Znój
Wilhelm Sasnal z mamą, Jastrzębia Góra 1976

Znój

Rozmowa z Wilhelmem Sasnalem

Książka Andrzeja Ledera uwolniła mnie od poczucia wstydu, kompleksu pochodzenia. Jestem wieśniakiem i teraz mi z tym dobrze. Lubię przebywać na polu, poza domem. Lubię pracę, ziemię. Czuję się wolny

Jeszcze 5 minut czytania

JAKUB BANASIAK: W twojej twórczości, nie tylko malarskiej, ale także filmowej, jedną z głównych ról odgrywają Mościce – miejsce, w którym się wychowywałeś, twoje Macondo. Mościce to jeden z największych projektów gospodarczych Drugiej Rzeczypospolitej, wybudowane od podstaw miasto zorganizowane wokół Państwowej Fabryki Związków Azotowych, obecnie dzielnica Tarnowa. Właściwie co w tym fascynującego?
WILHELM SASNAL:
No tak, Zakłady Azotowe jak sklepy cynamonowe. Coś w tym jest.

Ale co?
Mówiąc najprościej, dzięki Mościcom zrozumiałem, kim jestem i skąd się wziąłem. Wychowywałem się z babcią, która była dla mnie właściwie babcią-mamą.

Co się stało z rodzicami?
Nic. Po prostu kiedy dostali przydział na mieszkanie w bloku w Tarnowie, oddali mnie do babci, do Mościc. To był 1976 rok. Miałem cztery lata.

To nieco dziwne… Jak to odebrałeś?
Wtedy wydawało mi to się neutralne, choć takie nie było.

Jak często widywałeś się z rodzicami?
Z mamą prawie codziennie, z tatą rzadziej. On pracował jako inżynier w Zakładach Azotowych, a mama w Energopolu, też dużej firmie państwowej.

Jak wspominasz dzieciństwo u boku babci?
Jako bardzo szczęśliwe. Byłem wychuchanym dzieckiem, babcia miała tylko mnie. To dzięki niej poznałem historię całej swojej rodziny, co z kolei pozwoliło mi się określić pod względem społecznym, a może nawet klasowym.

To znaczy?
Jestem potomkiem niewolników, chłopów pańszczyźnianych. Mój prapradziadek Wiktor Sasnal wyrwał się z zależności pańszczyźnianej: jeszcze jako chłopak został stangretem, a później, po zniesieniu pańszczyzny, założył własny interes, czyli to musiała być połowa XIX wieku. Wiktor Sasnal trudnił się handlem obwoźnym, ale i lichwą. Tato powtarzał mi: „Nie chwal się nigdy, że był lichwiarzem”, ponieważ uważał to za wstydliwą sprawę. Ja tego nie łapałem, bo nie znałem nawet tego słowa. Syn Wiktora, Jędrzej Sasnal, mój pradziadek, wrócił na rolę, znowu do jakiegoś pana. Natomiast syn Jędrzeja, czyli ojciec mojego ojca, a mój dziadek Jan, uwolnił się z folwarcznej zależności. Kiedy był jeszcze na folwarku, często się zdarzało, że pan wypłacał pensję nie w gotówce, tylko w przeciętych kartach do gry, na których wypisywał odpowiedni nominał. Płaciło się tymi kartami w sklepie, a pan regulował później należność u właściciela. Dziadek podrabiał te karty, i to bardzo skutecznie, bo nigdy nie został na tym przyłapany – a przynajmniej nic o tym nie wiadomo. Mój ojciec mówi, że jeżeli gdzieś w rodzinie szukać talentu plastycznego, to u dziadka, właśnie ze względu na te karty. Później dziadek opuścił folwark i jeszcze przed wojną pracował w fabryce zegarków w Niemczech. Tam poznał swoją przyszłą żonę, czyli moją babcię ze strony ojca. Jej rodzina również nie posiadała żadnej ziemi, miała natomiast piach, handlowała więc piachem – takim na budowę. Moi dziadkowie nie należeli do biedoty, ale z pewnością nie byli też dobrze sytuowani. Później zamieszkali w Proszowicach, miasteczku pod Krakowem, gdzie dziadek został zegarmistrzem. Mógł to zrobić dzięki doświadczeniu zdobytemu w fabryce zegarków, początkowo jednak miał inny pomysł na życie. Mianowicie, wracając z Niemiec, wiózł ze sobą dwa projektory filmowe i masę filmów. Chciał założyć w kraju kino obwoźne. To wszystko jednak zabrali mu na granicy polscy celnicy, bez żadnego pokwitowania. Po prostu go okradli. To było gdzieś w 1930 roku. Stąd wzięła się nienawiść dziadka do sanacji. Potem doszło do tego nastawienie antysemickie, bo kiedy dziadek otworzył już ten zakład zegarmistrzowski w Proszowicach, to dwa inne otworzyli Żydzi, co rzekomo nie pozwoliło mu się dorobić. Często słyszałem ten argument przy rodzinnym stole.

