Pudełko z zapałkami
Alicja Karska&Aleksandra Went, Panie i Panowie

14 minut czytania

/ Sztuka

Pudełko z zapałkami

Rozmowa z Jadwigą Sawicką

„Odnajduję coś pokrewnego w opisie sztuki kucharskiej Franciszki u Prousta, w inwentaryzacji pokarmów Pereca i filmach na YouTubie, na których możemy oglądać bez końca, jak maszyna obiera jabłka” – mówi kuratorka wystawy „Życie. Instrukcja”

Jeszcze 4 minuty czytania

MONIKA STELMACH: Zbudowała pani wystawę wokół książki Georges'a Pereca „Życie instrukcja obsługi”. Skąd ten wybór?
JADWIGA SAWICKA: Perec jest dla mnie ważnym pisarzem, chociaż wcale nie ulubionym. Przeczytałam wiele książek, które są dla mnie istotniejsze, ale nie wszystko z literatury można przełożyć na język sztuk wizualnych. Zdarza się, że książkę cenię, wywiera na mnie duży wpływ, ale nie mam potrzeby, żeby dodawać jeszcze coś od siebie. Twórczość Pereca prowokuje mnie, żeby coś z nią zrobić. 

Czym prowokuje?
Otwartością na eksperymenty: Perec sam mówił, że nigdy nie napisał dwóch takich samych książek, nie powtórzył żadnego z narzuconych sobie formalnych rygorów. Poza tym od kiedy tylko usłyszałam o książce „Życie instrukcja obsługi”, zanim ją jeszcze przeczytałam, już sam tytuł mnie intrygował. Niesie obietnicę, że istnieje jakaś instrukcja życia. Perec jej nie podaje. Chociaż ciągle nabieram się na ten tytuł, nie utracił dla mnie powabu obietnicy. Napisanie tej książki było pewnie próbą odnalezienia instrukcji, albo raczej: jej stosowania. Perec traktuje życie jak łamigłówkę do rozwiązania. Członkowie OuLiPo posługiwali się metaforą szczura, który buduje labirynt dla samego siebie. Perec twierdzi, że człowiek jest wolny w ramach narzuconych sobie ograniczeń, które są elementem porządkującym życie.

I przede wszystkim Perec precyzyjnie opisał strukturę formalną, w której mieszczą się zarówno utwory literackie, jak i plastyczne. To było dla mnie najciekawszym odkryciem. Podzielił swoją twórczość na cztery pola: socjologiczne, polegające na uważnym przyglądaniu się codzienności, klasyfikowaniu; biograficzne – to zapis rzeczywistości, za pośrednictwem swojej biografii, mówił, że należy mieć dostęp do swojej historii; ludyczne – tutaj najbardziej uwidacznia się upodobanie do rygorów formalnych, stawia się pytanie nie „dlaczego”, tylko „jak”; oraz pole fabularne – które określał jako „zapierające dech w piersiach przygody”. Gdy czytałam „Uwagi o tym, czego szukam”, przychodziły mi do głowy prace ze sztuk wizualnych, które dobrze wpisują się w poszczególne obszary. 

Książka „Życie instrukcja obsługi” jest skomponowana według zasady kombinatoryki i reguł szachowych. Potrzeba czasu i sporo wysiłku, żeby je prześledzić. Podobnie jak zabiegi formalne w  kuratorowanej przez panią wystawie. Dużo wymaga pani od widza.
Wystawę można oglądać bez znajomości książki Pereca i bez wiedzy na temat zasad, według których została zbudowana. Również „Życie instrukcję obsługi” można czytać jak opowieść o mieszkańcach paryskiej kamienicy, bez tropienia zabiegów konstrukcyjnych. Perec dawał czytelnikowi wybór, czy chce wchodzić razem z nim w zabawy formalne, czy też nie. Ja również taki wybór widzom pozostawiam. Mogą śledzić cykle prac, pewne artystyczne obsesje, pomijając koncepcję wystawy.

