacaszek, „Kwiaty”,
Requiem Records / Ghostly International 2017
Lewitujące w takt spowolnionego walca utwory wydają się bliźniaczo do siebie podobne. Toczą się w ospałych tempach, pobudzane niewielkimi kulminacjami. Dopiero finałowe kompozycje „To Blossoms” i „There's no Here” nadają dominującemu tu smutkowi jaśniejszej barwy. Finalnie nie dochodzi jednak do katartycznego uniesienia, a jedynie do wyciszenia emocji, metaforycznego pogodzenia się z losem.

Przez „Kwiaty” przewijają się niemal wszystkie wątki poruszane na poprzednich płytach Jacaszka. Stanowią one fundament jego artystycznej mitologii. Są nimi przemijanie, śmierć, duchowość, chrześcijaństwo, mistyka, fascynacja naturą, barokiem, liryką, a także zamiłowanie do dźwiękowej retromanii i estetyki lo-fi. „Kwiaty” nie wnoszą nowych idei do muzyki Jacaszka ani na poziomie dźwięku, ani na poziomie inspiracji. Są raczej powrotem do samego rdzenia twórczości, utrzymaniem artystycznego status quo. Może wynikać to z faktu, że kompozycje są oparte na szkicach, które nazbierały się Jacaszkowi na marginesie jego filmowych i teatralnych prac lub nie zostały wykorzystane na albumach studyjnych. Sam muzyk, po wydaniu znakomitego, awangardowego „Catalogue des Arbres” w 2014 roku, deklarował potrzebę „zrobienia czegoś lżejszego i odprężającego”. Jeśli miał na myśli „Kwiaty”, to „odprężenie” musi on rozumieć doprawdy osobliwie.