Dwa żale
tom-b CC BY-NC-SA 2.0

17 minut czytania

/ Obyczaje

Dwa żale

Rozmowa z Jackiem Koniecznym

Do XIX wieku były cztery „humory” – krew, żółć, czarna żółć i flegma. Wraz z postępem medycyny i psychologii okazało się, że potrzebny jest nowy język do mówienia o tych stanach – rozmowa z tłumaczem „Księgi ludzkich uczuć”

Jeszcze 4 minuty czytania

ZOFIA ZALESKA: Przed przeczytaniem „Księgi ludzkich uczuć” Tiffany Watt Smith w pana przekładzie nie wiedziałam, że ostatnio bardzo często czuję się „umpty”.
JACEK KONIECZNY: Dziś to zapewne dość powszechne uczucie. Oznacza, że wszystkiego jest „za dużo” i nic nie idzie tak jak należy. W książce Watt Smith natkniemy się na mnóstwo nietypowych emocji, z którymi możemy się mimo wszystko utożsamić. 

Która jest panu najbliższa?
Lekturze „Księgi ludzkich uczuć” towarzyszą podobne odczucia co wizycie na którymś z popularnych portali medycznych z opisami najróżniejszych chorób. Człowiek co chwilę mówi sobie: „O, ja też to mam!”. Szczególnie utkwiło mi w pamięci „oszustem czuć się”. W zawodzie tłumacza brak jednoznacznych kryteriów dobrze wykonanej pracy. Chodzi o poczucie, że wszystkich nabrałeś, że ludzie mają cię za bardziej utalentowanego, niż jesteś w rzeczywistości i że prawda o tobie zaraz wyjdzie na jaw. Ale aż tak źle nie jest, sypiam spokojnie po nocach.

W „Księdze ludzkich uczuć” jest opisanych ponad 150 emocji pochodzących z najróżniejszych kultur i języków. Znalazło się tu swojskie użalanie nad sobą, nuda, radość, ale też obco brzmiące emocje, takie jak: hinduskie „man” – najgłębszy rodzaj pragnienia, czy „liget” – określenie na pełną gniewu energię używane na Filipinach. A współczesna, związana z naszym kręgiem kulturowym emocjonalność ukształtowała się w XIX wieku, w epoce wiktoriańskiej, to wtedy emocje nazwano emocjami.
Autorka zastanawia się, czym właściwie są uczucia, jak opisać to nasze życie wewnętrzne, jak w ciągu wieków zmieniało się podejście do emocji, a także definiowanie i rozumienie samego tego terminu. Dla tej historii rzeczywiście niezwykle ważny jest wiek XIX. Do tego czasu ludzie mówili o czterech „humorach” – krwi, żółci, czarnej żółci i flegmie, które kształtują osobowość i samopoczucie danej osoby, doświadczali „namiętności” czy „przypadków duszy”, wierzyli, że namiętnościom mogą podlegać również rośliny i zwierzęta. Wraz z postępem medycyny i psychologii okazało się, że potrzebny jest nowy język do mówienia o stanach, których ludzkość doświadcza od początku istnienia. Mnie szczególnie zaciekawiło, jak spojrzenie na konkretne emocje się zmieniało, jak różnie myślano o uczuciach.

 Tiffany Watt-Smith Księga ludzkich uczuć Tiffany Watt-Smith, „Księga ludzkich uczuć”. Przeł. Jacek Konieczny, W.A.B., 384 strony, w księgarniach od lutego 2017  Na przykład o jakich?
Na przykład o lęku. Za zaburzenie psychiczne i dolegliwość, której należy za wszelką cenę unikać został on uznany dopiero sto lat temu. W XIX wieku Kierkegaard pisał o angest – złym samopoczuciu z powodu tego, co dzieje się w teraźniejszości, połączonym z lękiem przed przyszłością. Ten uciążliwy stan umysłu uznawał za naturalną ludzką emocję. Pisał, że lęk wytrąca nas z równowagi, ale jest też nieodłączny od życia przeżywanego w sposób pełny i świadomy, dlatego nie należy przed nim uciekać. Przerażenie jest naturalną reakcją, gdy uświadomimy sobie swoje miejsce we wszechświecie. Dziś tego nie doceniamy, najmniejszy dyskomfort natychmiast zagłuszamy pigułkami. Świadomość, że emocjonalność zmieniała się w ciągu wieków jest też cenna, bo podważa nasze współczesne samozadowolenie z siebie i z własnej epoki, niweczy przekonanie, że dzisiejsze podejście do emocji jest czymś odwiecznym i naturalnym.