Wilhelm Sasnal

ur. 1972, malarz, rysownik, filmowiec i twórca komiksów.  Wspólnie z żoną Anką wyreżyserował cztery filmy pełnometrażowe: „Słońce, to słońce mnie oślepiło” (2016), „Huba” (2013), „Aleksander” (2013) oraz „Z daleka widok jest piękny” (2011). Mieszka i pracuje w Krakowie.

Z którą babcią mieszkałeś: ze strony matki czy ojca?
Matki. Jeżeli chodzi o rodzinę ze strony mamy, to ojciec dziadka był kowalem, a ojciec babci stangretem, tak jak prapradziadek ze strony ojca. Ten pierwszy jednak pracował dla kogoś, a drugi już nie – jeździł własną bryczką. Dziadkowie, jak wielu innych, przyjechali do Mościc za chlebem. Wtedy wszyscy wiedzieli, że pod Tarnowem pobudowano wielkie zakłady państwowe, że jest praca. Dziadek był tokarzem, babcia pracowała w domu. Przyjechali z bratem dziadka, kierowcą. To było tuż przed wojną, w 1937, może 1938 roku.

Mościce miały być ziemią obiecaną: praca, dobre warunki mieszkaniowe, edukacja, tereny zielone. Dyrektorem Zakładów Azotowych był Eugeniusz Kwiatkowski, którego portret zresztą namalowałeś. Jak przedwojenne Mościce wspominali twoi dziadkowie?
Nie naoglądali się ich zbyt długo, bo zaraz wybuchła wojna. Wiem jednak, jak oceniali samą Drugą Rzeczpospolitą.

Wilhelm Sasnal z tatą, Jastrzębia Góra 1975Wilhelm Sasnal z tatą, Jastrzębia Góra 1975

Jak?
Nigdy nie słyszałem, by babcia mówiła, że była wielka, wspaniała, a za komuny jest strasznie. Często zwracała mi uwagę na przedwojenną nędzę. Moi dziadkowie trafili w Mościcach do baraków dla robotników. W murowanych domach mieszkali inżynierowie. Podobne historie opowiadała kobieta, która przywoziła nam jajka z jednej z podtarnowskich wsi. Ona również sporo mówiła o przedwojennej nędzy i wtedy babcia dołączała się do tych opowieści. Wspominała też dużo o dziadku. Na tyle dużo, że czuję, jakbym go znał. Jedna z historii krążących w mojej rodzinie jest o tym, że dziadek, który był bardzo zręcznym rzemieślnikiem, zrobił sobie pistolet. Nie wiem, czy to prawda, ale żyłem tą historią całe dzieciństwo – w domu babci stała zawsze zamknięta na klucz szafka i byłem przekonany, że trzymano go właśnie tam. Ale gdy babcia kiedyś ją otworzyła, okazało się, że znajdowały się w niej tylko projekty racjonalizatorskie dziadka pisane do Azotów. Babcia powiedziała mi też, że dziadek trzymał w portfelu kawałek sznura wisielca.

Skąd go miał?
Kiedy leżał w szpitalu, przywieźli faceta, który się powiesił. Sznur wisielca miał przynosić szczęście, więc pacjenci i lekarze po prostu podzielili go między siebie. I dziadek trzymał swój kawałek w portfelu, był biało-zielony. Przede wszystkim jednak nasłuchałem się o tym, że dziadek był niesamowicie pracowity i to ta historia jest moim mitem założycielskim.

