Prawda i krew

12 minut czytania

/ Obyczaje

Prawda i krew

Mateusz Marczewski

Jeśli MMA opiera się na przemocowym stosunku zawodnika do zawodnika, opiera się również na przemocowym stosunku widowiska do widza. Ten, który kupuje za dwadzieścia pięć złotych bilet i wchodzi do koloseum, po przekroczeniu jego progu staje się częścią przekazu medialnego

Jeszcze 3 minuty czytania

Mieszane sztuki walki to dyscyplina traktowana przez świat klasycznego sportu z lekceważeniem. Konotacja gatunku jest negatywna – kojarzy się z przemocą, w dodatku pozbawioną reguł. Faktycznie, starcie okładających się pięściami w parterze zawodników bardziej przypomina ustawki uskuteczniane pod nocnym klubem aniżeli prawdziwe sportowe zmagania. Pomimo tego, MMA przyciąga coraz częściej mainstreamowe media, a na widowni zasiadają celebryci. Skąd to zainteresowanie? Patrząc na zawodników stających naprzeciw siebie, gotowych zadać każde cierpienie po to tylko, by wygrać, widz ma wrażenie, że patrzy na życie w czystej postaci.

I.
MMA jest pociągające, bo u jego podstaw stoi wolność. W klatce, do której wchodzą dwaj zawodnicy, zasady zredukowane są do minimum. Sędzia, który ogląda okładanie po głowie leżącego, nie interweniuje, cierpliwie wypatrując gestu poddania. Oktagon – ośmiokątna arena, na której odbywają się pojedynki – to świat bez zasad, w którym siła i serce do walki są jedynymi narzędziami, a sprawiedliwość, tak bardzo nieobecna w życiu, jedynym pewnikiem.

Wyciągnięci z męczącej rzeczywistości społecznej regulowanej nakazami i zakazami, walczący w klatce zawodnicy wydają się trwać w przestrzeni wyłączonej. Męskość odzyskuje swoją pierwotną formułę, jest brutalna, atawistyczna, nie ma klasy (wspomniane bicie leżącego, kiedy wiadomo, że leżącego się nie bije). Walka ma tylko jeden, olśniewająco prosty cel: wyeliminować przeciwnika. Klatka, będąca metaforą rejonów, w których cel uświęca środki (polityka, neoliberalna doktryna, pożądanie), paradoksalnie nie jest metaforą natury: w naturze istnieje ostatecznie symbioza; w klatce drzwi wyjściowe przyjmą tylko jednego zawodnika.

II.
Polacy kochają MMA. Na 39 gali Konfrontacji Sztuk Walki (KSW to polska organizacja promująca walki MMA), nazwanej Colosseum, na Stadionie Narodowym pojawiło się, według organizatorów, ponad pięćdziesiąt siedem tysięcy widzów. Widowisko przygotowano z rozmachem: trwało niemal pięć godzin, odbyło się jedenaście pojedynków, całość została zatopiona w feerii świateł i dudniącej muzyce. Przedsięwzięcie można uznać za sukces. Jak informują organizatorzy, warszawskie Colosseum było drugą największą galą w historii MMA na świecie (Pierwsza odbyła się piętnaście lat temu w Japonii). Transmisję śledzili ludzie z ponad osiemdziesięciu krajów. Można powiedzieć, że Polsce wyrasta nowy ambasador – medialny krwawy sport.



III.
Klatka, ustawiona na środku potężnej przestrzeni, przez cały czas jest punktem centralnym, jednak z trybun zawodnicy przypominają poruszające się punkty pozbawione tego, co najważniejsze: detalu. Gdzie im do telebimu o przekątnej piętnaście metrów zawieszonego nad klatką. To tam dzieje się spektakl – tam widać grymas bólu, krwawe zacieki i skuteczność ciosów, po których twarz na chwilę przybiera nieobecny, jakby zamyślony wyraz. Wystarcza więc chwila nieuwagi, aby poszukujący emocji wzrok przenosił się na telebim. W ostateczności walka – ta rzeczywista – jest czymś na kształt małego dodatku do przekazu wideo: małą, ginącą w przestrzeni metką uwiarygadniająca to, co dzieje się na ekranie.

Tak będzie już do końca: bohaterowie widowiska pozostaną detalem, którego obraz przekażą telebimy. Widzowie obejrzą przekaz z wydarzenia, na którym się znajdują.

 



IV.
I w żadnym wypadku nie są to zarzuty złej organizacji spektaklu. Gradacja finansowa miejsc jest jasna: kto płaci więcej, siedzi bliżej, więc ostatecznie widzi lepiej. Kilka tysięcy osób zgromadzonych na płycie stadionu widzi oczywiście lepiej. Pozostali nie narzekają. Jest tak, jakby oglądało się telewizję z wyłączonym dźwiękiem – walki bowiem nie są komentowane. O ile w przerwie między pojedynkami muzyka i ostre światła wypełniają przestrzeń koloseum, o tyle sama walka odbywa się w szumie generowanym przez blisko sześćdziesiąt tysięcy osób, w którym raz na jakiś czas słychać urywane komendy sędziego albo uderzenie ciał o podłogę.


