Tokarczuk jak Agatha Christie

Tokarczuk jak Agatha Christie

Eliza Szybowicz

Olga Tokarczuk napisała świetny kryminał o „starej wariatce” walczącej z myśliwymi. Przy okazji rozbiła wyobrażenie o demokracji jako rynku idei, na którym wszyscy mają równe szanse

Jeszcze 2 minuty czytania

Bohaterka nowej powieści Olgi Tokarczuk, Janina Duszejko, żyje na pustkowiu. Mieszka sama w Kotlinie Kłodzkiej, w kolonii oddalonej od najbliższej wsi o kilka kilometrów. Zimą odcięty od świata i spowity mrokiem Lufcug zamieszkuje oprócz niej tylko dwóch innych samotników – stary kłusownik Wielka Stopa oraz małomówny sąsiad Matoga. 


Ta okolica to także pustynia społeczno-polityczna, odległe peryferie globalnego kapitalizmu, z nieodłączną obojętnością i alienacją. Nikt się nie zastanawia, nie angażuje, nie stowarzysza. Jedyną istniejącą wspólnotą jest zorganizowana w koło łowieckie wspólnota zabijania. Tworzą ją dobrze sytuowani mężczyźni, którzy fotografują się ze swoimi dżipami, myśliwskimi gadżetami i upolowanymi zwierzętami jak z insygniami władzy. Oni są „w prawie”, uprzywilejowani, rozważni i spokojni, otoczeni szacunkiem. Decydują, co jest ważne, a czyje zdanie się nie liczy. Cała reszta może najwyżej użyć jedynej broni słabych – wyolbrzymiającej plotki o mafijnych przekrętach.

Dopóki nie zaczynają ginąć ludzie, nie ujawnia się tu żadna władza oficjalna, nie sięga promieniowanie żadnego centrum, nie działa żadna instytucja, rzecz jasna poza Kościołem katolickim w osobie plebana z najbliższego miasteczka, który w sojuszu z myśliwymi rządzi gminą i jest szafarzem porządku symbolicznego.

Olga Tokarczuk, „Prowadź swój pług
przez kości umarłych”
. Wydawnictwo
Literackie, Kraków, 318 stron,
w księgarniach od grudnia 2009
Obserwująca to wszystko bohaterka ma gnostycką wyobraźnię, więc widzi wokół siebie przeraźliwą metafizyczną pustkę – świat po Upadku, miejsce wygnania ze Światłości, przeniknięte żywiołem smutku, będące „pełnym cierpienia więzieniem, skonstruowanym tak, że aby przeżyć, trzeba zadawać ból innym”, i widzi żywe istoty w każdej chwili zagrożone śmiercią i nicością. 
W „Prowadź swój pług przez kości umarłych” te trzy pustkowia – geograficzne, społeczno-polityczne i metafizyczne nakładają się na siebie, podobnie jak plan realistyczny i fantastyczny. Umożliwia to konstrukcja bohaterki (a zarazem narratorki). Janina Duszejko uważa, że psychika służy filtrowaniu informacji po to, by ludzie nie pojęli strasznej prawdy o świecie.

Ona sama została napisana tak, jakby nie miała psychiki – pojawia się nie wiadomo skąd, postrzega rzeczy takimi, jakimi są – emocjonalnie, ale czysto reaktywnie, bez pokrętnych motywacji wewnętrznych. Jest wyznawczynią swojej własnej religii. Nie zna kodów czytelnych dla innych, więc nie poddaje się ich otumaniającemu wpływowi – przerażające lub cudowne jest dla niej to, co, uchodząc za oczywiste, przestało być widoczne. Kieruje się miłością i współczuciem, personifikuje wszystko, łącznie z domem i samochodem, podczas gdy inni reifikują nawet żywe istoty. Zajmuje się astrologią, więc kosmos jest dla niej jednością, oplecioną siecią korespondencji. Nie wierzy jednak w astrologiczny determinizm, nie wyznaje gnostyckiej zasady nieuczestniczenia w sprawach tego świata ani nie pokłada nadziei w pośmiertnym zbawieniu przez osobowego Boga. 


