Święty brutalizm
fot. Agata Ożarowska-Nowicka

Święty brutalizm

Piotr Tkacz

Kolejna udana Wiosna Muzyczna w Poznaniu. Nawet jeśli nie obyło się bez miniskandalu i kilku chaotycznych występów

Jeszcze 3 minuty czytania

W tym roku na Poznańskiej Wiośnie Muzycznej można było usłyszeć utwory Karlheinza Stockhausena, Witolda Lutosławskiego, Krzysztofa Pendereckiego, Oliviera Messiaena, György Ligetiego czy Arvo Pärta. O nich będzie można zapewne przeczytać gdzie indziej. Ja chciałbym się skupić na kompozycjach mniej znanych twórców, zwłaszcza tych granych po raz pierwszy.

Do historii festiwalu ma szansę przejść prawykonanie, do którego nie doszło – podczas występu ElettroVoce, czyli Agaty Zubel i Cezarego Duchnowskiego, w ramach prowadzonego przez Lidię Zielińską cyklu „Muzyka z prądem”. Nie jestem fanem ich twórczości, niepotrzebnie nadekspresyjnej, pełnej pustych gestów, nieuzasadnionych technicznych fajerwerków i zmanierowania – zwłaszcza jeśli chodzi o to, co Zubel robi z głosem. Wykonane na początku (zgodnie z planem) „Dzisiejsze improwizacje 3.04.2017” niestety to wszystko zawierały. W kontraście do wokalnych wygibasów (dla których pretekstem były artykuły z gazet) oraz ich efekciarskiego przetwarzania i rozprzestrzeniania, stał na szczęście powściągliwy i przemyślany „Hildegards's Dream” Alejandra Viñao. Po dwóch utworach ElettroVoce nastąpiła chwila przerwy, z której skorzystała Zielińska, by przywitać publiczność i zapowiedzieć premierę „Creation” Ryszarda Osady. Gdy zaczęła mówić o tym, że Duchnowski właśnie na jego potrzeby preparuje teraz fortepian, w słowo weszła jej rektor poznańskiej Akademii Muzycznej Halina Lorkowska, by oznajmić, że „zabrania wykonania” tego utworu. Oświadczyła, że instrument preparowano bez jej wiedzy i nie zgadza się na takie działania na jedynym na uczelni Steinwayu.

Z początku byłem przekonany, że to żart, pomysł na ogranie przerwy technicznej i zaraz obie panie wybuchną śmiechem. Tak się jednak nie stało. Zielińska próbowała ratować sytuację, tłumaczyć, ale to nie zdało się na nic. Duchnowski stał obok instrumentu wyraźnie rozbawiony, gdy zauważyła to Lorkowska, zwróciła się do niego: „Jeśli pana to tak bardzo śmieszy, to chciałabym uzyskać sumę na zakup nowego fortepianu”. Potem dodała, że można było poprosić o inny instrument na potrzeby tego koncertu – ale na to było już za późno. Abstrahując od treści – wykładowca AM w 2017 roku nie umie (nie chce?) zrozumieć, że preparacje (umiejętnie zastosowane) nie niszczą instrumentu – przede wszystkim raziła forma „interwencji” Lorkowskiej. Na pewno można było nie dopuścić do wykonania w sposób bardziej dyplomatyczny, ale pani rektor zdecydowała się na żenujące wystąpienie, obrażeni lub dotknięci mogą czuć się wszyscy uczestnicy tej sytuacji, nie tylko artyści, ale też publiczność.

Zdjęcie pokazuje koncert inauguracyjny Poznańskiej Wiosny MuzycznejKoncert inauguracyjny Poznańskiej Wiosny Muzycznej, fot. Agata Ożarowska-Nowicka