Znój?
Właśnie. Dziadek nigdy nie opuścił ani jednego dnia pracy – chyba że był naprawdę obłożnie chory. Praca była dla niego wszystkim. Przepracował w Azotach czterdzieści lat. Był też szalenie bezinteresowny, robił dla ludzi wiele rzeczy za darmo. W mojej rodzinie zawsze mówiło się o tym trochę tak, jakby dziadek był… może nie frajerem, ale naiwniakiem. Tato wspomina go z dużym pobłażaniem, tę jego naiwność. Tymczasem on był przedwojennym PPS‑owcem, szczerym socjalistą. Czyli odwrotnie niż dziadek ze strony ojca. Był też fachowcem na granicy artyzmu. Gdy poznał moją babcię, zrobił dla niej zapalniczkę̨. To bardzo piękny przedmiot, toczony, z grawerunkiem.

Dziadek bez skaz?
Próbuję ich szukać, drapać ten pomnik pozytywisty. Mama mówiła mi, że pozwalał sobie na wycieczki antysemickie, co wydaje mi się dziwne, bo najlepsza przyjaciółka mojej babci sprzed wojny, niejaka Ada, była Żydówką. Zginęła podczas wojny wraz z całą rodziną. No i był alkohol. Dziadek jeździł na motorze, wypuszczał się z kumplami na tak zwane rajdy, po całej Polsce, w związku z tym często przesiadywał w garażu. I tam chlał. Wiesz, nie mam żadnych fantazji dotyczących samochodów, to mnie kompletnie nie interesuje, ale chciałbym mieć taki motor, jakim jeździł mój dziadek – ariel, angielski. Może kiedyś sprawię sobie taki prezent.

Czyli wojna zastała twoich dziadków w Mościcach?
Tak, we wrześniu brat mojego dziadka, kierowca, zorganizował zakładowy autobus i cała grupa rodzin z Zakładów Azotowych pojechała na wschód. Uciekali przed Niemcami.

Rodzina Sasnali, lata '30Rodzina Sasnali, lata '30

Nie najlepszy kierunek.
Rzeczywiście, mogli pojechać na południe, jak polski rząd. Ale pojechali na wschód i dojechali aż do Równego na Wołyniu, miasta obecnie leżącego na Ukrainie. Tam Rosjanie zabrali im ten autobus, ale poza tym nic im nie zrobili. Wszyscy wrócili więc do Mościc, pociągiem. I tyle było z tej wojennej tułaczki. Babcia zawsze się śmiała z Sowietów, że prymitywni, ale to dotyczyło już 1945 roku, kiedy dotarli do Tarnowa. Wspominała, że kręcili korbką maszynki do mięsa i się dziwili, że nie słychać muzyki. Zresztą o Niemcach w gruncie rzeczy też nie mówiła źle. Źle wyrażała się tylko o Ukraińcach. Nawiasem mówiąc, okazało się, że moja mama jest kuzynką Wojciecha Smarzowskiego: jego dziadek i babcia mojej mamy, czyli moja prababcia, byli rodzeństwem. Dziadkowie ze strony mamy przyjechali do Mościc właśnie z Kresów, dzisiejszego województwa podkarpackiego: z Jedlicza, z Krosna. Smarzowski też jest z Jedlicza. Moja babcia zawsze powtarzała: „Najgorsi byli Ukraińcy”. To nie wiązało się nawet z rzezią wołyńską, tylko jeszcze z zaszłościami przedwojennymi, z konfliktem katolików i prawosławnych. Dzieciństwo w Jedliczu wspominała jednak bardzo dobrze. Funkcjonowała tam słynna rafineria nafty, którą pompowano za pomocą tak zwanych koników, czyli dość prymitywnych pomp. Pamiętam, że gdy chodziłem do mieszczącej się zaraz koło naszego domu w Mościcach apteki, w której wisiało zdjęcie Ignacego Łukasiewicza, wynalazcy lampy naftowej, babcia zawsze mi powtarzała: „On jest z naszych okolic”. Tych słynnych postaci było więcej, na przykład Maria Konopnicka miała w gminie Jedlicze swój dworek. Kiedy byłem tam z babcią, powiedziała mi, że Konopnicka kąpała się nago w rzece Jasiołce, która przepływa przez Jedlicze.