V.
Cała para idzie więc w przekaz telewizyjny. To widzowie przed telewizorami są tymi prawdziwymi widzami. Ci, którzy wypełniają stadion, mają charakter posiłkowy względem widowiska. Bez nich nie byłoby show i etykiety jednego z największych wydarzeń w globalnym świecie MMA.

VI.
Euforia jednak wszystko wynagradza. Kiedy Marcin „Różal” Różalski – poczciwy bohater, trochę klaun o smutnych oczach, trochę straceniec z tatuażami pokrywającymi niemal całą twarz, potężnym ciosem w szesnastej sekundzie pojedynku nokautuje Rodriguesa, koloseum zrywa się do ekstatycznego ryku. To jest punkt kluczowy: nagroda za udział w spektaklu na żywo, którą każdy otrzymuje. Nie jest nią współuczestnictwo w wygranej, ale współuczestnictwo w zbiorowym aplauzie. Nie jest nią rozpierająca duma z zawodnika, bo tą ze spokojem można było pielęgnować w domu przed wspomnianym telewizorem, ale zatonięcie w zbiorowym triumfie potężnej wspólnoty. Tego telewizja nie da. Telewizja nie jest w stanie przekazać wspólnoty.



VII.
MMA nie jest jednak obszarem wspólnotowości. Trudno sobie wyobrazić, żeby po podwarszawskim lesie, w ramach ustawki gonili się półnadzy chłopcy z tasakami, z imieniem Pudziana na ustach. W obrębie MMA nie ma o co walczyć. Można kłócić się o wynik ferowany przez sędziego, ale raczej na noże o takie rzeczy się nie idzie. Jeśli jakaś wspólnota istnieje, to jest to wspólnota ludzi pragnących realnego: naocznego zwycięstwa, porażki i krwi na wyciągnięcie ręki. Paradoksalnie: tego właśnie w widzowie Colosseum nie otrzymują. Może jedynie pierwsze, elitarne rzędy. Być może widzowie przystając na zasady rządzące tym widowiskiem (architektura obiektu, imponujący rozmach przedsięwzięcia) godzą się, że to, co najbardziej pożądane, nie zostanie spełnione.

VIII.
Emocje jednak były. W pierwszej walce wieczoru Belbita, nazwana „księżniczką z Transylwanii”, przegrywa z pochodzącą z Brazylii Ariane Lipski. Pokonana Belbita płacze, szlocha nawet wtedy, kiedy sędzia unosi jej przeciwniczce rękę, wskazując na zwycięzcę. Do końca wieczoru nie będzie bardziej realnego momentu. Wiadomo, o co chodzi: miesiące treningów i wyrzeczeń, marzeń. Wszystko jak krew w piach. W tej pierwszej walce, w rozpaczliwym płaczu kobiety, która przegrała, jeden jedyny raz widać prawdziwe życie.

IX.
MMA jest medialne, bo opiera się na różnicy języków. W klasycznym boksie naprzeciw siebie stają postacie, których atutem jest doskonała znajomość tego samego języka (techniki pięściarstwa). W boksie wygrywa ten, który zasady dyscypliny opanuje do perfekcji, adaptując je niemal organicznie do swoich warunków ciała. W MMA jest inaczej – tu naprzeciw siebie stają postacie z różnych bajek. Zapaśnicy, bokserzy, kulturyści czy nawet strongmani wchodzą do klatki zmierzyć się z przeciwnikiem wykorzystując swoje własne instrumentarium. MMA przypomina grę Mortal Kombat, w której gracz może wcielić się w jedną z postaci: Raidena ciskającego piorunami, Scorpiona albo Sonyę – kobietę w stroju do aerobiku potrafiącą spalić przeciwnika małą kulką ognia.


X.
Bohaterowie MMA nie są elitarni w taki sposób, w jaki elitarni są bohaterowie tenisa czy golfa. Są wyraźnie wyrysowanymi postaciami, z własną przeszłością, kolekcją tatuaży i planem na dalsze życie. Tutaj MMA niebezpiecznie zbliża się do amerykańskich zapasów – wrestlingu. Ale Wrestling, przez to, że reżyserowany, a więc teatralny od początku do końca, jest jedynie pojedynkiem charakterów.



