Bicz na cyników
Gustavo Pacheco CC BY-NC-ND 2.0

17 minut czytania

/ Literatura

Bicz na cyników

Michał Tabaczyński

Nauczyliśmy się lubić cyników prozy, ale że się nadmiernie rozmnożyli, należało się spodziewać jakiegoś zwrotu. Do nurtu nowej szczerości zwykle zalicza się Chabona, Franzena, Foera i Smith – piękny klub, którego członków nic niemal nie łączy

Jeszcze 4 minuty czytania

Początek niech ma mityczny posmak: „leżeli nadzy w łóżku i przyrzekli sobie dzielić się wszystkim, wszystkim bez wyjątku, niezależnie od wstydu, dyskomfortu czy ewentualnego bólu. Zdawało się, że to najbardziej ambitna obietnica, jaką dwoje ludzi może sobie złożyć. Zwykłe mówienie prawdy sprawiało wrażenie objawienia”. Ten fragment najnowszej powieści Jonathana Safrana Foera „Oto jestem” wrzuca nas w sam środek zamieszania związanego z nurtem nowej szczerości w (głównie amerykańskiej) prozie. Gdyby więc chcieć alegorycznie odczytać ten passus – do czego zresztą może skłaniać ta biblijna, starotestamentowa (od samego tytułu poczynając) powieść – można w tej parze kochanków, w oblubienicy i oblubieńcu pozostających w stanie pełnej szczerości dostrzegać figury pisarza i czytelnika. Wiadomo, szczegóły tej intymnej komunikacji nieco się różnią w zależności od uczestników rozmowy. Ale obietnica wstydu, dyskomfortu i ewentualnego bólu jest pewnie zobowiązaniem wobec czytelnika, z którego ci pisarze wywiązują się z największą gorliwością.

Obnażenie (nadzy), intymność (w łóżku), szczerość (dzielą się wszystkim bez wyjątku). A to wszystko w zbożnym celu przezwyciężenia ironii, która jeszcze do niedawna była może najwyżej cenioną własnością sztuki. Nauczyliśmy się nawet lubić cyników prozy, zimnych drani narracji, bezczelnych szyderców, którzy w najbardziej łzawym momencie puszczali oko, wytykali język albo – do wyboru – pokazywali nam środkowy palec. Ale że się nadmiernie rozmnożyli, należało się spodziewać jakiegoś zwrotu. I taki zwrot nastąpił, a jego kolejne realizacje docierają do Polski w miarę regularnie.

Czy to zwrot sentymentalny? Jeśli przyjmiemy, że sentymentalizm oznacza nadmierną reakcję na bodziec, to owszem, literatura spod znaku New Sincerity jest alergiczna – może się wydawać histeryczna, nadwrażliwa; nie ma się co czepiać – tylko cierpiący na uporczywy katar sienny zrozumie innego alergika. Czy to zwrot realistyczny? Tak, ale tylko jeśli dopuścimy swoiste rozumienie realizmu nieliczącego się z prawdziwością świata przedstawionego i jego uzasadnieniami, niedbającego o racjonalne motywacje bohaterów. Wyobraźmy sobie realizm jako technikę pisarską wykorzystaną do opisu świata przedstawionego widzianego na ekranie telewizora, w którym ktoś nieustannie przełącza kanały.

Święty patron szczerości

Używam tej telewizyjnej metafory nie przypadkiem, chociaż przekornie. Wielki święty ruchu nowej szczerości, David Foster Wallace, nie tylko był entuzjastą telewizji (jego upodobanie osiągało poprzez swoją intensywność cechy fiksacji), ale i jej zmyślnym krytykiem. Więcej: krytykiem uwikłania naszej cywilizacji – w tym także twórczości literackiej – w telewizyjną pułapkę ironii. W założycielskim dla tego ruchu eseju „E Unibus Pluram” pisał:

Całkiem możliwe, że moje biadolenie na niemożność buntu przeciwko aurze, która promuje i unieważnia wszelki bunt, więcej mówi o moim bytowaniu w tejże aurze, o moim własnym braku wizji, niż o wyczerpaniu się możliwości amerykańskiej fikcji. Następni literaccy »buntownicy« Ameryki mogą się wyłonić jako banda antybuntowników, urodzonych gapiów, którzy ośmielili się odejść od ironicznego oglądactwa, którzy mają dziecięcą odwagę hołubić i wcielać w życie zasady prostoduszności. […] Zanadto szczerzy. Ewidentnie przytłumieni. Zacofani, cudaczni, naiwni, anachroniczni. I może o to właśnie będzie chodziło.

