Dwie legendy
Jack de Nijs (ANeFo)

13 minut czytania

/ Obyczaje

Dwie legendy

Jakub Socha

Ukazały się autobiografie dwóch sportowców: piłkarza Johana Cruyffa i snookerzysty Steve'a Davisa. Cruyff uczy mindfullnesu,  Davis po prostu opowiada swoją historię

Jeszcze 3 minuty czytania

Wśród kibiców znad Wisły krążyła swego czasu legenda, że jest w Polsce piłkarz, którzy przeczytał całego „Ulisessa”. Po latach wyszło na jaw, że rzeczywiście miał w rękach powieść Jamesa Joyce'a, ale nigdy nie zdołał jej skończyć. Kilkanaście lat później pojawił się u nas kolejny czytelnik w korkach, który na zgrupowania kadry zawsze zabierał ze sobą stertę książek. Szybko się okazało, że w tej stercie nie ma Joyce'a, jest za to Wharton, Coelho i Carroll. Nie ma oczywiście nic w tym złego, choć równocześnie to kolejny argument za tym, że ciężko znaleźć wśród biegających po murawie sportowców wytrawnych znawców literatury. Nawet za granicą – taki Andrea Pirlo, rozgrywający reprezentacji Włoch, Juventusu i Milanu, na boisku zachowujący się jak profesor, słynący z genialnego czytania pola, zapytany o ulubione hobby, odpowiedział, że jest nim Play Station. Chyba nie tylko jego. Przed niedawnym meczem Realu z Legią kamera zarejestrowała piłkarzy z Madrytu, jak umawiają się w trakcie treningu na popołudniowy mecz w FIFĘ na konsoli (i jak wzbraniają się przed graniem na konsoli warszawską drużyną, bo ta jest zwyczajnie za słaba). Jeśli się dobrze poszuka, można znaleźć w sieci uroczą rozmowę między piłkarzami z drużyny bodajże Jerzego Engela, którzy gorąco spierają się o to, jakie korki są obecnie najlepsze na rynku – te lane czy te wkręcane.

Autobiografie piłkarskie, których w księgarniach jest zatrzęsienie, pisane zazwyczaj przez ghost-writerów, tylko potwierdzają, że ich bohaterowie są interesujący jedynie na boisku. Schemat jest zazwyczaj taki sam – biedne dzieciństwo, odkrycie talentu, droga na szczyt, kilka opowieści o najważniejszych bramkach, kolegach i meczach, enigmatyczne plany na przyszłość, kilka wrzutek z kilkoma stadionowymi mądrościami. No dobrze – piłkarze piłkarzami, ale jak ma się sprawa z autobiografią Johana Cruyffa, która niedawno pojawiła się na naszym rynku? W końcu to nie jest pierwszy lepszy kopacz, tylko, jak się powszechnie uważa, jedna z trzech największych legend tego sportu, pozostałe dwie to oczywiście Pele i Maradonna (kwestię, czy nie ma aby większych, pozostawiam na boku). Czy książka kogoś, kogo jeszcze za życia tytułowano „filozofem”, kto zdefiniował i niejako wymyślił nowoczesny futbol, jest rzeczywiście książką filozoficzną? Poniekąd tak. Cruyff uprawia i głosi „filozofię dobrego życia”. A przedmowę do autobiografii zaczyna od słów: „Nie skończyłem żadnych studiów. Wszystkiego nauczyłem się dzięki doświadczeniu”. W ostatnim rozdziale powtarza jeszcze: „Mówiono mi często, że jestem głupi, ponieważ nigdy nie skończyłem szkoły, ale życie prawdopodobnie nauczyło mnie znacznie więcej, niż wyczytałbym z książek. Ostatecznie wiedza to doświadczenie”.