Obywatelka Duszejko, która ze względu na swoje wojownicze usposobienie wolałaby mieć na imię Joanna, Emilia albo Nawoja, chce zmienić rzeczywistość, i to zaraz. Potrafi sobie wyobrazić inny świat i jest przekonana, że jest możliwy. Za jej miłością i współczuciem idzie słuszny gniew, który „zaprowadza porządek, pokazuje świat w oczywistym skrócie”. Niestety nikt nie traktuje jej poważnie, bo jest „starą wariatką” – kobietą, i to już niemłodą, do tego upominającą się o coś, czego nie uważa się za istotne – o prawo zwierząt do życia.

Złudzenia demokracji liberalnej w polskim wydaniu rozbijają się o tę postać i pękają jak bańki mydlane. Nie jest tak, że toczy się dyskusja, w której wszyscy mają równe szanse, nie wszystkie poglądy przekraczają próg akceptowalności, za którym zaczynają być słyszalne, a więc mogą zaistnieć w sferze publicznej jako światopoglądowa propozycja. Joanna Duszejko przegrywa z poglądami, które są propagowane od tak dawna, przez tak wpływowe instytucje, że stały się czymś w rodzaju kulturowego powszechnego ciążenia. Dlatego bohaterka Tokarczuk wytycza granice liberalizmu: „Trzeba mówić ludziom, co mają myśleć. Nie mam wyjścia. Inaczej zrobi to ktoś inny”.

Olga Tokarczuk, fot. Grzegorz ZygadłoBohaterka Tokarczuk  prowadzi swoją kampanię wszelkimi dostępnymi środkami prawnymi, ale nie ma ich wiele: mówi, przemawia, krzyczy, uwalnia dręczone zwierzęta, pisze petycje, szuka pomocy u policji, u straży miejskiej, w gminie, u wójta, w kuratorium. W sprawie zwierząt, w sprawie dziewczyny, której nie stać na studia, w sprawie hałaśliwych wyścigów samochodów odbywających się w lesie, w sprawie dzieci zwalnianych z lekcji na polecenie księdza. Wszędzie natyka się na mur – urzędy i służby państwowe ignorują jej pisma, traktują ją protekcjonalnie i zbywają. Jak zresztą mają jej pomóc, skoro i komendant policji, i były poseł, i najbogatszy człowiek w okolicy, i dyrektor szpitala, i ksiądz, i inni bardzo ważni mężczyźni, są myśliwymi. Kto ma jej pomóc, skoro „zbrodnia została uznana za coś normalnego, stała się czynnością codzienną. Wszyscy ją popełniają. Tak właśnie wyglądałby świat, gdyby obozy koncentracyjne stały się normą”. 


Bohaterka Tokarczuk sięga po najcięższą metaforę holokaustu zwierząt i jest niezwykle sugestywna, kiedy opisuje, jak jedna istota zjada drugą, jak w lodówce i na wystawie sklepowej leżą poćwiartowane ciała, jak w kościele ksiądz karmi kolejnym (symbolicznym) mięsem ludzi, z których każdy ma już w żołądku ciało dzisiaj zjedzonej żywej istoty, tak że komunia zmienia się w rytuał kanibali. 


Sekwencja kościelna, w której następuje kulminacja fabuły i emocji bohaterki, jest najlepszą częścią powieści. Oto otwiera się nową kaplicę, ufundowaną przez „naszych dzielnych myśliwych”. Jej patronem jest, o ironio,  św. Hubert, który został świętym, ponieważ przestał zabijać zwierzęta. Kościół jest pełen myśliwych i dzieci, które mają przedstawić jego żywot. „Zawsze kiedy się organizuje jakieś podejrzane hucpy, na samym początku wciąga się w to dzieci”. Próby do przedstawienia odbywały się w czasie lekcji. Wobec księdza wszyscy przyjmują postawę uległą. Pleban jest „sztucznym wydrążonym stworem”, kapelanem myśliwych, pyszałkiem, który nazywa miłość do zwierząt grzechem i posługuje się „dziwnym, bezosobowym księżowskim slangiem, w którym mówi się: «lękać się» zamiast «bać się», «pochylać się» zamiast «zwrócić uwagę», «ubogacić» zamiast «nauczyć się», i tak dalej”. W katolickiej nowomowie wygłasza kazanie o tym, ile dobrego myśliwi robią dla zwierząt, uwznioślając i legitymizując ich krwawy proceder. 