Kto do tej bandy należy? Zazwyczaj wymienia się Michaela Chabona, Jonathana Franzena, Jonathana Safrana Foera i Zadie Smith. W drugim szeregu czekają jeszcze: Dave Eggers i Joshua Ferris. Ale i na tym nie koniec, bo są również: Benjamin Kunkel, Dana Spiotta, Lena Dunham (zarówno ze względu na serial „Dziewczyny”, który jest doskonałą realizacją tej tendencji, jak „Nie taką dziewczynę”), można dokooptować również świetnego poetę Bena Lernera (z uwagi na jego powieści, choćby „10:04”). Piękne, różnobarwne towarzystwo, klub, którego członków nic niemal nie łączy. Adam Kelly w klasycznym studium o nowej szczerości (o równie klasycznym, co niepozostawiającym żadnych wątpliwości tytule: „David Foster Wallace and the New Sincerity in American Fiction” – David Foster Wallace i nowa szczerość w amerykańskiej literaturze) stworzył coś, co można by nazwać „teorią nieoznaczoności literackiej szczerości”: ani pisarz, ani czytelnik nigdy nie będą mogli uzyskać pewności co do głębi szczerości, a jednak jest ona możliwa właśnie dzięki tej nieusuwalnej niepewności.

Czy sam Wallace należy do tej bandy? Zapewne tak, mimo że spośród wymienionych najbardziej był przesiąknięty realizmem medialnym. Potrafił to zresztą inteligentnie tłumaczyć. W rozmowie ze Steve’em Paulsonem mówił: „Dla mnie najbardziej żywotna i dojmująca jest sztuka, która zajmuje się tym, co to znaczy być człowiekiem. A to, czy ktoś jest człowiekiem w czasach głębokiego wyrafinowania i wielkich wyzwań, czy stara się być człowiekiem w płytkiej, komercyjnej i materialistycznej epoce, nie ma znaczenia dla szerszego projektu. A ten projekt zawiera się w pytaniu: co to znaczy być człowiekiem?”.

To, co porusza

„Niepamięć”, trzeci i ostatni tom opowiadań Davida Fostera Wallace’a, to jednocześnie jego ostatnia za życia opublikowana książka beletrystyczna. To o tyle ważne, że mamy tu do czynienia z najbardziej dojrzałym pisarstwem autora – przynajmniej jeśli idzie o aspekt chronologiczny. „Im jestem starszy – mówił w wywiadzie (tym razem z Michaelem Goldfarbem) – tym bardziej przywiązuję się do myśli, że najbardziej czarowne w sztuce jest to, co porusza”. W tym też sensie to dzieło zdecydowanie starszego niż młodszego Wallace’a: opowiadania z tego tomu są polem nieustannego badania, co też może poruszać i w jaki sposób. Swoją wstrząsającą i nieznośną postać owo badanie osiąga w kawałku, którym ponad dekadę temu Wallace’a wprowadziła do polszczyzny antologia „Poparzone dzieci Ameryki”: to opowiadanie „Inkarnacje poparzonych dzieci” – krótki, czterostronicowy opis wypadku, jakiemu ulega dwulatek (dzięki tytułowi wiadomo chyba, o jaki wypadek chodzi).

Oprócz tej miniaturki zbiór przynosi przynajmniej dwa opowiadania wybitne; tak jest, sugeruję tym samym, że Wallace – nawet ten późny, dojrzały – był pisarzem nierównym. Na szczęście – nierównym na swoich własnych prawach i na własnym, wysokim poziomie. Pierwszą z tych perełek jest „Dusza to nie jest kuźnia”, pewnie jedno z najgłośniejszych opowiadań tego autora. Zazwyczaj streszczane jako opis ataku szaleństwa nauczyciela relacjonowany przez narratora, który – z dwóch perspektyw czasowych: dorosłego i dziecka będącego uczestnikiem feralnej lekcji – problematyzuje swój lęk przed nudą i monotonią życia. Zasadniczo wszystko się zgadza, choć – jak to z takimi streszczeniami bywa – rzecz jest dużo bardziej skomplikowana, i to poczynając od samego tytułu, który w polskiej wersji[1] traci swój polemiczny, intertekstualny charakter (może lepiej byłoby: „Dusza to nie żadna kuźnia”?). To jawne nawiązanie do jednego z najbardziej znanych zakończeń dwudziestowiecznych powieści, ostatnich zdań „Portretu artysty z czasów młodości”: „Witaj, życie! Po raz milionowy ruszam na spotkanie prawdziwego doświadczenia, by w kuźni swej duszy wykuć nie urodzone jeszcze poczucie mojego narodu. Przedwieczny Ojcze, przedwieczny twórco, sprzyjaj mi teraz i o każdej porze”.