Szkoda by było, żeby ta sytuacja z końca festiwalu przyćmiła to, co wydarzyło się na nim wcześniej. Już sam początek postawił wysoko poprzeczkę – koncert inauguracyjny rozpoczął „Poemat SymFoniczny” Ewy Fabiańskiej-Jelińskiej. Zapamiętałem poznańską kompozytorkę dzięki dwóm mocnym utworom na zeszłorocznej Wiośnie. Byłem bardzo ciekaw, jak poradzi sobie ze sporym aparatem wykonawczym – orkiestrą i jak podejdzie do historycznej formy, do której nawiązuje w tytule. Ten „Poemat” wciąga w swój gęsty, mroczny świat natychmiastowo, pochłania ze wszystkich stron masami dźwięków. Mocarne wejścia instrumentów dętych podbudowane uderzeniami perkusyjnych, potem nagłe zerwanie i przeskok w inną sferę – delikatne, liryczne smyczki rozchodzą się jak mgła. Ostatecznie rozgania ją powrót machiny perkusyjno-dętej, która doprowadza do spiętrzenia. Kompozycja napisana szerokim gestem, odważnie, ale też precyzyjna i przejrzysta formalnie.

Tego nie da się powiedzieć o kolejnym prawykonaniu, „Koncercie na saksofon i orkiestrę symfoniczną” Zbigniewa Kozuba. Utworze przegadanym, z bełkotliwą partią solową saksofonu, który nie mógł znaleźć swojego finału (z zapowiadanych 22 minut rozlał się na pół godziny). Był też rażąco niespójny – złożony z różnorakich elementów, tu trochę repetytiwizmu instrumentów, tam ludowe zaśpiewy (przetworzone elektronicznie?), a na to jeszcze poezja Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Trudno rozpoznać, które elementy były na poważnie, a które „postmodernistycznie” puszczały oko.

Lepiej by może było inaczej rozplanować wieczór, w pierwszej części mieliśmy prawykonania, a w drugiej starsze kompozycje Lutosławskiego i Tadeusza Bairda. Zwłaszcza „Łańcuch I” tego pierwszego wybrzmiał bardzo współcześnie.

Z samych prawykonań składały się dwa studenckie koncerty kompozytorskie. Z tego zbioru szczególnie interesujące wydały mi się utwory Katarzyny Danel (z klasy kompozycji Kozuba), Dominika Puka (ucznia Zielińskiej) oraz Aleksandry Słyż (z klasy Moniki Kędziory). „A Distant Closeness” tej pierwszej zaczął się zaskakująco, niczym nieznane nagranie zespołu Triosk. Niemal jazzowy, elegancki wibrafonowo-perkusyjny motyw przechodzi potem w coś niepokojącego, a rozwijają go intrygująco dęte i smyczki. Danel kusiła opalizującymi barwami i dynamicznymi uderzeniami, wprawiała całą konstrukcję w drżenie, sugerując, że chwiejna całość może się w każdej chwili rozpaść. Ostatecznie jednak obyło się bez rozgardiaszu, wszystko rozpłynęło się nastrojowo. Trochę niepotrzebnego chaosu usłyszeliśmy w „stultiferanavis” Puka, który pęczniejąc perkusyjnie, wydawał się czasem nie mieścić w kameralnej sali. Jednak jako całość utwór się bronił, głównie dzięki nietypowym brzmieniom, rozmaitymi świstom, skrzypieniom i ich pomysłowym zestawieniom z bardziej standardowymi dźwiękami (głównie smyczków). „Wave” Słyż ciekawie nawiązywał do amerykańskiego minimalizmu, faktycznie rozchodząc się falami, pozornie takimi samymi, a jednak za każdym razem nieco odmiennymi. We wszystkich trzech utworach było wiele zakamarków, filigranowych figur, drugich i trzecich planów. Może nawet zbyt duże nagromadzenie, zważywszy, że trwały od 6 do 8 minut. 

Na jednym pomyśle opierał się z kolei „The State of No-Return” Kacpra Kajzderskiego (z klasy dyrektora artystycznego festiwalu Artura Kroschela). Również on w zeszłym roku zabłysnął na Wiośnie. Ale jego odwołanie do wokalnego idiomu muzyki metalowej wypadło nieprzekonująco. Było zrobione na pół gwizdka. W dodatku nie pomogły okoliczności i miejsce, w którym wstrząs mogłoby wywołać tylko prawdziwie radykalne wystąpienie.

