Ludzkie mięso i wielkie kapelusze

11 minut czytania

/ Film

Ludzkie mięso i wielkie kapelusze

Klara Cykorz

„Belle Epoque” w całości jest nieco wystylizowanym przydrożnym motelem z dwiema gwiazdkami. Ani „Kobra”, ani Has czy Żuławski – tylko TVN. Jeśli kapelusze Cieleckiej mogą tu sobie funkcjonować w świecie bez rynku, kostiumowe widowiska Anglosasów opętane są handlową wymianą

Jeszcze 3 minuty czytania

Pisanie o „Belle Epoque” jest zadaniem podstępnym. Nie chciałabym tracić energii na karcenie puchatego chomika za to, że nie jest megaterium, paraceratherium albo jakimś innym dawno wymarłym, wielkim prehistorycznym zwierzęciem. Nie znam się też na kapeluszach z epoki ani nawet na meblach; z dziecięcą rozkoszą przymknęłabym lewe oko na dziury w galicyjskim asfalcie w zamian za dobre dialogi (marzą mi się współczesne „Kobry” kręcone w atelier z tapetą w różowe kwiatki, albo, Twin Peaksowo-duchologicznie, w brązach boazerii i zieleni filodendronów). Gdzieś w sieci Jacek Dehnel, współautor krakowskich kryminałów z (nieco wcześniejszej) epoki, porównał scenografię „Belle Epoque” do hoteliku reklamującego się „staroświeckim urokiem”. Poszłabym dalej: „Belle Epoque” w całości jest nieco wystylizowanym przydrożnym motelem z dwiema gwiazdkami. Ani „Kobra”, ani Has czy Żuławski – tylko TVN.

No ale też, ile można załamywać ręce nad lekkostrawną sztampą, która nawet mogłaby być przyjemną pulpą, i to bez rewolucyjnych poprawek? Na przykład gdyby zamiast nijakiego do granicy niestrawności Pawła Małaszyńskiego głównym śledczym pozostał Olaf Lubaszenko w roli komisarza Jelinka – policjanta, dla którego bardziej od prawdy liczy się szybkie zamknięcie sprawy i ucieczka w czerwonym szlafroczku w domowe pielesze, do żony i niezliczonych dziatek. Zniecierpliwiony Jelinek, któremu marzy się awans do Wiednia, byle bez nadgodzin, ma znacznie ciekawszą dynamikę, niż uwikłany w mroczne męskie sprawy Jan Edigey-Korycki (Małaszyński właśnie); pysznie byłoby przyglądać się jego zmaganiom z niewygodną prawdą. Albo gdyby wyrzucić za drzwi Małaszyńskiego i oddać pole duetowi patologów, rodzeństwu Skarżyńskich. Wszak główny bohater nie musi być amantem o szerokich barach; może być nieśmiałym, nieco nerdowatym facetem ze skalpelem w ręku. A tak się składa, że Eryk Lubos gra najlepszą rolę w całym serialu, z neurotycznym wdziękiem wypowiadając kwestie typu „wymogi spełniały osoby młodsze, bo ich mięso jest mniej łykowate i po zapeklowaniu idealnie kruszeje”. Partneruje mu Anna Próchniak w roli wykształconej w Paryżu młodszej siostry – patolożka pensjonarka byłaby absolutnie idealnym awatarem współczesnej widowni, gdyby tylko męskość Małaszyńskiego tak się nie rozpanoszyła. Może Magdalena Cielecka w wielkim kapeluszu i Weronika Rosati z kieliszkiem wina mogłyby być krakowskim duetem typu Sherlock i Watson, albo, jeszcze lepiej: parą podstępnych agentek Ochrany? Tymczasem Cielecka przez większość odcinków, jeśli już się pojawia, to albo siedzi zasępiona w powozie, albo stoi w oknie, albo leży w łóżku, chociaż zdarza jej się też, jako kobiecie z towarzystwa, chodzić na koncerty, tłumaczyć Błoka i odrzucać zrozpaczoną Rosati (która gra tu rolę nieco podobną do tej w „Obcym ciele”). Oczywiście, w końcu wychodzą na jaw pewne mroczne tajemnice, aby zakochany Małaszyński miał się z czym zmagać, ale i tak jest to dość upokarzające – nie wiem, dla kogo bardziej, dla Cieleckiej, TVN-u czy widza. Może w ogóle powinien powstać zupełnie inny serial, który gdzieś się na krawędziach opowieści obiecuje: finałowa przewrotka mogłaby być bardzo sensownym środkiem.