David Foster Wallace, „Niepamięć”. Przeł. Jolanta Kozak, W.A.B., 384 strony, w księgarniach od kwietnia 2017David Foster Wallace, „Niepamięć”. Przeł. Jolanta Kozak, W.A.B., 384 strony, w księgarniach od marca 2017Z dwu elementów obecnych u Joyce’a wykluwa się ta Wallace’owska proza: z narodu i z ojca. Wallace odwraca wszystkie wektory i przewraca na lewą stronę to Joyce’owskie zamknięcie. Największym lękiem wpatrzonego w okno (na którego powierzchni podzielonej za sprawą drutów zbrojenia na małe prostokąty rozgrywa się osobna, skomplikowana, imaginatywna narracja) ucznia klasy czwartej Szkoły Podstawowej R.B. Hayesa jest bowiem powtórzenie ojcowskiego losu[2]. Warto czytać to opowiadanie równolegle z „Portretem” i bawić się analogiami: od zdania: „Stefan zapatrzył się w pociemniały prostokąt okna klasy”, po słowa: „spodziewam się, że dorówna ojcu” płynące z usta pana Dedalusa. Ale jest przecież drugi porządek znaczeń: ten narodowy, wspólnotowy, obywatelski, bowiem nauczyciel na zastępstwie, pan Johnson, doznaje ataku (podczas którego zaczyna obłąkańczo, kompulsywnie wypisywać na tablicy: „ZABIĆ ICH, ZABIĆ ICH”) właśnie podczas lekcji wychowania obywatelskiego[3]. A przecież dusza to nie jest żadna tam kuźnia, w której można wykuwać jakiekolwiek poczucie narodu.

Wszystko opisane jest najlepszym Wallace’owskim stylem: nadmiarowym i matematycznym jednocześnie. Jeśli bowiem jest jakaś cecha tej prozy, która domaga się podziwu, jest nią nagromadzenie, spiętrzenie[4] (to jego „I tak dalej, i tak dalej” jest znakiem tego nadmiaru, ale też znakiem bezradności wobec jego – nadmiaru – niewyczerpywalności). O tym ładnie pisał Franzen: „Dave kochał szczegóły dla nich samych”, ale były one też dla niego „sposobem na znalezienie stosunkowo bezpiecznej płaszczyzny porozumienia i kontaktu z drugim człowiekiem”.

Pisarze pojedenastowrześniowi

Drugim Wallace’owskim arcydziełem jest opowiadanie „Kanał cierpienia”, które – ze względu na metaliteracki charakter – warto czytać razem z „Oktetem” z „Krótkich wywiadów z paskudnymi ludźmi”. To historia dziennikarza, który przygotowuje dla lajfstajlowego pisma artykuł o mężczyźnie wykonującym małe rzeźby z własnego kału (tak jest: to ironiczna wariacja na temat „Artist’s Shit” Piera Manzoniego). Ale najlepsze – i najstraszniejsze – jest to, że numer, w którym relacja ma się ukazać, wyjdzie 10 września 2001 roku, a redakcja mieści się… można się domyśleć gdzie. Nie jest to jedyny tekst Wallace’a na ten temat – wystarczy przypomnieć esej „The View from Mrs. Thompson’s” (z nietłumaczonego na razie na polski zbioru „Consider the Lobster”).