Co się stało z twoją prababcią? Poznałeś ją?
Zginęła w Auschwitz. Trafiła tam przez przypadek – Niemcy zatrzymali ją po rutynowej kontroli w pociągu. W czasie wojny została w Jedliczu z rodziną, ale często jeździła do Krakowa, więc to zatrzymanie mogło się wiązać ze szmuglem. Na pewno zajmowała się tym moja babcia, która szmuglowała naftę z Jedlicza do Mościc, a potem wymieniała ją na jedzenie. Z ropy w czasie okupacji produkowano wszystko, nawet mydło. Dziadek zrobił na tę ropę specjalne kanistry, które idealnie się mieściły w walizce, wszystkie miały identyczny, prostokątny kształt. Nie wiem, czy prababcia szmuglowała coś tego feralnego dnia, czy po prostu nie miała kenkarty. W każdym razie zabrano ją z pociągu i przewieziono prosto do Auschwitz, które nie było jeszcze rozpoznanym miejscem, wtedy to był przede wszystkim obóz pracy. Podróżowała wówczas z drugą córką, czyli siostrą mojej babci Marią. Ją z kolei wywieziono na roboty do Niemiec. Już stamtąd nie wróciła, ale z innego powodu – wyszła za Niemca Wernera Zehnera i założyła rodzinę. Mieszka tam do dziś. Już w latach sześćdziesiątych Maria odwiedziła moją babcię w Mościcach. Po jej wyjeździe babcia znalazła przez przypadek w kieszeni szlafroka mojej mamy, który niosła do prania, zdjęcie swojej matki w pasiaku, łysej, z numerem. Okazało się, że Maria zdobyła je w archiwum obozowym w Auschwitz i właśnie podczas tej ostatniej wizyty dała mojej mamie. Prosiła, żeby nie pokazywać go babci, przez przypadek wyszło jednak inaczej.

I mimo tych doświadczeń twoja babcia nigdy nie mówiła źle o Niemcach?
To dziwne, ale nie. Wspominała za to, że podczas okupacji pewien Niemiec przynosił im jedzenie. W Mościcach w czasie wojny nie padł podobno ani jeden strzał. Toczyło się w miarę normalne życie, jeżeli można tak powiedzieć o Generalnym Gubernatorstwie. Może dlatego, że w Mościcach nie było Żydów, to były przecież puste tereny, na których od podstaw zbudowano miasto, jak Nową Hutę. Pracę w Azotach podejmowali niemal wyłącznie Polacy, chociaż już w Tarnowie przynajmniej połowa mieszkańców to byli Żydzi – babcia opowiadała, że Niemcy spuszczali żydowskie dzieci w wózkach z Wielkich Schodów, czyli najwyższych i najbardziej stromych tarnowskich schodów. Tak je zabijali. Natomiast Azoty w czasie wojny normalnie funkcjonowały, Niemcy nie mogli pozwolić sobie na ich zamknięcie. W związku z tym potrzebowali pracowników, czyli właśnie mieszkańców Mościc. Babcia opowiadała mi, że jak były naloty, dziadek wychodził przed dom sobie popatrzeć: bomby zawsze spadały gdzieś w oddali. Podczas okupacji zbudowano nawet jeden blok. Ukończono go w 1945 roku, różni się trochę od pozostałych, widać w nim wpływy modernizmu międzywojennego, jak z Gdyni.