Mam najwidoczniej pecha: za każdym razem, kiedy przychodzi mi recenzować współczesną polską telewizję, uciekam się do snucia opowieści alternatywnych. A jednak wydaje się, że nie żądam wiele. Najwidoczniej jednak mięsista pulpa wymaga odrobiny szaleństwa, której tutaj zabrakło. Diabeł tkwi w szczegółach, a w tym wypadku – słoikach. Więcej słoików z klopsami z ludzkiego mięsa na komodzie u komisarza Jelinka, to jest Lubaszenki – i już byłoby ciekawie.

 

„Belle Epoque”

Kanibalistyczna metafora okazuje się w tym kontekście wyjątkowo poręczna. Poprawność „Belle Epoque”, estetyczna, wygodna zachowawczość, stoi w wyraźnej kontrze do reality shows i soap doców tej samej ramówki – ujęta w kostiumowy sztafaż, zapośredniczona potencjalna opowieść o okrucieństwie jest trudniejsza do pomyślenia niż okrucieństwo, eksploatacja sama w sobie. „Belle Epoque” jest serialem nieistotnie poczciwym, który pracuje tylko dla kostiumu, ale jednocześnie nijak tego kostiumu nie problematyzuje i od konkretu materii przez większość czasu stroni. A przecież kino kostiumowe – świadomie nie piszę: historyczne – w materii powinno się tarzać!

Tarza się w niej niewątpliwie bohater wyprodukowanego przez brytyjską BBC i amerykańską FX „Tabu”, grany przez Toma Hardy'ego James Keziah Delaney. Niby człowiek, ale może bardziej – pies (kradnę myśl koledze z łamów Dwutygodnik.com, Marcelemu Szpakowi). O, proszę posłuchać tego pomrukiwania warczeniem podszytego. Ale nie o kąpiel w błocie dla samej psiej przyjemności tutaj chodzi. „Tabu” jest serialem o żarłoczności kapitału; główna intryga podąża tropem pieniądza przez szopy, magazyny i londyński syf portowy w roku 1812. Jest tu oczywiście bardzo barwna galeria postaci: wszelkiej maści szpiedzy (kobiety, transwestyci i Amerykanie), sprytna aktorka, szalony chemik, siostra płonąca kazirodczym pożądaniem (w tej roli Oona Chaplin, wnuczka Charliego, córka Geraldine, której wielkie wilgotne oczy wyrażają głębokie zdumienie własną perwersją) oraz właściciel wypchanej żyrafy Jerzy IV (Mark Gatiss, który chyba tęskni za swoją „Ligą dżentelmenów”, bo co rusz go widzę w niewielkich, ale nader oślizłych rolach). Ale tym, co strukturyzuje akcję, jest kapitalistyczny wir pożądania. Zamiast ludzkich klopsów w słoikach mamy więc ludzi w błocie i na wodzie, i pod wodą, a także w łajnie, ponieważ dużo się tu robi z łajna i myśli łajnem, oczywiście w imię kapitału. Jest to serial tak rozpalony żądzą pieniądza, tak lepki, że nakładanie na niego krytycznych soczewek wydaje mi się niewłaściwe; to opowieść, która mówi więcej bez przyłapywania na hipokryzji.


Kiedy „Belle Epoque” nie dawało w mściwych mediach społecznościowych rady porównaniom do „Tabu” (Jacek Dehnel pochwalił kapelusz Toma Hardy'ego), ja w poszukiwaniu brudnych męskich paznokci udałam się nadrabiać via polski Netflix „Black Sails” (dosłownie „Czarne żagle”, po polsku po prostu „Piraci”), serial, który w moim odczuciu padł ofiarą zrodzonych w pewnym momencie krytycznych ambicji. W punkcie wyjścia prequel „Wyspy skarbów” Stevensona, z Długim Johnem Silverem za młodu i legendarnym kapitanem Flintem w rolach głównych, nigdy właściwie nie sięga do stricte awanturniczo-przygodowej konwencji; na jeden odcinek z bitwą morską przypada jeden o czyszczeniu kadłuba. Postaci fikcyjne zostają wpisane w mrowie mniej lub bardziej wiernie pisanych postaci historycznych, takich jak Czarnobrody, Israel Hands, Benjamin Hornigold, Charles Vane (właściciel najbrudniejszych, obgryzionych do mięsa paznokietków – wspaniały!), Jack Rackham i Anne Bonny oraz szwarccharakter gubernator Woodes Rodgers. W trakcie czterech sezonów (z których ostatni wciąż puszczany jest na serialowej odnodze Canal+) opowieść rozpada się niejako na dwa etapy: pierwsze dwa skupiają się na robieniu interesów, a kolejne na działaniach militarnych wokół to zdobywanej przez piratów, to Anglików wyspie New Providence na Bahamach. Zanim w sezonie ostatnim dojdzie do nieco przesadzonego na mój gust, melodramatycznego rozchlapania (tak, uroniłam niejedną łzę, ale nie były to mądre łzy!), „Piraci” uwodzą opowieścią o seksowności kapitału. Materialistyczne zacięcie przenika do relacji międzyludzkich, gdzie prawie każdy z każdym ubija interesy, wszystko jest na sprzedaż, węzłowymi punktami intrygi są kolejne handlowe transakcje, a piękno oznacza uwodzicielską smykałkę do handlu. 