Jonathan Safran Foer jest chyba najbardziej znanym – także dzięki hollywoodzkiej adaptacji jego drugiej powieści – pisarzem pojedenastowrześniowej Ameryki. Jego nowa powieść, „Oto jestem”, jest obrazem już dokonanej apokalipsy, która rozgrywa się na poziomie ściśle prywatnym. Oto małżeństwo (z trójką synów i szesnastoma latami stażu), które w otwierającej ten tekst scenie przyrzekało sobie szczerość, ulega gwałtownej i – wydaje się – bezpodstawnej dezintegracji. Ten dziwny, bo niedramatyczny dramat małżeński Julii i Jacoba toczy się na tle problemów tożsamości amerykańskich Żydów, wirtualnego świata ich najstarszego syna (uzależnionego od gry „Inne Życie”) i wreszcie dystopijnej fantazji na temat katastrofy naturalnej rujnującej Izrael (trzęsienie ziemi) oraz następującej po niej wojnie z krajami arabskimi.

Zbyt szerokie to tło? I Wallace, i Foer rzutują prywatne problemy wyrażane w duchu nowej szczerości na panoramę życia społecznego. Wydawałoby się, że ta literacka tendencja preferuje tematy jednoznacznie prywatne, gdy tymczasem – co brzmi jak paradoks – zajmuje się często, niemal zawsze, problematyką wspólnotową. Ten szeroki kontekst – społeczny, polityczny, ekologiczny, historyczny – połączony z brawurą introspekcji może przesądzać o oryginalności nurtu. Gdy Irv, ojciec Jacoba, chce go namówić na zmianę życia, używa znajomej frazy: „Jacobie, powinieneś wykuć w kuźni twojej duszy nieistniejące sumienie swej rasy”. Syn odpowiada: „Czyż nie uczyniły tego piece w Auschwitz?” i – trzeba przyznać – to błyskotliwa i mocna riposta, charakterystyczna zresztą dla tej inteligentnej i pełnej błyskotliwych ripost powieści.

Jonathan Safran Foer, „Oto jestem”. Przeł. Krzysztof Cieślik, W.A.B., 704 strony, w księgarniach od kwietnia 2017Jonathan Safran Foer, „Oto jestem”. Przeł. Krzysztof Cieślik, W.A.B., 704 strony, w księgarniach od kwietnia 2017„Oto jestem” wywołuje sprzeczne odczucia. Z jednej strony daje czytelnikowi wiele powodów do podziwu: rozmach, inteligencję, styl, a wszystko po amerykańsku lekkie i błyskotliwe (w czym duża zasługa tłumacza; to nie jest proza tak karkołomna, jak Wallace’owska, ale też stawia wysokie wymagania przekładowi – szczególnie za sprawą stężenia potocyzmów czy wielości idiolektów nowomedialnej komunikacji). Z drugiej strony, Foer podejmuje ryzykowną grę, która polega na balansowaniu na krawędzi dobrego smaku, na granicy efekciarstwa, na grani, gdzie po jednej stronie rozciąga się otchłań kiczu, a po drugiej – przepaść nudy. Gra jest zbyt ryzykowna, a powieść zbyt obszerna, żeby nie zdarzały się wypadki. Tym bardziej, że Foer jest pisarzem na tyle aroganckim, że na tych granicach porusza się czasem z zamkniętymi oczami (kto czytał, ten przypomni sobie rytuał błądzenia na ślepo po domu, praktykowany przez rodzinę Blochów). „Oto jestem” – rozciągnięte pomiędzy kiczem i intelektualną głębią, między rodzinnym dramatem a geopolityczną apokalipsą – trzeszczy w szwach. Ale uszyte jest niezwykle pomysłowo.

Szczerość powieści

Nurt nowej szczerości (notabene prowokujący do rozważań na temat implikowanej „starej szczerości” – bardzo ciekawe mogłoby to dać efekty) zazwyczaj przypisuje się do powieści, literatury fikcjonalnej, beletrystyki. A jednak najciekawiej przejawia się on w eseistyce. Zresztą międzygatunkowe zamieszanie w obrębie tej twórczości jest jedną z jej cech charakterystycznych.

Modelowym przykładem byłaby tu Lena Dunham: aktorka, reżyserka i scenarzystka, twórczyni serialu „Dziewczyny”, będącego świetną realizacją tendencji szczerości w obrębie sztuki filmowej (nurt „New Sincerity” jest reprezentowany również w muzyce czy filmie, chociaż trudniej tu o jednoznaczne wskazania: można zauważyć te tropy, gdy mowa o wczesnych filmach P.T. Andersona czy „Między słowami” Sofii Coppoli). A „Nie taka dziewczyna”, eseistyczna książka Dunham, która już od tytułu gra z serialem i jego znaczeniami, każe szukać sensu gdzieś pomiędzy pozornie uroczą paplaniną autobiograficznych wspomnień i aktorską kreacją autorki, odsłaniając skrytą pod tym słowotokiem prawdziwą grozę naszych czasów.