Jadwiga Sawicka

Artystka wizualna, tworzy obrazy, fotografie, obiekty, instalacje tekstowe, również w przestrzeni publicznej. Pracuje na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego. Laureatka Nagrody im. Katarzyny Kobro.

Wystawa „Życie. Instrukcja”, której kuratorką jest Jadwiga Sawicka, potrwa do 23. kwietnia 2017 w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie.

Na czym polegają artystyczne obsesje?
Słowo „obsesja” należy wziąć w cudzysłów. Mówimy o obsesjach świadomych i kontrolowanych, przełożonych na język sztuki. Artyści, których zaprosiłam, pracują według narzuconych sobie reguł. Świadomie wybierają środki: fotografię, film, kolaż czy instalację. Bardzo konsekwentnie, niekiedy latami, realizują założone przez siebie plany działania. To w jakimś stopniu porządkuje, ale i determinuje ich życie. Wbrew często spotykanym zarzutom, że artyści nie mają warsztatu, robią szybko i byle co, wielu pracom, które znalazły się na wystawie, poświęcili dużo czasu. Tak jak jest w przypadku realizowanego od 2006 roku cyklu Andrzeja Tobisa „Gabloty edukacyjne”, monumentalnego projektu badawczego Marianne Wex „Odzyskajmy naszą przestrzeń. «Kobiecy» i «męski» język ciała jako następstwo patriarchalnej struktury społecznej” czy książki Krzysztofa Pisarka, który blisko dziesięć lat fotografował rzeczy znalezione podczas spacerów w lesie. Ten upór i konsekwencja robią na mnie wielkie wrażenie – także dlatego, że sama nie pracuję w ten sposób. 

Niektóre obsesje artystyczne przynoszą zaskakujące efekty, jak usuwanie liter z książki Joyce’a – tak, żeby pozostałe fragmenty tekstu ułożyły się w kompozycje muzyczne.
Praca Krzysztofa Bartnickiego „Wariacje Bartnickiego na wariacje Joyce’a na tematy różne” jest świetnym przykładem gry formalnej. Przełożył na polski „Finneganów tren” Jamesa Joyce’a, rzecz powszechnie uważaną za niezwykle trudną do przetłumaczenia. Na tym mógł zakończyć pracę nad książką. Ale pozostała ona w dalszym ciągu wyzwaniem, prowokowała go do dalszych działań, w tym wypadku: poszukiwań muzycznych. Bartnicki usuwa z dzieła Joyce’a litery, które nie mają odpowiednika w nutach, odnajdując w ten sposób zaszyfrowane tam melodie. Są tematy z Chopina, Haydna, ale i „Gwiezdnych wojen”, jest też David Bowie. Mamy do czynienia z plagiatem przez antycypację, mówili o tym także członkowie grupy OuLiPo.

Fascynujące dla mnie jest też kolejne nawarstwienie się inspiracji. Na instalację składa się kilka prac: motywów muzycznych znalezionych przez Bartnickiego słuchamy w aranżacji Wojciecha Kucharczyka. Są też animacje przekładające tekst muzyczny na obrazy Karoliny Niwelińskiej i animacje studentów, eksperymentujące z fragmentami tłumaczenia Joyce’a. Podoba mi się to zagęszczenie podobne do intencji babki narratora „W poszukiwaniu straconego czasu”, która dekoruje jego pokój fotografiami pięknych gmachów i krajobrazów. Chcąc wprowadzić „kilka warstw sztuki”, szuka fotografii obrazów znanych malarzy przedstawiających te miejsca, albo starych rycin, pokazujących zabytki jako nowe budowle. Wszystko po to, „aby wprowadzić jeden stopień sztuki więcej”. 

