Najbardziej frustrujący serial wszech czasów

16 minut czytania

/ Film

Najbardziej frustrujący serial wszech czasów

Agata Pyzik

Kim są „Dziewczyny”, jeśli nie są ani bohemą, ani flaneurkami, ani nie reprezentują biedy? Są schyłkowe i niedoskonałe, jak schyłkowy jest selfie-feminizm i trwający dekadę kryzys kapitalizmu

Jeszcze 4 minuty czytania

Paradowanie nago po domu w upale w obecności męskich przyjaciół; nieporadny, przyprawiający o zażenowanie albo wywołujący salwy śmiechu seks, który nie kończy się orgazmem; przemoc w związku, choroby nerwicowe, zaburzenia kompulsywno-obsesyjne, branie leków psychotropowych i ostre jazdy, kiedy się je odstawi; nadwaga, obwisłe ciało, cellulit, eksponowany dodatkowo źle dobranymi ubraniami, zawsze przykrótkimi/za małymi/nieforemnymi; niegolenie nóg/pach i generalna zlewka rzekomo niezbędnych zabiegów, tego, co zdaniem magazynów dla kobiet może zapewnić nam zainteresowanie ze strony mężczyzn etc., etc.

To chyba najbardziej charakterystyczne, jak i najbardziej ograne już cechy serialu Leny Dunham, który właśnie po 5 latach i 6 sezonach się zakończył. Dzieje dwudziestoparoletniej nowojorczanki Hanny Horvath i jej trzech neurotycznych i narcystycznych przyjaciółek (i podobnych chłopaków) były chyba najbardziej przecenianym i irytującym serialem ostatniej dekady, który jednocześnie oglądało się z fascynacją: z poczuciem, że oto zjawia się duch czasu. Bez „Dziewczyn” trudno sobie wyobrazić pejzaż popkulturalny czy internetowy lat dziesiątych XXI stulecia. I choć to właśnie powyższy realizm, jak również kontrast z kanonicznym wciąż dla całego pokolenia nieco starszych kobiet „Seksem w wielkim mieście” (Carrie Bradshaw w swoich nieskazitelnych designerskich ciuchach dostaje zawału serca!) uczynił z serialu sensację, to jednak jest jasne, że te dwie produkcje dzieli epoka.

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że dziś, po kilku latach kryzysu, łatwo wyśmiewać idiotyzm starszej produkcji, pochodzącej ze złotych czasów bańki kredytowej. Wtedy można było bez zażenowania przedstawiać życie 1% społeczeństwa, w tym wypadku kobiet opływających w luksusy, których nigdy nie widzimy, jak pracują, wydających 40 tys. dolarów na buty. Kobiet, które mimo całej deklarowanej emancypacji, marzą tak naprawdę o małżeństwie z bankierem. Nic dziwnego zresztą, że „Seks w wielkim mieście” był hitem w Polsce, przechodzącej (nadal niezakończony) etap fascynacji mieszczaństwem, gdzie, jeśli zajrzeć nawet do ambitnych tygodników dla kobiet, feminizm wciąż utożsamiany jest z wysokością zarobków i konsumpcją.

„Dziewczyny” nigdy nie doczekały się u nas mainstreamowej dystrybucji, jaką miał „Seks...”. Z drugiej strony, jako „serial na czasy kryzysu” w ogóle się on nie sprawdza. Jego bohaterki, mimo pochodzenia z zamożnych rodzin i ukończenia drogich studiów, dotyka co prawda prekaryzacja i niestabilność na rynku pracy, jednak jakimś sposobem wszystkie grające w nim aktorki miały sławnych rodziców, a nikomu z uprzywilejowanej ekipy najwyraźniej nie śniło się, że ktoś może poczuć się dotknięty wyobrażeniem biedy jako życia na wciąż ultradrogim, zwłaszcza na freelancerską kieszeń, nowojorskim Brooklynie. Realizm „Dziewczyn” był umowny, nie był realizmem nas wszystkich: w Stanach apelował do lekko zubożałych klas wyższych, dla których ów stan jest tylko przejściówką przed odzyskaniem należnej im pozycji. W Polsce mógł być oglądany wyłącznie aspiracyjnie – świat w nim przedstawiony pozostawał wciąż odległy niczym ten z „Dynastii”. Chyba tylko dlatego moje koleżanki, często o dobrą dekadę starsze od bohaterek, identyfikowały się z nimi i przechodziły do porządku dziennego nad jego surrealizmem (na marginesie: kiedy liczne teksty potwierdziły reakcyjność „Seksu..,” koleżanki nagle zaczęły zachowywać się, jakby go nigdy dekadę wcześniej z nabożeństwem nie oglądały).