To sytuacja paradygmatyczna. Ktoś ufundował coś dla Kościoła, Kościół w zamian udzielił mu swego symbolicznego wsparcia, nie troszcząc się zbytnio, co wspiera. Dzięki temu władza Kościoła trwa. Cała lokalna społeczność musi być przy tym obecna, żeby wysłuchać kolejnej porcji propagandy. „Wszyscy jesteśmy kulturowymi katolikami” – tymi słowami dyrektorka szkoły dyscyplinuje oporną nauczycielkę, żeby przyszła na nabożeństwo.
 Bohaterkę Tokarczuk konformizm, hipokryzja i demoralizacja dzieci wyprowadza z równowagi. Podchodzi do ambony, żeby głośno wyrazić swój sprzeciw, parska śmiechem i traktuje księdza tak, jak na to zasługuje – jak uzurpatora, mówiąc: „Hej, ty, złaź stamtąd. No już”.

Olga Tokarczuk nie mogła znaleźć lepszych słów: hucpa, pycha, slang, demoralizacja, złaź stamtąd. I nie mogła lepiej napisać sceny, w której następuje coś, co nie zdarza się nigdy – ktoś z obecnych w kościele wstaje i zaczyna polemizować z kaznodzieją. Paradygmat się sypie. Prostota i trafność tego epizodu są urzekające.

„Prowadź swój pług przez kości umarłych” to pastisz powieści kryminalnej. Kolejno znajdowane są zwłoki najbardziej aroganckich myśliwych i dręczycieli zwierząt. Ślady wskazują na to, że dosięgła ich zemsta ofiar, przynajmniej do takiej interpretacji przekonuje nas bohaterka. Jednak to nieprawda. Nawoja Duszejko, wyczerpawszy środki legalne, przechodzi do czynów karalnych. Niszczy myśliwskie ambony, jak Don Kichot wiatraki, rzuca się na polujących mężczyzn, jednego z nich uderza, w końcu – na wpół świadomie – zaczyna mordować, uważając się za narzędzie sprawiedliwości, której nie znalazła gdzie indziej. Władają nią ciemne siły, może jakiś zwierzęcy magnetyzm, który każe jej nieść śmierć. Nawiedzają ją dziwne sny o rozgrzanych do czerwoności piecach, odwiedza zmarła matka, rzeczywistość traci ostre granice.

Dopiero pod koniec powieści orientujemy się, że bohaterka rozpacza po ukochanych sukach, które zaginęły, a o których tylko zupełnie przypadkowo dowiedziała się, że zostały zastrzelone przez myśliwych. W sprawie takiego zabójstwa nie ma szans na postępowanie karne ani cywilne, nie znajdzie też zrozumienia, publicznie okazując żałobę. Jej doświadczenie nie mieści się w kulturze, więc zostaje seryjną morderczynią. Wprowadza jeszcze więcej bezprawia w reakcji na osaczające ją bezprawie. 


Olga Tokarczuk prowadzi tę okrutną fabułę z dużą rozwagą. Swoim zwyczajem pisze ciemno-jasną baśń, tak że jednocześnie chciałoby się z niej uciec i zamieszkać w niej na zawsze. Uwydatnia też niejednoznaczności gatunku literackiego, do którego się odwołuje. Nawoja Duszejko bierze odwet, ale nie odczuwa rewanżystowskiej satysfakcji. Nie przywraca ładu. Martwe ciała myśliwych (widziane jej oczami) są przerażającymi hieroglifami śmierci, na widok których się wzdrygamy. 


Nawoja Duszejko jest bardziej etyczna niż ktokolwiek z jej sąsiadów, a zarazem w pewnym sensie immoralna. Ma kontrkulturowy punkt widzenia. Lubimy ją, mamy za pozytywnie zakręconą, nieszkodliwą hipiskę, potrafi nas rozbawić, jesteśmy całym sercem po jej stronie. A potem zaskakuje nas rozwiązanie jak z „Zabójstwa Rogera Ackroyda” Agathy Christie. A całą intrygę napędza dojmujący, nieutulony, prywatny i publiczny żal. Tak, Olga Tokarczuk wie, do czego służy powieść kryminalna.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.