Jedne emocje znikają, inne się pojawiają. Dziś na przykład, wobec ogromnej ilości bodźców i możliwości, wiele osób doświadcza FOMO – fear of missing out, lęku, że omija ich coś ważnego.
Zniknęła też acedia – połączenie apatii i drażliwości, ale pojawiła się cyberchondria – strach, że zaobserwowaliśmy u siebie oznaki jakiejś choroby, o której wcześniej przeczytaliśmy w internecie.

Autorka opisuje uczucia, które w angielszczyźnie nie mają specjalnych nazw, na przykład japońskie „amae” – pragnienie utonięcia w ramionach ukochanej osoby w poszukiwaniu utulenia i pocieszenia, czy przeżywane przez Inuitów „iktsuarpok” – nerwowe oczekiwanie na jakieś wydarzenie.
Wynikła z tego zabawna sytuacja – jak pani na pewno zauważyła, mamy w polskim przekładzie dwa „żale”. Jeden to tłumaczenie angielskiego regret, czyli zwykły żal związany z niepowetowaną stratą, a drugi to specyficznie polski „żal”, czyli z perspektywy autorki jedna z takich emocji z „obcej” kultury. Poświęcona polskiemu żalowi notka krąży wokół muzyki Chopina, a wyjątkowość tej emocji polega na kapryśności przeplatającej chwile rezygnacji i buntu. Konsultowałem to z paroma osobami i niektóre z nich potwierdziły, że kojarzą to szczególne uczucie. Chopinowski żal musiał pozostać żalem, a na angielskie regret też nie ma lepszego słowa. Stąd dwa hasła o tym samym tytule.

Ten przykład wskazuje na trudność, jaką sprawiało mi niekiedy tłumaczenie tej książki. W powieści stosunkowo łatwo możemy ukryć wszystkie translatorskie szwy: zmienione dowcipy, odniesienia, porównania, miary, wagi itd. Pewne rzeczy trzeba w przekładzie oddać nieco inaczej, aby tekst dobrze, naturalnie brzmiał po polsku, a większość czytelników tych zmian nie dostrzega. I dobrze, bo praca tłumacza ma być niewidoczna. W „Księdze...” autorka przedstawia emocje, między którymi granice są niezwykle płynne i często subiektywne. Sama bardzo skrupulatnie i świadomie dobiera więc słowa do ich opisu, problem w tym, że w języku polskim te odcienie mogą układać się nieco inaczej i nagle się okazuje, że przetłumaczona nazwa emocji niespecjalnie pasuje do poświęconego jej eseiku. W tych notkach autorka często odtwarza pochodzenie angielskich nazw i bywa, że cały wywód opiera właśnie na etymologii jakiegoś konkretnego słowa. Trzeba się było czasami nieźle nagimnastykować. 

Jacek Konieczny

Urodził się w 1979 roku, tłumacz z języka angielskiego. Przełożył m.in. książki socjologiczno-filozoficzne Zygmunta Baumana, Piotra Sztompki, Arlie Russell Hochschild, Evy Illouz, powieści Ricka Riordana (cykl Tres Navarre), Matthew Quicka, Hugh Lauriego, Steve’a Martina, literaturę faktu Bena Mezricha, Anthony’ego Bourdaina, Guy Lawsona, Billa Gifforda, humorystyczną George’a Carlina, młodzieżową Susan Ee (cykl Angelfall), książki kulinarne Marleny de Blasi oraz Anne Applebaum i Danielle Crittenden.

Czasem polszczyzna wychodziła jednak panu naprzeciw. Na przykład w haśle „Serdecznie dość, mieć czegoś”, w którym, tak jak w oryginale, znalazł się „ser”.
Tak, po angielsku ten zwrot brzmi: to get cheesed off – spopularyzowali go podobno piloci RAF-u, którzy powiązali nudę z serem – a dokładnie z tostami z serem, którymi zajadali się podczas bezczynnego oczekiwania na misję. Podobnie było z going postal, określeniem na atak szału w miejscu pracy, pierwotnie w urzędzie pocztowym. Na szczęście po polsku mamy odpowiednik związany z innym zawodem: szewską pasję. Większy problem pojawił się przy haśle broodiness, słowie związanym z „gniazdowaniem”, ale w języku angielskim oznaczającym również niezaspokojony instynkt macierzyński. Tu z pomocą przyszła redaktorka, Joanna Popiołek, która wymyśliła znakomite „kwoczenie”. To strzał w dziesiątkę, bo formalnie to polskie słowo wiąże się z wysiadywaniem jaj, ale zawiera również skojarzenie z określeniem kobiety.

