POWOLNOŚĆ: Cztery słonie
Hana Jang / CC BY-NC-ND 2.0

12 minut czytania

/ Obyczaje

POWOLNOŚĆ: Cztery słonie

Robert Pucek

O tej porze roku moja serdeczna przyjaciółka, mucha Gienia, jest ospała i powolna, choć całkowicie nie leży to w jej frenetycznej naturze, i niczym kotka tuli się do mej dłoni. Co jest nawet przyjemne

Jeszcze 3 minuty czytania

Nie da się mówić poważnie o powolności zwierząt. Choć niektóre z nich rzeczywiście są powolne – z punktu widzenia człowieka lub nawet tak zwanej obiektywności. Ślimaka, który przez pół dnia wędruje od chatki do drewutni, trudno nazwać „szybkim i wściekłym”; żaba, która na plecach znosi z lasu do stawu podduszającego ją kochanka, porusza się z prędkością gotową wyprowadzić z równowagi najcierpliwszego obserwatora; o dżdżownicach pełzających po deszczowym asfalcie nie warto nawet wspominać. Ale nie da się o tym mówić poważnie, bo wynika to przecież jedynie z naturalnych okowów gatunkowego scenariusza, nie ze świadomego wyboru. Takie na przykład zwierzęta zmiennocieplne jak gady i płazy, gdy porządnie zmarzną, nie mogą się w ogóle ruszyć – całkiem niedawno zdejmowałem z szosy zastygniętą w zimnie samicę górskiej traszki, żeby nie przejechał jej zły samochód.

W naturze dostrzegamy pewną powolność, powiedzmy, roślinożerców i przeciwstawiamy ją szybkości drapieżników. Jest w tym oczywiście złudzenie, bo wszystko zależy od okoliczności. O tej porze roku na przykład moja serdeczna przyjaciółka, mucha Gienia, jest ospała i powolna, choć całkowicie nie leży to w jej frenetycznej naturze, i niczym kotka tuli się do mej dłoni. Co jest nawet przyjemne.

Istnieją także zwierzęta, które dla naszych oczu i wedle naszej wiedzy prowadzą żywot bardziej filozoficzny niż inne – wszelkie krowy, i rozmaite ich kuzynki, którym Arystoteles zalecał kąpiele słoneczne i które wedle nauk tajemnych są łącznikiem między Wysokim Kosmosem a naszym światem sublunarnym, gdzie zajmują się głównie sumiennym przeżuwaniem. Drapieżniki z kolei zmuszane są przez naturę do wykonywania wielu nerwowych i szybkich ruchów, choć jednocześnie doskonale wiemy, że gdy lwy nie polują, natychmiast oddają się niemal bezczelnej powolności i lenistwu. Podobnie jak nasze żmije.

To wszystko jednak z natury, nie z wyboru. Zwierzęta robią to, co muszą. Żyją w świecie nieco piekielnym, o czym wyczerpująco poucza nas List do Rzymian (Rz 8, 20-21): „Stworzenie bowiem zostało poddane marności – nie z własnej chęci, ale ze względu na Tego, który je poddał – w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia”. Znakomity Linneusz, obserwując niepokojący łańcuch pokarmowy świata zwierzęcego, w ramach którego, na przykład, ptaki drapieżne zjadają małe ptaszki, które z kolei zjadają pająki, które zjadają rozmaite owady, dostrzegał w tej procedurze jakąś harmonię i sądził, że za sprawą istot wiekuistych i szczęśliwych zwierzątka rozmnażają się i pożerają w takich ilościach, która owej harmonii gwarantuje istnienie i przetrwanie. W tej samej sprawie Goethe wypowiedział się w sposób następujący: „Wszystko, co powstaje, szuka sobie miejsca i chce trwać; dlatego też każda istota spycha inną z jej miejsca i skraca jej trwanie”. Po czym dodał, że „to, co nazywamy złem, nieszczęściem, bierze się stąd, że nie może ona [natura] użyczyć miejsca wszystkiemu, co powstaje, ani – tym bardziej – zapewnić mu trwałości”.

Podlasie Slow Fest

Między 1 lipca a 17 września 2017 w Supraślu odbędzie się pierwsza edycja festiwalu Podlasie Slow Fest, skierowanego do osób poszukujących kameralnych wydarzeń kulturalnych, wyciszenia oraz alternatywnych form spędzania wolnego czasu. Festiwal z założenia ma być rozciągnięty w czasie – przez dwa i pół miesiąca odbywać się będzie jedno lub dwa artystyczne wydarzenia dziennie, co ma sprzyjać uważniejszemu odbiorowi sztuki oraz kontemplacji..