Mimo to „Dziewczyny” doczekały się niezliczonych artykułów, analizujących każdy krok bohaterek z powagą godną działań wojennych na Bliskim Wschodzie, a ich twórczyni Lena Dunham, w przeciwieństwie do swojej bohaterki, na opowieściach o nieporadnych milenialsach zrobiła oszałamiającą karierę. Nieistotne było nawet, że serial nie był wcale aż tak popularny, jak zaświadczałyby onanistyczne artykuły publikowane na popkulturalnych portalach. Możliwe są dwa wytłumaczenia tego fenomenu. Negatywne to takie, że serial o grupce narcystycznych bohaterek, które nie mogą dorosnąć, a o którym pisano, że jest pokoleniowy, tak naprawdę odzwierciedlał tylko medialną percepcję równie uprzywilejowanych i narcystycznych ludzi pracujących w mediach, pewnej bańki, która uwielbia pisać o sobie.

Drugim powodem był jednak fakt, że serial perfekcyjnie wstrzelił się i ewoluował wraz z rozwojem internetu, co przekraczało problemy grupki osób, które stać na mieszkanie w Nowym Jorku. Perfekcyjnie oddawał nerwicę „bycia onlajn”, konieczność bezustannego performowania, pokazywania się, odsłaniania, instagramowania. Jego ekshibicjonizm naśladował i wyprzedzał to, co w medialno-facebookowym świecie dopiero stawało się możliwe. Pozostawał odbiciem aspiracyjnego świata internetowego, gdzie tzw. polityka tożsamości, poszanowanie dla gender, queer, LGBT znajduje swoje „bezpieczne przestrzenie” dyskusji, obok których jednak wyrastała również kultura hejtu. Po latach, kiedy uczestniczę w internetowej, a jakże, dyskusji o tzw. selfie-feminizmie, zastanawiam się, na ile „Dziewczyny” przyczyniły się w ogóle do powstania tego zjawiska. Na tym być może polegają ograniczenia, ale też pewna polityczna utopijność tego serialu, w którym samoakceptacja i to, co dzieje się z ciałami, jest najbardziej feministyczną aktywnością uciekającą od pytania, czy społeczne i ekonomiczne problemy kobiet zostały już rozwiązane.


Tymczasem, czego to „Dziewczyny” nie miały jeszcze symbolizować? Serial trafił w ogień medialnych krytyków pokolenia milenialsów – podkreślających, że tylko lenistwo, brak umiejętności i pomysłu na siebie skazuje to pokolenie na bezrobocie. Starając się odeprzeć ich argumenty, a przy okazji wypadając coraz mniej wiarygodnie jako głos pozbawionego perspektyw pokolenia, Lena Dunham ze swoim ogromnym sukcesem wiła się jak piskorz, próbując w kolejnych sezonach spełniać oczekiwania (o większe zróżnicowanie etniczne, o ekonomicznym nie mówiąc), jednocześnie zachowując odrobinę przekory, nawet jeśli to uczyniłoby jej bohaterów mniej sympatycznymi. Jej interwencje etniczne czy klasowe słusznie były krytykowane jako kompletnie sztuczne, dlatego z ulgą obserwowałam z sezonu na sezon, jak serial coraz bardziej oddala się od poprawności, a coraz bardziej odsłania karty – to, że jest opowieścią o grupie średnio sympatycznych, nieznośnych i uprzywilejowanych białych ludzi, którzy mają doskonale napisane dialogi.

W ostatnim sezonie nikt już nie udaje przyjaźni: rozmowy, w których bohaterowie zapewniają siebie nawzajem o tym, że mogą na sobie polegać, najczęściej kończą się obopólnym śmiechem. Może to wredne, ale odświeżająco szczere. „Dziewczyny” najlepsze są wtedy, kiedy skupiają się na konkretnych postaciach i porzucają pretensje do pokoleniowej narracji.

Główne pytanie ostatniej serii brzmiało, czy bohaterowie kiedykolwiek się zmienią? A lekcja, jaką nieznośne postaci otrzymują od życia, to zarazem przewodnia myśl serialu: przestać oceniać innych i wziąć się za swoje życie. A to się udaje różnie. W sezonie szóstym czwórka dziewczyn wiedzie już całkiem osobne życia. Hannah robi to, co potrafi najlepiej: skupia się na sobie i swojej karierze. Po tym, jak w sezonie piątym nie wypaliła próba normalnego życia u boku sympatycznego, „normalnego” chłopaka i praca nauczycielki w szkole, jej życie i kariera po raz kolejny lądują w punkcie wyjścia. W końcówce tamtego sezonu Hannah niczym bohater American dream, obracała swój największy dramat – fakt, że jej były chłopak i najlepsza przyjaciółka mają romans – w swój atut. Występ na open mic, gdzie Hannah publicznie obnaża swoje sekrety, będący zemstą na przyjaciołach, przynosi jej największy zawodowy sukces. W pierwszych chwilach szóstej serii widzimy ją w kawiarni u Grumpy'ego (wobec częstych zmian mieszkań bohaterów, jedyna powracająca lokacja serialu – co symboliczne dla milenialsów, wszyscy w niej w różnych momentach tymczasowo pracują), jak spija ostateczny sukces swojego ekshibicjonizmu. Opublikowała esej w „New York Timesie” o byciu zdradzoną przez Adama ze swoją najlepszą przyjaciółką. Wszyscy bohaterowie serialu są zmuszeni jakoś zareagować na jej sukces, a widz nie może pozbyć się pewnego współczucia, jak i sympatii do czytających tekst zdenerwowanych Adama i Jessy.