Co jeszcze sprawiało problemy?
W książce znajdują się liczne cytaty ze światowej literatury. Autorka przywołuje fragmenty utworów, w których pojawia się nazwa opisywanej przez nią emocji. Jeżeli cytowany tekst był tłumaczony na polski, to sięgałem oczywiście do przekładu. Mgło się okazać, że tłumacz poszedł nieco inną drogą, która nie pasuje do misternej układanki językowej. Czasem trzeba było zatem podprowadzić taki cytat za pomocą wyrazów bliskoznacznych z nadzieją, że zabrzmi to naturalnie i czytelnik nie zauważy szwu.

Czasem tłumacz tych cytowanych tekstów przychodził panu z pomocą, jak na przykład Stanisław Barańczak w haśle zatytułowanym „Rutyna cierpienia”.
Tak, całe hasło opiera się na wierszu Emily Dickinson, więc polskie tłumaczenie tego utworu decyduje o tym, jaka będzie nazwa tej konkretnej emocji. W przekładzie Barańczaka pojawia się właśnie „rutyna cierpienia” i jest to tak piękne i pasujące do intencji Tiffany Watt Smith określenie, że bez wahania i z pełnym przekonaniem się nim posłużyłem. Kłopot z licznymi cytatami polegał również na tym, że w tradycji anglosaskiej mniejszą wagę przywiązuje się do ich dokładnego opisywania. Informacje o pochodzeniu cytatów są często niekompletne, a strony pomylone. Dla tłumacza oznacza to polowanie na słowa i długie godziny w bibliotece. W czasie takich śledztw odkrywa się zresztą ciekawe rzeczy. Kiedyś tłumaczyłem książkę, w której pojawiał się cytat z opowiadania Conan-Doyle’a o Sherlocku Holmesie. Znalazłem odpowiedni tekst w polskim przekładzie i ze zdziwieniem zobaczyłem, że nie ma w nim tego fragmentu. Opowiadanie zaczynało się od tego, że Holmes siedzi w fotelu i przez dwie strony rozmyśla nad życiem i światem, a z zamyślenia wyrywają go kroki na schodach. Polskie tłumaczenie zaczyna się w momencie, w którym Holmes słyszy kroki, nie ma w nim wcześniejszych rozmyślań. Pewnie wyrzucono ten fragment, bo książka była przygotowywana z myślą o młodszych czytelnikach i uznano, że rozważania detektywa ich znudzą.

Wspominał pan, że współpraca z redaktorką była owocna. Zawsze tak dobrze się układa?
Nie miałem dotąd wielu powodów do sporów. Miałam szczęście pracować z bardzo dobrymi fachowcami, o prawdziwym szóstym zmyśle. Każdy z nas ma jakieś nawyki językowe, więc jeżeli chce się skorzystać z takich uwag, to można się wiele nauczyć. Redakcja tekstu to zresztą najczęściej jedyna informacja zwrotna na temat przekładu, która do tłumacza dociera, bo w naszej branży ludzie raczej nie zdradzają, co myślą o pracy koleżanek czy kolegów.

Dlaczego?
Nie wiem, ale ta niechęć do wyrażania bezpośrednich opinii cechuje zarówno tłumaczy, jak i redaktorów. Czasem chciałbym usłyszeć od redaktora prowadzącego, czy przekład mu się podoba, czy nie. Oczywiście mogę wnioskować na ten temat z kolejnych zamówień, jakie od niego dostaję, ale to nie do końca to samo. Ostatnio zagadnąłem redaktora z jednego z dużych wydawnictw, skąd się bierze ten brak uwag do przekładu. Dowiedziałem się, że wiele osób obraża się na krytykę. W innych zawodach komunikacja ma kluczowe znaczenie dla rozwoju – recenzowanie cudzej pracy, wymienianie się opiniami, konstruktywna krytyka to podstawa. Tłumacz jest samotnikiem i czasem odnosi wrażenie, że jego praca wpada w próżnię. Bardzo miło jest oczywiście usłyszeć, że przekład się podoba, czasem wyłuskam takie zdanie w jakiejś recenzji, ale tak naprawdę wolałbym usłyszeć życzliwą, konstruktywną krytykę swojej pracy.

Jak pan radzi sobie z wątpliwościami, które rodzą się w czasie tłumaczenia?
Przy każdej książce tworzę zwykle listę problematycznych sformułowań, którą konsultuję potem ze znajomymi i rodziną. Czasem chodzi o jakąś głupotę: na przykład kobieta pije drinka i wykonuje dłonią ruch, który sprawia, że płyn miesza się, wiruje w szklance. Jak to najkrócej opisać? Zrobiłem kwerendę i stanęło na prostym: „zakręciła szklanką”. Czasem przy pracy sam inscenizuję sobie różne scenki, w których uczestniczą bohaterowie. Gdy tłumaczyłem opis bójki, zdarzyło mi się kłaść na podłodze w pokoju, aby lepiej wyobrazić sobie jej przebieg. Takie opisy bywają skomplikowane, trzeba wiedzieć jak reaguje ciało, jak się wyprowadza cios i jak się od ciosu uchyla. Odgrywam więc czasem taką małą pantomimę przed samym sobą, aby lepiej wyobrazić sobie tłumaczoną sytuację.