A rodzina ze strony ojca? Jak wyglądała okupacja w Proszowicach?
Mój dziadek też trudnił się wówczas handlem, czyli szmuglem – żeby przeżyć. Cały czas krążył pomiędzy Proszowicami a Krakowem. Z tym wiąże się historia, przy której opowiadaniu mój ojciec zawsze ma łzy w oczach. Otóż pewnego dnia mój dziadek ze swoim synem, a bratem mojego taty Stefkiem, znaleźli się na Kazimierzu. I była łapanka. Trafili do Montelupich, czyli do słynnego krakowskiego więzienia. Wtedy prawie wszyscy szli stamtąd do Auschwitz, który zdążył już zyskać złą sławę. I mój dziadek wyłgał się tylko dlatego, że mówił nienagannie po niemiecku – po tych latach spędzonych w fabryce zegarków. Kiedy ich wypuścili, dziadek nie był w stanie iść. Usiadł na schodach i płakał. Był kompletnie sparaliżowany. Ze strachu i ze szczęścia. Innym razem, gdy dziadek jechał pociągiem, zaczął za nim iść jakiś Niemiec w mundurze. Na szczęście okazało się, że to facet, z którym dziadek pracował w fabryce zegarków. Poszli razem do knajpy i się upili. Po wojnie dziadek został w Proszowicach, gdzie nadal był zegarmistrzem. Żył bardzo długo i bardzo skromnie.

Maria Zehner, Irena Sasnal, Stanisław Sasnal, Anna Styś, Maria Czekanowska, Tarnów - Mościce, 1973Maria Zehner, Irena Sasnal, Stanisław Sasnal, Anna Styś, Maria Czekanowska, Tarnów - Mościce, 1973

Jak wyglądało życie w Mościcach po wojnie?
Po wojnie robotnicy zaznali awansu społecznego. Dziadkowie nie mieszkali już w barakach, tylko w blokach, które przed wojną wybudowano dla inżynierów. Dostali przydział na piękne przedwojenne mieszkanie, sześćdziesiąt cztery metry, wspaniały układ pomieszczeń. To właśnie w nim mieszkałem z babcią, a potem z Anką. Dobrze, chociaż trzeba pamiętać, że była wtedy jeszcze relatywnie młoda, wojna się skończyła, dziadek miał dobrą pracę w Azotach, wiedli przyjemne życie. To widać na zdjęciach, szczególnie z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych: dziadkowie są na nich zrelaksowani, pojawiają się te motory, a także wspólne podróże. Często chodzili na organizowane przy zakładach potańcówki, działał klub żużlowy – dziadek był jednym ze współinicjatorów sekcji żużlowej w Azotach. Kiedy dorosłem, uświadomiłem sobie, że Mościce, budowane w duchu filozofii modernizmu, były idealnym miejscem do życia. Na małej przestrzeni pomieszczono wszystko: zakład pracy, park, dom kultury, dokąd chodziłem na kółko modelarskie i język angielski, szkołę, przedszkole, stadion żużlowy, stadion lekkoatletyczny, na który mówiliśmy „Wembley”, basen, szpital, cmentarz, a także stację kolejową, gdzie mogłem wsiąść w pociąg i po półtorej godzinie być w wielkim mieście, czyli w Krakowie. W PRL nasza stacja nazywała się Tarnów-Świerczków, bo międzywojenne Mościce, zbudowane przez elitę Drugiej Rzeczypospolitej, miały dla komunistów niepoprawne konotacje. Moja babcia zawsze mówiła: „Jaki Świerczków? Mościce!”. Jednocześnie w sferze socjalnej Druga Rzeczpospolita i PRL zachowały pewną ciągłość – prawdopodobnie Mościce rozwijałyby się podobnie, gdyby nie było wojny i nadal rządziła sanacja. A przynajmniej lubię tak myśleć.