Mariusz Tarkawian, Adolescencja, 2017  
Kaja Gliwa&Mikołaj Moskal, Jedzenie, 2017
fot. Marek Krzyżanek

Perec podkreśla też, jak duże znaczenie ma codzienność. Co jest w codzienności interesującego?
Interesującego i przerażającego jednocześnie. Z codzienności składa się 90 procent życia. Przygnębiająca jest proporcja wydarzeń mało ważnych, a zajmujących dużo czasu, w stosunku do rzeczy istotnych, przełomowych czy ekscytujących. Często nie potrafimy powiedzieć, na czym upłynął nam dzień, tydzień, miesiąc i całe lata. To ma się nijak do wyobrażenia większości z nas, jak powinno wyglądać życie. Nadanie znaczenia codzienności jest próbą zatrzymania czasu, który ucieka bez większego sensu. 

Dlatego robi „Inwentaryzację wszystkich pokarmów płynnych i stałych, które pochłonąłem w 1974 roku”, czy spisuje rzeczy, które lubi i których nie lubi.
Perec nazwa to podzwyczajnością i przekonuje, że nie trzeba mieć niezwykłego życia, można zacząć obserwację od tego, co leży na stole. W jednym z esejów apeluje „Przepytajcie swoje łyżeczki”, czyli przyjrzyjcie się swojej codzienności. Dlatego spisywał, co zjadł, co ma na biurku, co zaobserwował, siedząc przy stoliku w kawiarni. Próby odzyskania straconego czasu poprzez obserwację i opisywanie codzienności podejmowało wielu artystów poza Perecem, chociażby Proust. Odnajduję coś pokrewnego w opisie sztuki kucharskiej Franciszki u Prousta, w inwentaryzacji pokarmów Pereca i filmach na YouTubie, na których możemy oglądać bez końca, jak maszyna obiera jabłka albo gorący nóż przecina różne materie. Mamy podobny rodzaj fascynacji, której może dostarczyć codzienność. Ma ona to do siebie, że nie jest ciekawa, trzeba zabiegów, żeby nadać jej znaczenie. Perec pokazuje, że jednym z takich zabiegów jest uważność.

Słowo „uważność” robi ostatnio zawrotną karierę. Panuje moda na mindfulness, bycia uważnym można nauczyć się na kursach.
Wypowiadając „uważność”, również czuję, że używam dość zużytego dziś słowa. O uważności ostatnio dużo się mówi, ale nie zauważyłam, żeby było jej więcej. 

Dlaczego dla Pereca jest taka ważna?
To jedna z jego instrukcji obsługi. Kiedy jesteśmy uważni, więcej widzimy, nie przegapiamy istotnych momentów. Dla ludzi zajmujących się sztuką uważne patrzenie jest szczególne istotne. Trudno przesadzić z podkreślaniem wagi uważności. 

Jaki ma pani swój własny sposób na nadanie sensu codzienności?
Nie mam takiego sposobu. Pewnie dlatego go szukam. Perec mówi o dziurze, której nie może zapełnić. Wynika to z jego biografii: zginęli jego rodzice [ojciec został śmiertelnie ranny w walce, matka zginęła w obozie koncentracyjnym – przyp. red.], nie znał swojej przeszłości. Musiał ją sobie odtworzyć. Robi to między innymi powtarzając pomysł Joe Brainarda, czyli „I remember”, chociaż z pewną znaczącą modyfikacją. Podobnie jak Brainard, Perec też zaczyna każde ze swoich wspomnień od „Pamiętam, że..”, ale zupełnie wyłącza intymną, osobistą pamięć. Jego wspomnienia to pamięć zbiorowa Francuzów, paryżan, których dzieciństwo przypadło na czasy powojenne, i to w dodatku dotycząca bardzo ulotnych i błahych rzeczy: tytułów piosenek, filmów, wyglądu opakowań itp.  Odbudowuje ją z rzeczy miałkich, z zabawy słownej, z listy rzeczy, które lubi lub których nie lubi. Nie ma u niego rozważania spraw ostatecznych, ale czuje się w jego twórczości napięcie. Podobnie jest z nadawaniem sensu codzienności. Jego formalne zabawy literackie są jak próby zatkania czarnej dziury gumą do żucia. Przedmiot banalny, ale jeśli można nim choć trochę coś naprawić, nabiera nowego znaczenia. 