Odmienność zawodników jest ceniona. Walka w klatce to tylko część show, reszta to wyrazistość postaci. Wspomniany Różal jest lubiany, bo wydaje się poczciwym chłopem. Kocha zwierzęta, wspiera podmioty działające na ich rzecz. Obok niego jest Popek Monster – freak o wytatuowanych gałkach ocznych, raper, którego hity trafiają w gusta gimbazy. Popek jako skrajnie przerysowany badboy jest najbardziej żywym i prawdziwym bohaterem konstelacji zawodników. Na ich tle Mariusz Pudzianowski jest uosobieniem elementarnej męskości, która przejawia się zarówno w stylu walki – duża siła i agresja pozbawiona finezji – jak i zasadniczych poglądach. To on spośród wszystkich bohaterów jest najbardziej polski; jest w nim tradycyjna, chłopska zasadniczość: „wiem, jak jest i mówię to otwarcie, a swojego zdania będę bronić do końca”. O wiele większy dystans do siebie ma Borys Mańkowski – niepozorny i niezwykle sprawny w klatce, z uśmieszkiem błąkającym się na ustach, obnoszący się ze swoim idolem z kreskówki „Dragon Ball” – Son Goku. Z tych najbardziej rozpoznawalnych jest jeszcze dobrotliwy kulturysta o monstrualnych rozmiarach – Litwin Robert Bruneika, nazywany Hardkorowym Koksem. Nabity mięśniami, jak portfel faceta z Wall Street kasą, Bruneika w konfrontacji z Popkiem pada dość szybko. Ta walka była jedynym momentem, kiedy widownia szczerze śmiała się, najpierw z nieporadnego biegu ociężałego kulturysty, potem z jego zasłużonej przegranej.

XI.
I nie poszło o to, że jest Litwinem. Jako formuła spoza formuł, a raczej przestrzeń prawdziwa, klatka nie osądza i nie nadaje etykiet. Dowodem tego jest Mamed Khalidov, najbardziej charyzmatyczna postać polskiego MMA. Khalidov to legenda. W Polsce – kraju, w którym problem uchodźców niemal nie istnieje, a nastroje antymuzułmańskie i antyimigranckie graniczą z histerią, twarzą polskiego MMA jest praktykujący Muzułmanin, w dodatku Czeczen. Khalidov ma w sobie to, co respektują widzowie: spokój i opanowanie, życzliwość i szacunek do drugiego człowieka, a jednocześnie umiejętność finezyjnej walki. Kiedy wchodzi do klatki, zwykle nie tyle walczy, co wykonuje na przeciwniku egzekucję. Wiosną 2016 roku popełnił jednak błąd, który wprowadził do dotąd pozapolitycznej dyscypliny, politykę. Wraz ze swoim kuzynem Asłanbiekiem Saidowem, również zawodnikiem MMA, zapozowali do zdjęcia z kałasznikowami. Zdjęcie – najprawdopodobniej żart – wykonane kilka miesięcy wcześniej, po zamachach w Brukseli i Paryżu rozpaliło internautów. Dwa miesiące później wytknięto mu film, na którym król polskiego MMA szykując się do walki rzekomo śpiewa słowa pieśni ISIS (utwór, co ciekawe, towarzyszył wejściu do klatki jego przeciwnika). To raczej pomówienie, ale kiedy w głównej walce wieczoru Colosseum Khalidow pokonuje Mańkowskiego, z trybun rozlegają się gwizdy. Na telebimie widać jego zaskoczenie. Zdania na temat walki i Khalidova są podzielone, ale większość jednak, w komentarzach pod filmami ze skrótami z jego walki, nadal stoi po stronie Czeczena.



XII.
MMA, tak jak zawodowy boks i wszelkiego rodzaju masowe widowiska, jest biznesem, który w ostateczności sprowadza się do mechanizmu: atrakcyjne show – przekaz dostępny w systemie pay-per-view – zysk. Nic w tym dziwnego; biznes jest biznes; jak chwalą się organizatorzy Colosseum, wartość medialna marki KSW szacowana jest na blisko pięćdziesiąt milionów złotych.



Elementarna zasada MMA – do klatki wchodzi dwóch zawodników, a wychodzi lepszy (silniejszy, szybszy, mądrzejszy), rozprzestrzenia się poza granice klatki. Jeśli MMA opiera się na przemocowym stosunku zawodnika do zawodnika, opiera się również na przemocowym stosunku widowiska do widza, który zostaje przez nie zawłaszczony. Ten, który kupuje za dwadzieścia pięć złotych bilet i wchodzi do koloseum, po przekroczeniu jego progu staje się częścią przekazu medialnego.  Współtworzy potęgę widowiska, a więc i klasę marki.

Tak jak wszystkie wielkie fantazje, włączając w to religię, widowisko wciąga w siebie swoich wyznawców, żywiąc się ich energią. Wojownik, jego język i biogram, jest tylko elementem posiłkowym dla spektaklu. Równolegle, biorący w nim udział widzowie mimowolnie przechodzą z pozycji tego, który otrzymuje, na pozycję tego, który daje. Ludzkie bateryjki wytwarzają wartość, która zamieniona na sygnał cyfrowy przesyłana jest gdzieś dalej.

Ale tak było zawsze. Bohaterowie służą widowisku, a nie widowisko bohaterom.