Początek jednak jest standardowy: osierocony we wczesnym dzieciństwie przez ojca, mały Johan wychowywany jest jedynie przez matkę i klub piłkarski Ajax Amsterdam, gdzie znajduje ojców zastępczych – najpierw jest nim właściciela klubu, potem trenerzy, Jany van der Veen i Rinus Michels. Z tym drugim Cruyff będzie osiągał największe sukcesy jako piłkarz: w Ajaxie, w Barcelonie, a także w reprezentacji. To o nich będzie się mówić, że wymyślili futbol totalny. Piłkarz pokonuje wszystkie szczeble kariery. Najpierw szkoli się na podwórku, odbijając piłkę od krawężników – pisze w książce, że to właśnie tego typu ćwiczenia nauczyły go kontroli nad piłką. Potem są juniorzy, pierwszy skład Ajaxu, reprezentacja. O zwycięskich meczach Cruyff wspomina zdawkowo, bo, jak uważa, zrobili to za niego już jego biografowie. Rozwiewa jednak kilka mitów, wyjaśniając, że te z jego zagrań, które przeszły już do historii, jak choćby słynny zwód, w którym zagrał piłkę za nogą, którą się opierał, przez co dosłownie wkręcił kryjącego go obrońcę w ziemię, wykonywał instynktownie – upiera się, że tego zagrania nigdy nie trenował, po prostu w danej chwili stwierdził, że powinien właśnie tak zagrać. Wolno mu.

Johan CruyffJohan Cruyff, „Autobiografia”, tłum. Krzysztof Skonieczny, Wydawnictwo LiterackieW „Autobiografii” pisze w pewnym momencie o „dumie kroczącej przed upadkiem” i jego książka jest zapisem powtarzających się raz za razem upadków, do których sam Cruyff nigdy się nie przyczynił. On zdobywał puchary, wygrywał samodzielnie mecze, ulepszał styl całego zespołu, strzelał najważniejsze bramki, a potem zawsze przychodził ktoś, kto psuł to, co on wypracował. Najczęściej byli to działacze, jedni uwikłani w politykę, inni nie rozumiejący sportu, czasami w roli czarnych charakterów występują też pracujący z nim trenerzy. Tylko raz piłkarz przyznaje się do błędu i nie jest to błąd związany z samą piłką, tylko biznesem. Otóż pod koniec gry w Barcelonie Holender zainwestował praktycznie całe oszczędności w hodowlę świń, co skończyło się katastrofą i zmusiło go do postawienia sobie kilku zasadniczych pytań, jak z podręcznika do mindfullnesu: „Co u licha robisz? Czy to jest twoja przyszłość? Czy tak chcesz spędzić resztę życia? Wtedy musisz szczerze przyznać się do błędu – że w ogóle nie interesują cię świnie i walisz głową w ceglany mur. Tak mocno, że nie masz już żadnych wymówek”. Po tym krótkim ćwiczeniu duchowym Cruyff postanowił wrócić na boisko, żeby się odkuć. Wrócił i oczywiście poprowadził kolejne drużyny, w których grał, do zwycięstw.




Najciekawsze są w książce te fragmenty, w których Cruyff dzieli się swoją wiedzą piłkarską, pal licho bajki o tym, że zawsze lubił liczby i dlatego zainteresował się taktyką. Chodzi o tych kilka zdań: „Przy ataku musisz mieć maksymalnie dużo przestrzeni, przy obronie zostawiasz przeciwnikowi maksymalnie mało”; „W gruncie rzeczy w futbolu wszystko sprowadza się do odległości”; „Prosta zasada: kiedy masz piłkę, powiększasz przestrzeń, a kiedy jej nie masz, zmniejszasz”; „Przestrzeń pomiędzy graczem znajdującym się przy piłce a tymi dwoma kolegami z drużyny nigdy nie powinna wynosić więcej niż dziesięć metrów. Nadmiar przestrzeni tylko zwiększa ryzyko”; „Kiedy pięć linii jest odpowiednio wykorzystanych i wszyscy robią to, co powinni, tworzą się na boisku trójkąty, kluczowe dla taktyki”. Można by je włożyć między bajki, gdyby nie te wszystkie zespoły, przy których majstrował Cruyff – zaczynając na Ajaxie z lat 70., kończąc na dzisiejszej Barcelonie – co udowodniło, że w zasadzie jest w nich gotowy przepis na sukces.  Jeśli tak, to dlaczego tak niewielu udało się je wcielić w życie? Sceptyk powiedziałby, że powód jest prosty – raz nosi nazwisko Cruyff, raz Messi, raz Romario. Z takimi magikami wszystko rzeczywiście staje się proste. Cruyff „filozof” powiedziałby inaczej: „Kiedy jesteś w stu procentach skoncentrowany na powierzonym ci zadaniu i automatycznie wiesz, co robić, nawet nie zauważysz, jak bez trudu wszystko przebiega według planu”. Problem stary jak piłka: mindfullnes i liczby czy szczęście i wrodzony talent?