W tej chwili, jak i w reszcie serialu, widzimy, co definiuje nie tylko Hannah, ale i pozostałe dziewczyny: jest to praca i kreatywność. To praca intelektualna jest jedynym pewnym źródłem satysfakcji, spełnianie romantycznych a zarazem patriarchalnych klisz, takich jak szalony romantyczny związek (Jessa i Adam, wcześniej Adam i Hannah), czy co gorsza wystawny ślub (katastrofa zwana Marnie i Desi) tego nie oferują, nie są też tym, na czym można polegać w kryzysie. Nie jest tym, wbrew sentymentalnym kliszom, nawet przyjaźń, z którą należy się obnosić na portalach społecznościowych, choć ciekawie rozwija się w serialu wątek przyjaźni wśród eks: Hannah i Elijaha, Raya i Shoshanny, a nawet do pewnego stopnia Marnie i Desi, czy nawet Hannah i Adama.

Być może prawdziwie szokującym komunikatem „Dziewczyn” jest fakt, że przyjaźnie w kapitalizmie, a zwłaszcza wśród dręczonych niepewnościami bohaterów, są czymś, co ma zwyczajnie swoją datę przydatności do spożycia. Tu polegać trzeba przede wszystkim na sobie, co można odczytywać jako zaprzeczenie solidarności, ale też jako konieczny etap rozwoju. Można i wskazywać na pewną bezwzględność „klasy kreatywnej”, która po trupach dawnych przyjaźni pnie się do celu, jako na odzwierciedlenie kapitalistycznych relacji, gdzie tylko skrajny indywidualizm i skupienie na sobie są gwarantem sukcesu. Smutna refleksja o Hannah Horvath i reszcie jest taka, że to ich samolubność, nie solidarność, przynosi im w końcu sukces.

Można jednak zobaczyć w tym konieczną stronę aktu tworzenia, czyli „zabicie starej siebie”. Choć kobieca przyjaźń to gorący wątek „Dziewczyn”, zostaje ona jednak potraktowana instrumentalnie. To egoizm, dbanie o siebie i swój intelekt się opłaca. To one gwarantują satysfakcję, spełnienie, a co za tym idzie uznanie i pozycję w społeczeństwie. Reszta przyjdzie później. Może to dlatego Hannah odrzuca próbującego wrócić do niej Adama? Probierzem jej dojrzałości jest to, że potrafi odrzucić perspektywę odgrzewania kotletów tej amour fou, ale można podejrzewać, że singielstwo dało jej trzeźwą perspektywę i wie, że Adama po prostu już nie potrzebuje.

Potwierdza się to w przypadku niemal każdego bohatera serialu – dopiero w oderwaniu od grupy znajdują oni swoje powołanie. W tym widzę kolejny element nowoczesności tej produkcji. Zrozumienie dla swoich zawodowych i artystycznych ambicji, a wraz z nim spełnienie znajduje w ostatnim sezonie każdy z bohaterów (nawet jeśli nie wszystkie wątki wypadają realistycznie). Czy będzie to kariera pisarska/akademicka Hannah, czy artystyczne ambicje Elijaha i Adama, czy pocieszne na pierwszy rzut oka ambicje Raya, by zapisać kronikę swojej dzielnicy, czy nawet biznesowo-startupowe marzenia Shoshanny. Serial nie wyśmiewa ani nie dezawuuje marzeń swoich bohaterów, w czym tkwi jego emocjonalny rezonans.


Nie zmienia tego nawet doklejona kompletnie na siłę ciąża Hannah. Cóż dziecko zmieni w jej życiu? Ostatni sezon przeżywał swoje szczytowe punkty dokładnie wtedy, kiedy Hannah miała zadecydować, czy urodzi dziecko pochodzące z kilkudniowej przygody z instruktorem surfingu, kompletnie niezainteresowanym ojcostwem. Wydaje się, że to aborcja byłaby odwagą z jej strony, ponieważ wymagałaby przyznania się przed sobą, że nie jest na to gotowa. Każąc jej podjąć decyzję o urodzeniu, Dunham chciała efektownie zaprzeczyć stereotypom (że kobieta nie może mieć wszystkiego), poszła jednak na łatwiznę, sugerującą, że to posiadanie dzieci decyduje o naszej dorosłości.