Czy w tych wspomnieniach pojawiała się polityka? Stosunek do partii, Związku Radzieckiego?
Nie. Dziadek był socjalistą i jednocześnie antykomunistą. Tuż po wojnie był przesłuchiwany przez ubeka z Azotów – w związku z tym, że siostra babci, czyli ciotka Maria, nie wróciła po wojnie z Niemiec. Podczas przesłuchania ten ubek wyciągnął pistolet i się nim bawił, chociaż to było rutynowe przesłuchanie. Po śmierci Bolesława Bieruta w 1956 roku, już w czasie odwilży, dziadek własnoręcznie wywiózł tego faceta na taczkach za bramę fabryki. Po poznańskim Czerwcu władze obawiały się kolejnego wybuchu, więc dziadek nie poniósł z tego powodu żadnych poważnych konsekwencji, przenieśli go tylko na inny wydział. A ten ubek już nigdy nie wrócił do zakładu, bo takie było niepisane robotnicze prawo – jeżeli robotnicy wywozili kogoś na taczkach, to już nie wracał. Potem była gomułkowska mała stabilizacja, a jeszcze później, jak mówiła babcia, nawet dziadek uwierzył w Edwarda Gierka. Zresztą Gierek był kiedyś w Azotach. Witał go facet, który także nazywał się Edward Gierek, też pracował w zakładzie. Wybrali go, żeby było zabawniej. Jego syn chodził ze mną do podstawówki. Kiedy moi rodzice zamieszkali razem, ojciec zapisał się do partii, chociaż nigdy nie był socjalistą, jak dziadek. Zrobił to wyłącznie z wygody. No i dla swoich dzieci, ja miałem być beneficjentem tej decyzji – ojciec powtarzał i powtarza, że wszystko, co robił, robił dla nas. Równocześnie twierdził, że gdyby nie komuna, nigdy nie poszedłby na studia. Był pierwszą wykształconą osobą w swojej rodzinie. Dzięki temu, że był inżynierem, mógł w imieniu dziadka składać rozmaite racjonalizatorskie projekty, te z szafki, o której myślałem, że jest w niej broń. Formalne opracowanie i podpis były taty, inżyniera, ale sam pomysł – dziadka.

Fragment pochodzi z książki 15 stuleci. Rozmowa z Wilhelmem Sasnalem, która ukaże się nakładem wydawcnictwa Czarne 26 kwietnia 2017Fragment pochodzi z książki Jakuba Banasiaka „15 stuleci. Rozmowa z Wilhelmem Sasnalem”, która ukaże się nakładem wydawcnictwa Czarne 26 kwietnia 2017.Gierkowska modernizacja.
Właśnie. Co ciekawe, niektórzy koledzy ojca nie mieli wykształcenia inżynierskiego, a mimo to pracowali na podobnych stanowiskach. To było powodem jego sporów z dziadkiem – pracowali przecież w jednym zakładzie. Tata zarzucał mu, że też mógłby pracować na wyższym stanowisku niż tokarz, wystarczy, że pójdzie na kilka kompromisów, zapisze się do partii. Tymczasem dziadek nie chodził na kompromisy – to właśnie miała być ta jego naiwność, „frajerstwo”. Babcia nazywała to inaczej: mówiła, że dziadek był za dobry. Lubię myśleć, że pił także z powodu presji, bo przecież rzeczywistość PRL prowokowała do rozmaitych ustępstw. Dziadek nie chciał się temu poddać. Miał etos socjalisty, paradoksalnie jednak w tamtej rzeczywistości było to zupełnie nieprzydatne.


.
Wtedy właśnie trafiłeś do babci – w końcówce dekady Gierka.
Do tego czasu wszyscy mieszkaliśmy u dziadków. Kilka lat po tym jak ojciec zapisał się do partii, rodzice dostali mieszkanie – wyprowadzili się do bloku w Tarnowie, typowego dziesięciopiętrowca, a ja natomiast zostałem u babci. Wkrótce dziadek umarł. To musiał być weekend, bo byłem u rodziców, dokładnie pamiętam ten telefon. Zmarł nagle, z minuty na minutę.

W gruncie rzeczy wszystko, o czym tu mówimy, układa się w historię awansu społecznego i klasowego.
Jak w książce Andrzeja Ledera.

Właśnie.
Tak, „Prześniona rewolucja” była dla mnie bardzo ważną lekturą. Dzięki niej zrozumiałem, kim jestem i skąd w mojej rodzinie biorą się pewne nie do końca przyjemne sprawy. Ta książka uwolniła mnie od poczucia wstydu, kompleksu pochodzenia. Jestem wieśniakiem i teraz mi z tym dobrze. Lubię przebywać na polu, poza domem. Lubię pracę, ziemię. Czuję się wolny.