Choć nie brak w tej opowieści dramatycznych epizodów – brutalny atak napastnika, choroba nowotworowa, zerwane przyjaźnie – Cruyff ciągnie uparcie na słoneczną stronę ulicy, udzielając rad na prawo i lewo. Podpowiada młodym adeptom futbolu, że powinni sami prać swoje stroje i patrzeć tylko w przyszłość. Ale przecież swoje przesłanie, spisywane na łożu śmierci (książka przygotowywana była, gdy Cruyff umierał na nowotwór płuc), ten genialny piłkarz i równie genialny trener kieruje do całej ludzkości. Mówi jej, że wszystko jest możliwe i formułuje 14 złotych zasad, które pozwalają urzeczywistnić te możliwości. Oto i one:

14 zasad Johana

1. Członek drużyny – „Aby coś osiągnąć, trzeba działać wspólnie”.
2. Odpowiedzialność – „Zajmuj się wszystkim tak, jakby należało do ciebie”.
3. Szacunek – „Szanujcie się wzajemnie”.
4. Integracja – „Angażuj innych w swoje działania”.
5. Inicjatywa – „Odważ się spróbować czegoś nowego”.
6. Trenowanie – „Zawsze pomagaj sobie w drużynie”.
7. Osobowość – „Bądź sobą”.
8. Zaangażowanie społeczne – „Interakcje są kluczowe, zarówno w sporcie, jak i w życiu”.
9. Technika – „Znaj podstawy”.
10. Taktyka – „Działaj ze zrozumieniem”.
11. Rozwój – „Sport wzmacnia ciało i duszę”.
12. Uczenie się – „Spróbuj codziennie nauczyć się czegoś nowego”.
13. Wspólna gra – „Kluczowa część każdego sportu”.
14. Kreatywność – „Wprowadź piękno do sportu”.

Tego typu atrakcji nie znajdzie się w autobiografii Steve'a Davisa, która pojawiła się w Polsce mniej więcej w tym samym czasie, co książka Cruyffa. Kim jest Davis? Legendą snookera, jednym z najbardziej utytułowanych zawodników tego sportu. Anglik, w odróżnieniu od Holendra, sporo miejsca poświęca swoim meczom, tym wygranym i tym przegranym. Dla tych, którzy nie mają pojęcia o snookerze, te fragmenty będą przypominały „Ulissesa”, podejrzewam jednak, że ci, którzy nie mają tego pojęcia, raczej po opowieść Davisa nie sięgną. Snooker jednak jest zabawą dość niszową, choć akurat w czasach świetności Davisa był na Wyspach prawie tak popularny jak piłka nożna. Słynny program „Pot the black”, który przyczynił się do popularyzacji sportu, od końca lat 60. przyciągał przed ekrany miliony widzów. Inna rzecz, że część widzów miała jeszcze wtedy czarno białe odbiorniki, więc zwyczajnie trudno było im się rozeznać w rozłożeniu kolorowych bil. To z tamtych czasów pochodzi słynne zdanie, wypowiedziane przez jednego z komentatorów: „Informacja dla telewidzów oglądających nas w czerni i bieli: różowa bila znajduje się za zieloną”.



