Anioł ze stocku

Anioł ze stocku

Łukasz Łoziński

Drukarnie w całej Polsce zapełniały jej obliczem miliony arkuszy. Być może to właśnie Emma Wang Hansen była najczęściej widywaną modelką w Polsce. Mimo to prawie nikt nie znał jej nazwiska

Jeszcze 2 minuty czytania

Ma proste włosy w kolorze dojrzałej pszenicy. Szeroki, nieco dziwny uśmiech zajmuje trzecią część twarzy. Twarzy, która właściwie nie istnieje. Są tylko włosy, uśmiech i oczy w głębokim odcieniu akwamaryny. Z pewnością kolor został cyfrowo podkręcony, bo takie barwy nie występują w przyrodzie. A jednak uroda nie robi wrażenia sztucznej. To nie jest w żadnym wypadku wytwór specjalistów od urzeczywistniania mokrych snów o kobiecie doskonałej. To zjawisko z innego porządku, aseksualna abstrakcja.

Prawdopodobnie przybywa z zaświatów późnego kapitalizmu – po to, by niepostrzeżenie, ale konsekwentnie kształtować nasze wyobrażenia o tym, co dobre i piękne. Trudno, rzecz jasna, ocenić skalę wpływu tej zjawy na naszą rzeczywistość. Będę się jednak upierał, że ta transparentna blondynka ze swoją mimiką, gestami i niezwykłą urodą oddziałuje na nas nie mniej niż gwiazdy filmowe czy postaci ze świętych obrazów. Mało kto zauważa jej obecność, zdecydowana większość ludzi nie zna jej nazwiska. Ale możliwe, że to właśnie widok jej twarzy wpłynął na to, czym są dla nas ulga, radość, spokój czy pewność.

Jak przystało na świętą albo modelkę ze stocku, spotykamy ją w kontekstach dojmująco trywialnych. Serwis kopiarek. Suplement diety. A nade wszystko szkoły językowe, kursy policealne, prywatne i publiczne uczelnie oraz korporacje poszukujące nowego narybku. Ktoś niespełna rozumu pomyślał nawet, że ta blada blondynka może reklamować solarium. A przecież powierzchowność anielska nie jest materialna. Ani słońce, ani lampy nie imają się tej gładkiej skóry. Pozostaje nieskalana, nawet gdy otacza ją estetyka nader jarmarczna.

Czy mogłaby być Polką? W pierwszej chwili zauroczenia myślisz pewnie, że tak. Później dostrzegasz, że nie. Wkrótce nie masz już żadnej pewności. Chyba nie jest Amerykanką. Nie pochodzi z Afryki ani z Azji. Jej królestwo nie jest z tego świata.

Emma Wang Hansen / wypelnij-pit.plEmma Wang Hansen / wypelnij-pit.pl

Po raz pierwszy widziałem ją chyba dziesięć lat temu, kiedy manna unijnych dotacji dokarmiła wreszcie polskich przedsiębiorców, a ci, zamiast przyklejać literki na szybach zakładów, zaczęli zamawiać grafikę wielkoformatową, katalogi i masę ulotek. Agencje reklamowe na gwałt potrzebowały zdjęć opisanych frazami „beautiful businesswoman” albo „cute teenager”. I w obu kategoriach królowała właśnie ona – dziecko i dojrzała kobieta w jednej osobie. Równie dobrze mogła mieć 15 albo 35 lat.

Pozaczasowy charakter jej bytu nie przeszkadzał temu, by stała się Twarzą Polskiej Reklamy, uosobieniem naszych dni, ściśle zespolonym z konkretną epoką. W posttransformacyjnym marazmie uwstecznionych, ale już wychylających się naprzód miast ewokowała rzeczywistość bez krzywych zębów i poklejonych taśmą oprawek okularów. Zstępowała do nas, by ze zniewalającą pewnością przekonywać, że wszystko jest w zasięgu ręki. Dzięki niej czułem, że i ja mogę robić międzynarodową karierę, a w przerwach pokrzepiać się lodami i tajskim masażem. Byle tylko odnaleźć drogę.

Nie ja jeden jej szukałem, nie tylko moim umysłem ów anioł zawładnął. Jakiś czas temu anonimowa autorka zanotowała w odmętach Kwejka swoje olśnienie: „Prześladuje mnie ta kobieta od lat – pojawiła się na stronie z rozkładami PKS, reklamowała okulary, widziałam ją na ulotce u ortodontki, książkach do nauki niemieckiego, opakowaniach aptecznych ziółek... Dla zabawy zaczęłam dokumentować pojawienie się owej pani na różnych plakatach, robiąc im zdjęcia. Dziś poznałam jej imię! Świat się zmienił. (I nie, nie jestem homo, jestem tylko dziwna)”.

Ja akurat nie widzę w tym wyznaniu nic ekstrawaganckiego. Podobnych eksklamacji jest zresztą więcej. Część z nich zdradza zdumienie faktem, że istnieje ktoś, kto był przy nas przez lata, a my o tym nie wiedzieliśmy. Niestety nie znalazłem ani jednej wypowiedzi, która zawierałaby próbę problematyzacji, jakiś mglisty choćby wniosek. Co wynika z tego, że znamy nazwisko tej modelki? Nie bardzo wiadomo. Podobnie jak nie wiadomo, jakie znaczenie niesie z sobą powietrze.