Program oraz opis idei festiwalu

Przemierzający dżungle nad Orinoko sławny podróżnik i uczony Alexander von Humboldt, widząc kapibary uciekające z wody przed krokodylami i wpadające w pazury jaguarów albo latające ryby, które salwując się ucieczką przed zębami delfinów, kończą w dziobach albatrosów, mówił w zasadzie to samo: przeminął ogród Edenu i wiek złoty, zwierzęta nieustannie walczą o pożywienie i przeżycie, natura jest jednym wielkim polem bitwy. Jednak, podobnie jak Linneusz, uważał, że całe to bujne życie potrafi zachować harmonię dzięki scenariuszowi, według którego zostało napisane. Zachwycony i zainspirowany Humboldtem Darwin, kreśląc niezliczone notatki na marginesach jego „Personal Narrative”, poszedł o krok dalej i nieustanną rywalizację o przestrzeń i pokarm, ową Pawłową mękę stworzenia, spróbował opisać jako sposób kontroli populacji, walkę o byt, dobór naturalny et ceatera, a następnie wcisnąć do szufladek swej sławnej teorii.

W rzeczy samej nie da się zaprzeczyć, że owe polowania, mordy i pożerania są nie do uniknięcia w lesie, który Humboldt przedstawia nam za pomocą słynnej metafory „zarośniętego brzegu”, a którą zakochany w nim Darwin w „O powstawaniu gatunków” przerabia na metaforę „zarośniętego zbocza” – które, jak wyjaśnia w przypisie tłumacz, było „zarośniętym chaszczami zboczem jaru, wyżłobionego przez drogę w rolniczym krajobrazie Anglii” – wzbogacając o zaczątek wyjaśnienia ewolucjonistycznego. Na zarośniętym brzegu Humboldta dzikie zwierzęta, ptaki, miriady owadów, jaszczurki, krocionogi i beznogie płazy pozwalają „człowiekowi docenić rozmiar i potęgę życia organicznego”, a wydawana bądź produkowana przez nie „chaotyczna mieszanina dźwięków” informuje nas o tym, że „cała natura oddycha oraz że pod tysiącami różnych form życie przenika całą spękaną i pylistą ziemię, głębię wód i unoszące się nad nami powietrze”. Z kolei u Darwina mamy do czynienia z sytuacją, w której „przyglądając się gęsto zarośniętemu zboczu, pokrytemu mnóstwem roślin różnych gatunków, z ptakami śpiewającymi wśród krzewów, z rozmaitymi owadami unoszącymi się w powietrzu i robakami pełzającymi wskroś wilgotnej gleby, zdamy sobie sprawę, że te przedziwnie złożone formy, tak bardzo różniące się między sobą i uzależnione od siebie w sposób tak skomplikowany, wszystkie one są wynikiem praw, które nadal działają wokół nas”. Pan Karol ma tu na myśli prawo wzrostu i rozmnażania.

Tu i tam, na brzegu i na zboczu, wszystko, co może, zjada się nawzajem, ale tylko dlatego, że inaczej nie potrafi. Żadnego tu nie ma slow life, które oznaczać ma życie uważne, cierpliwe, pozbawione zbędnych ambicji i histerii, albowiem slow life to bez wątpienia wybór, a ten dostępny jest tylko człowiekowi. Choć w przypadku zwierząt trudno poważnie mówić o slow life, to istnieje jednak, przynajmniej w mojej wyobraźni, coś takiego jak slow natural science. Nauka, które – niewystrojona w białe laboratoryjne czepki, niepochylona nad mikroskopami z niemądrych amerykańskich filmów – nie twierdzi, że pojęła ten świat, ale po prostu próbuje go zrozumieć. Żeby wyjaśnić poglądowo, co intuicyjnie rozumiem pod tym, być może nieco osobliwym terminem, proponuję lekturę sławnego opisu zachodu słońca pióra Claude’a Lévi-Straussa, który nie był przyrodnikiem w ścisłym tego słowa znaczeniu, choć siłą rzeczy obserwacje przyrodnicze nie były mu obce:

Dla uczonych jutrzenka i zmierzch są jednym i tym samym zjawiskiem. I Grecy tak myśleli, gdyż określali je jednym wyrazem, który jeszcze określano bliżej w zależności od tego, czy chodziło o wieczór, czy też o poranek. To pomieszanie zjawisk wskazuje na dominujące przejęcie się rozważaniami teoretycznymi i dziwną niedbałość o konkretny aspekt rzeczy. (...) Wschód słońca jest preludium, zachód uwerturą, odegraną na końcu zamiast na początku, jak to bywało w dawnych operach. Oblicze słońca jest zapowiedzią chwil, które nadchodzą: ponure i blade – jeżeli pierwsze godziny poranka będą deszczowe; różowe, lekkie, musujące – jeżeli błyszczeć ma jasne światło. Lecz jutrzenka nie przesądza dalszego biegu dnia. Trzeba, aby meteorolodzy powiedzieli: będzie deszcz lub pogoda. Zachód to co innego: chodzi tu o pełne przedstawienie ze wstępem, środkiem i zakończeniem. A widowisko to jest w skrócie rodzajem obrazu walk, zwycięstw i klęsk, które rozegrały się w ciągu dwunastu godzin w sposób bardziej widoczny, lecz zwolniony. Jutrzenka jest tylko początkiem dnia, zmierzch jest jego powtórzeniem (przeł. Aniela Steinsberg).

Oto meteorologika w wersji slow. Miejsce, w którym obserwacja splata się z poezją lub, jak rzekł był kiedyś Goethe, sfera, w której „metafizyka i historia naturalna łączą się ze sobą”, a zatem ta, w której „poważny i wierny badacz najchętniej przebywa”.

Podobne opisy o mniej więcej sto pięćdziesiąt lat wcześniej wyszły spod pióra Humboldta. Zacytuję tu Andreę Wulf, która z kolei cytuje „Personal Narrative”:

Opisywał katarakty na Orinoko, „oświetlone promieniami wschodzącego słońca”, jak gdyby rzeka z mgieł była „zawieszona ponad swym łożyskiem”. Chociaż zawsze mierzył i zapisywał, notował również, „jak kolorowe łuki błyszczą, znikają i na powrót się pojawiają” nad kataraktami i jak księżyc „otaczają barwne kręgi”. Później napawał się ciemną powierzchnią rzeki, na której za dnia, niczym w idealnym lustrze, odbijały się ukwiecone rośliny nabrzeżne, a nocą gwiezdne konstelacje. Żaden naukowiec wcześniej nie opisywał natury w ten sposób. „To, co przemawia do duszy – twierdził Humboldt – umyka pomiarom”. To nie była natura jako system mechanicystyczny, ale ekscytujący nowy świat pełen cudów. Oglądając Amerykę Południową oczami, które dał mu Goethe, Humboldt był oczarowany.

Pod wpływem Goethego, co bystrzejszych romantyków i amerykańskich transcendentalistów takich jak Emerson, nie rezygnując bynajmniej z obserwacji i pomiarów (nie odrzucał ich również Goethe), Humboldt zaczyna „doceniać indywidualną percepcję i subiektywność”, zgadzając się, że wyobraźnia na równi z racjonalną myślą niezbędna jest do zrozumienia świata natury. Pisze do Goethego, że naturę dobrze doświadczać za pośrednictwem uczuć, albowiem „ci, którzy chcą opisywać świat, po prostu klasyfikując rośliny, zwierzęta i minerały, «nigdy się do niego nie zbliżą»”. Wyraźnym echem tych myśli jest ustęp z prozy E. T. A. Hoffmanna, gdzie ów kolejny znakomity Niemiec, bezlitośnie łajając Swammerdama i Leeuwenhoeka za zbyt doświadczalne podejście do nauki (w przypadku Swammerdama zarzut jest być może szyty zbyt grubą nicią), pisze: „Usiłowaliście badać naturę, nie przeczuwając nawet znaczenia jej wewnętrznej istoty”. Wskutek takiego podejścia wiedza, jaką zdobyli oskarżeni, jest w oczach sławnego literata i muzyka jedynie majakiem, który zwodzi ich „niczym ciekawe i zuchwałe dzieci”.

Slow natural science to taka nauka, która badania łączy z wyobraźnią i metafizyką, która zamiast grantów poszukuje Piękna, dzięki czemu, będąc Mądrością odzianą w piękne szaty, odnajduje ostatni człon owej świętej trójcy, czyli Dobro. Jeżeli zaś chodzi o zwierzęcą powolność, slow life, to moim skromnym zdaniem w wersji doskonałej uprawiają ją tylko cztery słonie z cudownej wyobraźni sir Terry’ego Pratchetta, stojące na skorupie wielkiego żółwia...

Cykl tekstów o POWOLNOŚCI powstaje we współpracy ze Stowarzyszeniem Nowe Horyzonty, organizatorem festiwalu Podlasie Slow Fest, który odbędzie się w dniach 1 lipca-17 września 2017 w Supraślu.

a