Piotr Macha, Wleźć do matki z powrotem, 2016
Mariusz Tarkawian, Adolescencja, 2017
fot. Marek Krzyżanek

Pani też nadaje codziennym przedmiotom niecodzienne znaczenie, na przykład praca z zapałkami, na których napisała pani „Żałuję”.
Zapałki są intrygujące poprzez zwartą konstrukcję, doskonałą formę, także ilość i zamknięcie w pudełku. Jest w nich potencjał niebezpieczeństwa. Mały przedmiot może stać się narzędziem dużych wydarzeń. Karl Ove Knausgård, pisarz, który także bardzo docenia wagę codzienności, w „Mojej walce” wspomina, jak wielką przygodą było dla siedmiolatków podstępne zdobycie zapałek. W podnieceniu z kolegą szukali czegoś, co mogliby podpalić. Rzeczywiście podpalili i efekt przeszedł ich oczekiwania.

A czego pani żałowała?
Praca powstała na wystawę „Lustracja”. W gazecie przeczytałam tytuł „Żałuję i przepraszam za swoje kłamstwa”. „Żałuję” nasączone jest emocjami: wstydu, żalu, pokory, świadomości nieodwracalności tego, co się zrobiło. W połączeniu z zapałkami nabiera mocy. Można rozpakować to pudełko z żalem, można wzniecić pożar albo pozostawić zamknięte. 

Skąd to zamiłowanie do słów?
Z nieumiejętności poradzenia sobie z obrazami. To, co malowałam, nie spełniało moich oczekiwań. Miałam wrażenie, że moje obrazy są podobne do innych obrazów, dekoracyjne i wtórne. Nie odpowiadały temu, co czułam. A słowa mają siłę i dobitność, której szukałam. Kiedy zaczęłam je malować, poczułam się pewniej, bo w końcu wyrażałam to, co zamierzałam. Przestałam być zależna od oceny moich prac przez inne osoby. Oczywiście przyjmuję uwagi, ale przykrość bądź przyjemność, które niosą, jest powierzchowna, ponieważ mam wewnętrzne przekonanie, że moje prace są, jeśli nawet nie dobre, to prawdziwe. Wzmocnił mi się artystyczny kręgosłup.

Wokół jednego słowa powstaje obraz. Jak je pani znajduje?
Nie prowadzę celowych poszukiwań, nie rozkładam słów na czynniki pierwsze, nie badam ich. Biorę słowa, które mnie atakują znaczeniem, uderzają mnie brzmieniem, czasami wyglądem. Najczęściej same mnie znajdują, wpadają mi w oko albo w ucho, nie mogę się od nich uwolnić, wręcz chodzą za mną. Ostatnio malowałam obraz z napisem „kolana narodu”. „Kolana” mają emocjonalny potencjał, można na nich klęczeć w celach modlitewnych, błagalnych albo erotycznych. Oczywiście, jak pojawiają się obok „narodu”, to inne znaczenia schodzą na dalszy plan, bo naród albo klęczy upokorzony, albo wstaje z dumą. Ale te inne znaczenia mimo wszystko wciąż są obecne. Słowa lub zdania pożyczam też z literatury. Czasami eksperymentuję, na przykład cytaty łączę ze zdjęciami. Oprawiam książki w obwoluty, maluje je, piszę na nich. Nową okładką zaprzeczam temu, co jest w środku.

Literatura jest mi bardzo potrzebna, ale raczej nie jako źródło cytatów, bank słów do wykorzystania, bo te, które znajdą się na moich obrazach, mają różne pochodzenie. Bardziej chodzi o precyzyjne nazwanie tego, co czuję, różnych odcieni i stanów pośrednich. Nie przestaje mnie zadziwiać, że mogą być tak dokładnie opisane przez kogoś innego. Nie wyobrażam sobie życia bez książek.