Miłość czyni wolnym
fot. Magda Hueckel

7 minut czytania

/ Teatr

Miłość czyni wolnym

Anka Herbut

„Puppenhaus” Jędrzeja Piaskowskiego to spektakl o miłości. I seans leczenia zbiorowej pamięci z traumy i terroru plakatowego bohaterstwa

Jeszcze 2 minuty czytania

W „Puppenhaus. Kuracji” świat nie jest czarno-biały. Nie jest też biało-czerwony. Bywa różowy – może nawet tęczowy. Niech będzie taki, jaki chce, bo prywatne i historyczne narracje, w obowiązującym układzie politycznym podlegające postępującej cenzurze, zostają w spektaklu Piaskowskiego i Fertacz uwolnione. Twórcy dekonstruują kody, jakimi posługują się media, mówiąc o II wojnie światowej i powstaniu warszawskim. Wchodzą w szczeliny, funkcjonujące gdzieś pomiędzy oficjalnymi wersjami historii – poza ciasnymi ramami krwawego dyskursu historycznego. I o ile polityka i media państwowe afekty i emocje wykorzystują dziś jako narzędzia do zwiększenia siły własnego oddziaływania, o tyle „Puppenhaus” stanowi próbę dotarcia do emocji i afektów, warunkujących decyzje podejmowane w niewyobrażalnych dla nas okolicznościach. Krusząc za pomocą osobistych narracji wielkie, upraszczające symbole, ekipa „Puppenhaus” próbuje naświetlić doświadczenie wojny z innej, znacznie bardziej intymnej i znacznie bardziej złożonej perspektywy. 

Są w spektaklu obecne powidoki „Lalki z łóżka nr 21” serbskiego dramatopisarza Djordje Lebovicia, stawiającej pytania o stygmatyzację tych, którzy w czasie wojny nie uderzali swoim życiorysem w heroiczny ton i nie chcieli poświęcać własnego życia dla życia ojczyzny. Jest obecna Halina Mikołajska, która w nigdy niewyemitowanym spektaklu Teatru Telewizji, opartym na „Lalce...” zagrała Wilmę Rainer (fragmenty nagrania wyświetla Piaskowski na otaczających przestrzeń gry ścianach). Jest aktorka Maria Malicka, dla której w kamienicy TR-u przy Marszałkowskiej 8 wybudowano w 1939 roku salę widowiskową, a która później w ZASP-ie i w zbiorowej pamięci zapisała się jako kolaborantka – na symbolicznym poziomie scena zostaje jej tym spektaklem niejako zwrócona. Jest też w „Puppenhaus” echo „Domu lalek” Yahiela De-Nura, w którym autor pisze o zmuszaniu więźniarek obozów do prostytucji. Jest kultowe Mon Café z Alei Jerozolimskich, gdzie w czasie wojny spotykali się warszawscy homoseksualiści i lesbijki. Jest fragment mającego wzmacniać wiarę w polskiego żołnierza „Abecadła wolnych dzieci” Artura Oppmana z 1926 roku oraz żywy pomnik Małego Powstańca, który nie chce młodo wykitować – nawet za cenę pięknego pomnika.

Magda Fertacz, „Puppenhaus. Kuracja”, reż. Jędrzej Piaskowski. TR Warszawa, premiera 6 kwietnia 2017Magda Fertacz, „Puppenhaus. Kuracja”, reż. Jędrzej Piaskowski. TR Warszawa, premiera 6 kwietnia 2017Erudycyjny scenariusz Magdy Fertacz wykorzystuje te  inspiracje, popychając spektakl w kierunku nienormatywnych, zepchniętych na margines pamięci miłosno-seksualnych relacji, jakie na początku lat 40. kiełkowały w okupowanej Warszawie. Relacji, które nie musiały być wcale efektem bezdusznie wyrachowanej kalkulacji – mogły być też gwarantem przetrwania. Własnego albo cudzego. Tylko na ile pragnienie przeżycia, konieczność zaspokajania podstawowych potrzeb życiowych czy nawet chęć odczuwania przyjemności i eskapizm w funkcji samoobrony wchodzą w ogóle w skład „prawdziwego Polaka”? Czy bliskie są mu jedynie bagnety oraz barykady? Czy istnieje w ogóle coś pomiędzy? Tekst Fertacz pełen jest tego rodzaju napięć – także na poziomie języka. Zdarzają się w nim frazy-pociski w rodzaju „z traumą widz polski identyfikuje się od razu” czy „dajesz dupy ratując komuś dupę” – zdarzają się też grubo polukrowane czy ekstremalnie upoetycznione momenty, ale te w kampowej realizacji Piaskowskiego nabierają ostrości. Trzeba przyznać, że zamierzony brak dystansu na poziomie tekstu, kontrolowany dystans na poziomie wizualnym (zwłaszcza w wydaniu Aleksandra Prowalińskiego i Hanki Podrazy) i radykalna teatralność dają świetny efekt. 