Pisząc o serialu na czas dzisiejszego kryzysu, wielu przywołuje „Broad City”, gdzie dwóm zbiedniałym i wiecznie upalonym bohaterkom nigdy nie udaje się zeskoczyć z karuzeli biedy i który nigdy nie osiągnie porównywalnego do „Dziewczyn” sukcesu. Ale to właśnie jego sukces jest najlepszą metailustracją obecnych czasów. „Dziewczyny” są zwierciadłem aspiracyjnej rzeczywistości internetowo-medialnej. W roku 2017 nadal łatwiej jest zdobyć przestrzeń medialną, dyskutując o tym, czy kupowanie określonego rodzaju bielizny jest feministyczne, podczas gdy problemy ekonomiczno-klasowe leżą odłogiem. Nieprzypadkowo to właśnie „reprezentacje” medialne kobiet w 2017 stały się, nieporównanie bardziej niż na początku w 2012, ważniejsze nieomal od nich samych. W serialu często jest mowa o feminizmie, ale nigdy nie widzimy bohaterek choćby powierzchownie zaangażowanych w cokolwiek innego, niż ich własna kariera, (najczęściej beznadziejne zresztą) życie uczuciowe, nie mówiąc o aktywizmie czy pójściu na demonstrację.

Zarazem serial jest tak dowcipnie i satyrycznie napisany i zaobserwowany, że nie sposób się od niego oderwać. Z dialogów bije też autoironiczna samoświadomość – bohaterowie zachowują się na granicy karykatury, jednak się w nią, co znaczące, nigdy do końca nie osuwają. Dla mnie „Dziewczyny” najlepiej sprawdzają się jako satyra „o ludziach, których uwielbia się nienawidzić”, jak wcześniejszy o dwie dekady „Seinfeld”, z którym serial Dunham ma wiele wspólnego. Tam większość bohaterów stanowili wielkomiejscy, zblazowani, inteligenccy, zamożni nowojorscy Żydzi, narcystyczni i skupieni na sobie, niby się przyjaźniący, ale niesłychanie samolubni. I tak jak bohaterowie „Seinfelda” w clintonowskich latach 90. (kiedy bańka kredytowa rosła, stwarzając złudne uczucie prosperity) pokazywali ludzkość postideologicznie, u progu „końca historii”, tak „Dziewczyny” od 2012 są dwuznacznymi pionierkami naszych dwuznacznych czasów kryzysu. Bohaterki zachowują się jak zubożałe zamożne mieszczki: kariera jest dla nich oczywistością – to, że chwilowo jej nie robią, wydaje się tylko zwykłym stanem przejściowym. Nigdy nie boją się, że po kolejnej zwałce, przedawkowaniu, zwolnieniu czy kryzysie nie uzyskają pomocy, utrata pracy nigdy nie wiąże się z realnym zagrożeniem materialnej egzystencji. Niezachwiana w istocie pozycja dziewczyn obrazuje bezbłędnie opisywaną przez Bourdieu tzw. reprodukcję elit.

Serial pokazuje, jak to zniwelowanie problemów finansowych pozwala dziewczynom eksperymentować ze swoim życiem i seksualnością, choć nie ma w serialu ani krzty autentycznego przekroczenia. Bohemiczna Jessa i jej eksperymenty z seksem czy narkotykami są śmiechu warte w porównaniu z życiem bohemy tego samego miasta jeszcze kilka dekad wcześniej i nie wiążą się z żadnym ryzykiem. Miasto Nowy Jork też nie wydaje się wystarczająco wyeksponowane, bohaterowie nie włóczą się po nim i nie korzystają z uroków zwłaszcza tych bardziej podejrzanych dzielnic, być może mimochodem ukazując też przyspieszającą gentryfikację metropolii. Kim więc są „Dziewczyny”, jeśli nie są ani bohemą, ani flaneurkami, ani nie reprezentują biedy? Są schyłkowe i niedoskonałe, jak schyłkowy jest pop-feminizm, selfie-feminizm i trwający dekadę kryzys kapitalizmu. Musimy na nie patrzeć i wyciągać rewolucyjne wnioski, jakich błędów nie popełniać w feministycznej walce o lepszy byt. Co więcej, to nasz obowiązek. I choć nie znoszę serialu Dunham za brak realizmu, to jeszcze bardziej nie lubię tego, w czym jest boleśnie realistyczny: że bogaci już zawsze pozostaną bogaci, że przywary bohaterów są doskonale reprezentatywne i tak naprawdę żyjąc onlajn, dzielimy je wszyscy.