Najciekawszy jest chyba przypadek „Co to za Coś” Dave’a Eggersa, książki o zdumiewającym podtytule „Autobiografia Valentino Achak Denga” i jeszcze bardziej zdumiewającej materii: oto Eggers wciela się w żyjącego człowieka, którego dramatyczną historię opowiada, próbując stworzyć ekwiwalent jego prywatnego głosu, ale jednocześnie zmyśla fakty, ubarwia opowieść, miesza chronologię i nadaje jej wymyślną powieściową strukturę. Jest to więc autobiografia, ale napisana przez kogoś innego; książka wspomnieniowa, ale ujęta w pomysłową formę sensacyjnej opowieści rozgrywającej się na dwóch planach (napad rabunkowy, którego ofiarą pada Deng w Stanach, przeplata się z jego wspomnieniami z czasów wojny w Sudanie); jest to literatura faktu, ale Eggers dość luźno traktuje wspomnienia bohatera.

Jonathan Franzen we wstępie do antologii „Best American Essays 2016” potwierdza tę żywotność szczerości jako zasady twórczej (niemal dekadę po śmierci Wallace’a!), przywołując zdanie Arthura Millera o tym, że warunkiem doskonałości jest znalezienie się na granicy wstydu. Ryzyko – twierdzi – jest wyznacznikiem jakości eseju osobistego, który zaanektował czy też zainfekował nową prozę: Ben Lerner, Rachel Cusk (Brytyjka) i Karl Ove Knausgård (Norweg) podnieśli na nowy poziom metodę samoświadomej pierwszoosobowej narracji. „Moja walka” Knausgårda doprowadza tę tendencję czy – jakby to chcieć jeszcze inaczej określić? – twórczą skłonność do skrajności, za granicą której znów czają się ironia i cynizm.

1 Owszem, jest Wallace tłumaczeniowym wyzwaniem i – z przykrością stwierdzam – tłumaczenie Jolanty Kozak nie będzie pomocne w docenieniu jego kunsztu. W tym przekładzie (a z książki na książkę jest coraz gorzej: „Krótkie wywiady” były najlepsze, eseje obniżały lot, „Niepamięć” niekontrolowanym lotem zmierza ku katastrofie) bywa Wallace pisarzem przegadanym i niechlujnym. Ze zdumieniem zauważyłem, że muszę sięgać do oryginału, żeby zorientować się, o co właściwie chodzi, kiedy czytałem tajemnicze, pokraczne zdania w rodzaju: „Ich ruchy zgadzały się z ruchami parzenia” (to o psach), zamiast zwyczajnego: ich zachowanie wskazywało na to, że przygotowują się do kopulacji.

2 Seamus Deane w komentarzu do „Portretu” pisał: „Stefan, jak zawsze, nawiązuje tu do ojca, Dedala (Dedalusa). Jest jednocześnie Ikarem dopraszającym się ojcowskiej pomocy (złowieszcza to prośba w kontekście Ikarowego upadku), jak i Ikarem zapraszającym, by Dedal postawił się na jego miejscu – tj. by syn mógł stać się swoim ojcem i w celu przetrwania zbudował swój własny labirynt („Ulisses”, „Fineganów tren”)”.

3 Lekcja dotyczy Konstytucji Stanów Zjednoczonych, podczas której omawiane są poprawki: V, XVI (ledwie wspomniane) oraz X i XIII. I to tekst tych poprawek inkrustuje szaleniec owym „ZABIĆ ICH”. Dwie z nich dotyczą kwestii ustrojowych (zapewniając Stanom wolność decyzji w sprawach nieregulowanych Konstytucją), a dwie pozostałe są gwarancją obywatelskich swobód (prawa do wolności, które może być zakwestionowane jedynie przez wyrok sądu).

4 Wallace jako obsesyjny szczególarz to istotny składnik legendy tego pisarza. Tak w kontekście 1100 stron „Infinite Jest”, jak i jego pośmiertnej powieści „The Pale King”, która – zgodnie z legendą – miała przyczynić się (swoją nieopanowaną nadmiarowością) do śmierci autora.