Scena ma kształt korytarza, przez którego środek przebiegają pomalowane fluorescencyjną farbą tory. Na nich połyskująca i ozdobiona swastyką skrzynia, która czasem przypomina rekwizyt cyrkowy, innym razem obozowy wagon. Tory prowadzą prosto do pieca, z którego wysypują się gąbkowe białe cegły i z którego na samym początku spektaklu wyłaniają się Lalka (świetna Justyna Wasilewska), Maria (Agnieszka Żulewska), Mały Powstaniec (Lech Łotocki) i Hanka (Sebastian Pawlak). Twórcy wydobywają swoje postaci z historii, z książek i innych tekstów kultury po to, by zeskrobać z nich grubą warstwę politycznie usankcjonowanego napiętnowania. Żeby dać im – jako symbolom pewnego wycinka rzeczywistości – szansę na zagospodarowanie nieco innego miejsca w zbiorowej pamięci. Żeby móc pamiętać inaczej, niż należy. Żeby móc źle pamiętać, kiedy trzeba pamiętać dobrze. Dlatego „Puppenhaus” roztapia się łagodnie w sferze fantazji czy nawet infantylnej bajki.

fot. Magda Hueckel

Dużo w tym wszystkim też czułości, empatii i eskapizmu w to, co wyobrażone. Lalka Wasilewskiej to prostytutka z puffu, która nosi wprawdzie żółty prążkowany garnitur i złote koturny, ale doskonale wie, że „prawdziwa lalka tańczy bez sukienki” i że gdyby nie miała dupy, to mogłaby umrzeć. Maria z gracją instruuje, jak przekonująco zagrać traumę, ale już za chwilę jej instrukcje zamieniają się w test na zawartość „polskości” w Polaku. Prawdziwa Polka musi umieć zagrać traumę – to na traumie wspiera się polska, karmiona populistycznymi hasłami tożsamość. Testu nie przejdzie Hanka, którą zgubiła słabość do mundurów niemieckich lotników. Nie przeszłaby go też Malicka. Nie przeszedłby go pewnie Powstaniec z przepasanym flagą hełmem i pluszową spluwą, który nieszczęśliwie zakochuje się w niemieckim Hansie i dlatego pragnąłby, żeby to powstanie trwało wiecznie... Na ścianie wyświetlane są materiały archiwalne albo deszcz różowych swastyk i delfiny. Słychać stukanie butów – szpilek i złotych koturnów na przemian z obciążonymi historycznie drewniakami. Na jednej ze ścian widać napis Liebe Macht Frei. Miłość czyni wolnym. 

Można powiedzieć, że „Puppenhaus” to spektakl o wojennej kolaboracji seksualnej jako zjawisku w Polsce potwornie stabuizowanym – zjawisku, którego niewygodne dla jednoznacznego ferowania wyroków niuanse zrównano walcem historycznej wykładni. Piaskowski i Fertacz razem z całą ekipą realizatorów demaskują zabiegi, których na potrzeby poprawności narracji dokonuje się na naszej wiedzy i pamięci. Pamięć i kategorię prawdy wywracają na lewą stronę, pokazując wpisany w nie relatywizm. Można również powiedzieć, że „Puppenhaus” to spektakl rozprawiający się z mitem kolaboracji – także tej, którą aktualny rząd próbuje wytropić, buszując w „teczkach”. Można powiedzieć, że to spektakl o miłości. Albo seans leczenia zbiorowej pamięci z traumy i terroru plakatowego bohaterstwa.