Kilka koncertów, na których występował jeden zespół lub zestaw wykonawców, było ciekawych tylko w poszczególnych częściach. Jako całość mogły nieco nużyć i zlewać się w jedno. To istotne, żeby dobrze ułożyć program występu, ale też tak dobrać utwory, by nie były one do Sed Contra Ensemble, fot. mat. prasoweSed Contra Ensemble, fot. mat. prasowesiebie zbyt podobne. Albo też, jak, wypracowując własne brzmienie, nie sprawić, żeby grane kompozycje traciły swoją specyfikę. Ten problem dotyczył ukraińskiego Sed Contra Ensemble, który choć zaczął delikatnie, od „Cendres” Kaiji Saariaho i udanego prawykonania „Mulceo” Kędziory, to potem uderzył mocniej „Weiss/Weisslich 4” Petera Ablingera i zadziwił „Dona Nobis Pacem” Galiny Ustwolskiej. Inne wykonania tego utworu bliższe są nurtowi holy minimalism (charakteryzującemu się odwołaniami do muzyki religijnej, często opierającemu się na uproszczonej harmonice lub melodyce). Ukraińcy zrobili natomiast z niego holy brutalism. To akurat wyszło świetnie, odświeżająco, wręcz elektryzująco. Zagrany przed przerwą utwór był, zgodnie z metaforyką piłkarską, golem do szatni pozostawiającym pozytywne odczucia.

Zagrany po przerwie „Omaggio a Burri” Salvatore Sciarrino był trochę zbyt mało subtelny (może to wina sąsiedztwa bardziej drapieżnych utworów). Kompozycje Włocha pełne są cichych niuansów, mikroskopijnych odgłosów i tutaj trochę tego zabrakło. Niektóre głośniejsze fragmenty utworu raziły swoją siermiężnością. Zamykający program „GZI” Oleksija Wojtenki był powrotem do brutalistycznej estetyki.

Poznańska Wiosna Muzyczna, plakat46. Poznańska Wiosna Muzyczna, 27 marca – 4 kwietnia 2017Monotonnie robiło się też podczas występów Poznańskiego Tria Fortepianowego, Lecha Bałabana i Krzysztofa Sowińskiego czy Cameraty Silesii. Pewnie głównie ze względów logistycznych ten ostatni koncert kończyło prawykonanie „Trzysta” Zielińskiej. Oprócz chóru na scenie mamy w tym utworze też wokalistów rozmieszczonych wśród publiczności i elektronikę. Kompozycja okazała się przekombinowana i zarazem banalna. Tak jak w przypadku Zubel przeszkadzały teatralizujące partie wokalistów, a elektroniczne przetworzenia były niepotrzebnym efekciarstwem, w dodatku trącącym myszką.

Dobrze z kwestią układania programu poradził sobie austriacki Schallfeld Ensemble, który przyjechał do Poznania jako kwartet. Nie tylko zestawili ze sobą nazwiska bardziej znane (Beat Furrer, Georg Friedrich Haas) z tymi mniej (Johannes Maria Staud, Francesco Fillidei, Jakub Sarwas, Sonja Mutić), ale też utwory były zróżnicowane i z zachowaniem tej odrębności wykonane, przy czym korespondowały ze sobą i odnosiły się do siebie. To kolejny rok na Wiośnie, kiedy występ austriackich muzyków należy do najlepszych punktów festiwalu.

Występ Schallfeld Ensemble, fot. mat. prasoweWystęp Schallfeld Ensemble, fot. Agata Ożarowska-Nowicka

Inaczej do zagadnienia podeszli Anna Kwiatkowska i Mikołaj Pałosz. Wyprawa, w którą zabrali słuchaczy, miała dwóch przewodników, François Sarhana i Simona Steena-Andersena. Ich utwory przepletli kompozycjami Toshio Hosokawy i Mathiasa Spahlingera (jego „adieu m'amour” zamykające wieczór zagrali oczarowująco). Pomysłowy był już sam wybór tych kompozytorów. Choć są odmienni, to obaj muzykę łączą z innymi dziedzinami, jak instalacja i wideo. W przypadku Sarhana, którego odkryłem dzięki temu koncertowi, dochodzi do tego pisarstwo. Z początku wydawało się, że występ znów będzie zbyt teatralny, ale Kwiatkowska i Pałosz okazali się powściągliwi i bezpretensjonalni. Historyjki były zabawne. Tym razem na szczęście wykonawca nie bawił się lepiej od odbiorcy.