Twarz polskiej reklamy nazywa się Emma Wang Hansen, a fenomen jej wszechobecności już parę lat temu został dostrzeżony przez dziennikarzy i specjalistów od marketingu. W medialnych komentarzach powtarzała się teza, że cała tajemnica tkwi po prostu w dobrze zrobionych i użytecznych sesjach.

Emma Wang Hansen / www.primadent.com.plEmma Wang Hansen / www.primadent.com.pl

Istotnie, autor większości z nich, Yuri Arcurs, jest jednym z najsprawniejszych przedsiębiorców w branży. Jego zdjęcia, zgodnie ze złotą regułą stocku, pozostawiają przestrzeń, którą projektant może zapełnić w dogodny sposób. W efekcie nawet do nudnego katalogu czy ulotki da się niewielkim nakładem sił wprowadzić nieco życia za pomocą fotografii takich jak ta pod wszystko mówiącym tytułem “A beautiful business woman holding her hand out flat as if presenting a product”. Tego typu schematy kompozycyjne to oczywiście klasyka baz zdjęć. Rzecz w tym, że wiele, jeśli nie większość modelek przyjmujących tę wystudiowaną pozę wprost przeraża swoją sztucznością. Nie Emma.

Popularność jej fotografii usiłowano tłumaczyć również niewygórowaną ceną, za jaką można było nabyć prawo do ich komercyjnego wykorzystania. Ale według mnie w grę wchodzi raczej zbiorowe oczarowanie zupełną beztroską jej uśmiechu. Tak czy inaczej drukarnie w całej Polsce zapełniały obliczem zjawy tysiące, miliony arkuszy. I być może to właśnie Emma Wang Hansen jest najczęściej widywaną modelką w Polsce – reklamowała więcej produktów i usług niż najwięksi celebryci. Mimo to prawie nikt nie znał jej nazwiska, nikt nie czytał w kolorowych magazynach o jej partnerach czy plażowych kreacjach. Tym łatwiej było postrzegać to widmo jako byt ponadludzki, nie realną osobę.

A jednak do jej powłoki cielesnej można się w jakimś sensie zbliżyć dzięki błahym szczegółom ujawnianym na stronie agencji modelek. Tam dowiadujemy się, że Emma ma 168 cm wzrostu, 80 cm w biuście, 57 w talii, 88 w biodrach. Nosi buty rozmiar 36. Podobno jest Dunką. Ale czy anioły mają narodowość?

Widocznie mają. Mają również inne prozaiczne przymioty. Emma doktoryzuje się w zakresie architektury na Uniwersytecie w Aarhus. Pracuje w Kopenhadze, w innowacyjnej firmie zajmującej się projektowaniem przestrzeni. Poza tym udostępnia na Instagramie wiele świetnych zdjęć. Kiedy wykrzywia usta, pokazuje kurze łapki albo marszczy nos, jej uroda jawi się jako nieporównanie bardziej ziemska od platońskiego pierwowzoru.

Emma Wang Hansen / www.rozklady.com.plEmma Wang Hansen / www.rozklady.com.pl

Tylko że Emma to ktoś zupełnie inny, oderwany od zjawy, którą niedawno widziałem na polskiej prowincji, na dmuchanym billboardzie reklamującym medycynę estetyczną. Egzystencja tego widma z taniej bazy zdjęć to osobny fenomen, którego po prostu nie może zamknąć w sobie ograniczony i przypadkowy żywot kopenhaskiej architektki.

Na stronie firmy jest adres mailowy Emmy. Ale próby kontaktu z niewiernym odbiciem jej zdjęć mijają się z celem. Mogłyby doprowadzić jedynie do rozczarowania.

A co jeśli? Jeśli spotkałbym się z nią twarzą w twarz i nareszcie ujrzał na własne oczy ten nieposkromiony blask, boską świeżość? Gdybym tak na chwilę wszedł do wiecznego teraz, do białego tła stocku, gdzie istnieje tylko radość i cień lęku, że to złudzenie? Na razie jednak kończy się kwiecień, a ja wciąż nie rozliczyłem PIT-u.

POSTSCRIPTUM – KOMENTARZ EMMY WANG HANSEN

 

 

 

PRZYŁAPANA. Właśnie się dowiedziałam, że mnie zdemaskowano. Nie jestem już anonimową #uśmiechającąsięblondynką. Przynajmniej nie w Polsce. Dwutygodnik.com nazwał mnie „aniołem ze stocku” i pojawiłam się w wielu dyskusjach o polskiej reklamie. Wiedziałam, że znajomi lubią wyszukiwać moje zdjęcia, gdy są na wakacjach, jakby grali w „Gdzie jest Wally”. Ale pomyśleć, że cały kraj zastanawiał się, gdzie i kim jestem – to surrealistyczne. Zatem droga Polsko, składam szczere przeprosiny, jeśli byłam przesadnie obecna w twoich reklamach przez ostatnie lata. Mam nadzieję, że moja wszechobecność nie naznaczyła cię na całe życie... Pierwsze zdjęcie zostało zrobione przez Sanneberg Photography, a dwa kolejne pochodzą z moich wczesnych sesji stockowych, gdy jako 17-letnia uczennica nie zastanawiałam się, jak bardzo te zdjęcia się rozprzestrzenią.
Przeł. Łukasz Łoziński

 


Odpowiedź Emmy Wang Hansen