Niestety z przykrością, ale i bez zdziwienia, obserwowałam, o ile lepiej serial radzi sobie z wątkami seksualno-miłosnymi niż rasowo-politycznymi. Dość wspomnieć, że podstawowymi jednostkami emocjonalnymi są tu pięknie pisane, płciowo zawikłane, seksualno-przyjacielskie trójkąty; Toby Schmitz jako nader gadatliwy Jack Rackham i Clara Paget jako zabójczo milkliwa Anne Bonny o rdzawych, jakby zesztywniałych od krwi włosach pozostali moimi faworytami od początku do końca (a więcej zdradzić nie chcę, proszę oglądać). Ale już handel ludźmi, podjęty jako temat w trzecim sezonie i kontynuowany jako wątek rewolty niewolników, kuleje; bronią się role kobiet, ale i rzuca w oczy awersja do czarnoskórych mężczyzn (większej roli dla młodego czarnoskórego mężczyzny po prostu tu nie ma). Wśród głównych bohaterów jest kilkoro byłych niewolników (głównie kobiet) i jeden niewolnik, który okazuje się trochę kimś innym; jak gdyby istniała w głowach scenarzystów nieprzekraczalna granica, za którą wyrzucono niewolnictwo. Ostatecznie krytyczny zapał grzęźnie na mieliznie prostych podrywów serca; potworność niewolnictwa niknie w cieniu indywidualnej wolności podmiotów romantycznych; im bardziej serial chce być polityczny, tym bardziej polityczność z niego wycieka. (Ale proszę się nie zrażać: dla lazurowego morza po horyzont, piasku tak jasnego, że kłuje w oczy, i sceny przeciągania pod kilem, prawdziwej piraciej pasji).

 

1. „Piraci”, 2. „Harlots”, 3. „Tabu” 

Tak czy inaczej, jeśli kapelusze Cieleckiej mogą sobie funkcjonować w świecie bez rynku, kostiumowe widowiska Anglosasów opętane są handlową wymianą. W „Harlots”, czyli „Dziwkach”, koprodukcji brytyjskiej ITV z amerykańską platformą Hulu, z akcją osadzoną w Londynie lat 60. osiemnastego stulecia, handluje się, zgodnie z tytułem, ciałami kobiet i dziewczyn; prostytucja jest wszechobecna; tu burdelmama zastępuje matkę, albo i matka staje się burdelmamą. „Zawsze modliłam się, aby następne dziecko było jednak synem”, wyznaje w którymś momencie bohaterka grana przez Samanthę Morton, w środku rozgardiaszu związanego ze sprzedażą dziewictwa swojej młodszej, zahukanej córki. Relacje osobiste, głównie pomiędzy kobietami (chociaż jest tu i problematyczny mamisynek), kształtowane są przez ich rynkową wartość (pomijam już kontrakty z zepsutymi arystokratami). Patriarchat, reprezentowany przez groteskowo rozdętą męskość, unosi się nad głowami bohaterek niczym brudnoszara pierzyna chmur nad Londynem, bez widoków na rozjaśnienie – ale główne intrygi w tym serialu pisanym i reżyserowanym wyłącznie przez kobiety dzieją się, no właśnie, między kobietami. Niczym w dobrej operze mydlanej, głównym szwarccharakterem jest kobieta, über stręczycielka grana przez przyprószoną pudrem Lesley Manville. Dwa odcinki przed końcem, póki co bez skutku, ale wciąż z nadzieją, wypatruję wybuchu prawdziwego jelinkowego piekła w relacjach między matkami a córkami.

Pisałam to wszystko z zupełnie innym zamysłem, ale czuję, że zaczyna mdlić mnie od tych portowych wyziewów. Na tle tego ponurego krajobrazu naprawdę przydałby się jakiś lekki, wdzięczny i skoczny serial rodzimy o tak eterycznych jak podłych agentkach Ochrany.