Jak w każdej autobiografii sportowej, i tu są opisy heroicznych początków, tyle że Davis opisuje je z angielskim dystansem. Nie jest to może wspaniały P.G. Wodehouse, ale fragmenty, w których Davis pracuje z ojcem, wieloletnim pracownikiem komunikacji miejskiej, nad snookerową techniką przy kuchennym stole, w oparciu o to, co zdołali wspólnie zrozumieć z mocno wysłużonego egzemplarza książki Joe Davisa „How I Play Snooker”, to już coś na kształt literatury. Na pewno nie jest to Ewangelia według Cruyffa. Davis, który uparł się, że jego sportową ksywą będzie słowo „Interesting”, choć dobrze wiedział, że wcale nie jest aż tak bardzo „interesting”, nie czaruje. Pisze otwarcie, że wybitni sportowcy rodzą się bez szczególnie bogatej osobowości, bo niby gdzie mieliby się jej dorobić – przy snookerowym stole, gdzie spędzają większość życia? Przyznaje, że na żaden z zagranicznych wyjazdów nigdy nie zabierał aparatu fotograficznego, bo zwiedzanie zawsze go nudziło, wolał wbijać bile – gdy za zwycięstwo w jednym z turniejów otrzymał wczasy w Hiszpanii, odsprzedał nagrodę koledze za pół ceny. W książce można znaleźć kapitalne zdjęcie, na którym ubrany na galowo, jak każdy zawodowy snookerzysta, Davis pochyla się nad stołem ustawionym na pustyni i nic poza tym stołem zdaje się nie dostrzegać.


Steve DavisSteve Davis „Interesting”, tłum. Bartosz Sałbut. Wydawnictwo SQN Sporo miejsca zajmują w tej autobiografii pieniądze. Finansami Cruyffa zarządzał ojciec jego żony, to on negocjował w jego imieniu wszystkie umowy piłkarza; dla Davisa kimś takim był Barry Hearn. Hearn jest legendarnym promotorem sportowym, którzy trzyma w ryzach cały snooker i równocześnie organizuje walki bokserskie, które ogląda na Wembley 90 tysięcy widzów, ale w latach 70., kiedy rozkręcał się Davis, on też dopiero zaczynał. Snookerzysta opisuje ich przyjaźń i doskonałą symbiozę między młodym biznesmenem a młodym sportowcem, która wtedy nie była czymś oczywistym. Ten pierwszy pozwalał drugiemu żyć z jego pasji, ten drugi jednak musiał bez mrugnięcia okiem wykonywać zadania polecone przez pierwszego, które z samym sportem nie miały wiele wspólnego, ale marketingowo spełniały swoją rolę. W tej grupie jest i wystąpienie w teledysku, i mecze pokazowe w małych ośrodkach wypoczynkowych dla emerytów. Dzięki nim dzisiaj, kiedy nie występuje już profesjonalnie, Davis nie musi martwić się o emeryturę. Może do woli zamartwiać się, czemu nagle zaczął przegrywać.

Siła tych wspomnień jest tak mocna, że pewnie, gdyby nawet Davis nie zarobił na snookerze zbyt wiele, i tak myślałby nad poprawą techniki i tymi kilkoma spudłowanymi bilami sprzed lat. Pewnie ciągle wierzy, że gdyby je trafił, karta mogłaby się jeszcze odwrócić. Choć chyba nie mogła. Przez wiele lat Steve Davis był na szczycie, wygrywał turniej za turniejem, aż w pewnym momencie pojawił się młody chłopak ze Szkocji – Stephen Hendry. I zaczął wygrywać. Davis miał wtedy niewiele więcej niż trzydzieści lat. Musiał niejako wymyślić się na nowo i zaakceptować, że prawdopodobnie nigdy już nie będzie pierwszy. Te fragmenty, gdzie opisuje próby pogodzenia się z własną słabością i upływającym czasem, znaczą prawdopodobnie więcej niż niejedna mądrość Johana Cruyffa.