Każda kolejna książka wymaga ode mnie uruchomienia nieco innych umiejętności, odczuwam to za każdym razem, gdy wydawca zwraca się do mnie z prośbą o zrobienie próbki przekładu. Jestem wtedy zazwyczaj w trakcie pracy nad jakimś tekstem i muszę się od niego oderwać. To absolutna mordęga – siedzę w głowie konkretnego autora, zanurzony w jego stylu, a tu nagle muszę złożyć dobre zdanie w kompletnie nowym tekście. I nie zawsze mi to wychodzi, tak jakbym chciał. Tłumaczenie przypomina wchodzenie w rolę – trudno zagrać dwie na raz równie przekonująco.

Z wykształcenia jest pan socjologiem, brak studiów filologicznych nie był nigdy dla pana problemem?
Nie, bo znajomość języka obcego nie jest najważniejsza. Istotniejsza jest umiejętność pisania we własnym języku, więc znacznie więcej zawdzięczam mojej polonistce ze szkoły podstawowej, pani Ewie Walczyk, u której pisaliśmy wypracowanie za wypracowaniem, niż hipotetycznej anglistyce. A dzięki socjologii dostałem pierwszą książkę, bo atutem było to, że dobrze rozumiem temat. Uczęszczałem też na podyplomowe studia dla tłumaczy tekstów specjalistycznych w katedrze UNESCO na Uniwersytecie Jagiellońskim, założonej przez Elżbietę Tabakowską. Przerwałem je pod sam koniec, bo dostałem propozycję książki do tłumaczenia i miałem do wyboru, albo tłumaczyć, albo przygotować się do egzaminów.

fot. Piotr Kuc-Dzierżawskifot. Piotr Kuc-DzierżawskiPoza kwestiami językowymi niezwykle istotna jest znajomość kultury, z której pochodzi książka. Słowo czy frazę można zawsze sprawdzić, dobrych słowników jest dziś bez liku, do wszystkiego można się dokopać. Natomiast niezrozumienie kontekstu potrafi rozłożyć przekład na łopatki. Wirtualnie często siedzę w Stanach czy w Anglii, słucham radia, oglądam telewizję, przechadzam się po odległych zakątkach świata za pomocą internetu. Może to tylko namiastka, ale potrzebna. Nie wiem, jak dawniej tłumacze sobie radzili. Musieli chyba po prostu dużo więcej od nas wiedzieć. Na zajęciach z przekładu usłyszałem kiedyś, że podstawowym narzędziem pracy tłumacza jest notes z telefonami do specjalistów z różnych dziedzin. Dzisiaj taka baza kontaktów ma już mniejsze znaczenie, zastąpił ją internet.

Tłumaczy pan powieści dla dorosłych i dla młodzieżowy, książki naukowe, socjologiczne, poradniki. Lubi pan tę różnorodność?
Cieszę się, że mogę przekładać książki z różnych dziedzin, lubię ten płodozmian. Teraz na przykład pracuję nad bardzo ciekawą książką o wodzie. To coś dla osób, które lubią obcować z przyrodą, autor zachęca, aby obserwować kałuże, fale morskie, jeziora, rzeczki, strumienie.

Wracając do „Księgi ludzkich uczuć” – autorka pokazuje, że  odmiennie nazywamy emocje i zastanawia się, czy to oznacza, że również odmiennie je przeżywamy. Co pan o tym myśli po przełożeniu tej książki?
Język w ogromnej mierze określa nasze życie wewnętrzne, odzwierciedla potrzeby i uczucia. W polszczyźnie nie powstały oddzielne słowa i nazwy na niektóre z emocji opisane przez Watt-Smith. Choć je doskonale rozumiemy, najwyraźniej nie były dla nas aż tak istotne. Japończycy mają specjalne określenie na skrępowanie z powodu bycia czyimś dłużnikiem. Rozumiemy tę emocję, ale nie jest ona w naszej kulturze na tyle ważna, aby powstało osobne słowo. To działa w drugą stronę – jeśli jakaś emocja zostanie nazwana, to zaczynamy ją przeżywać, czujemy, że powinniśmy jej w jakichś konkretnych sytuacjach doświadczać. Nazwana emocja staje się artefaktem kulturowym, który się usamodzielnia i zaczyna nas zwrotnie kształtować. La Rochefoucauld żartował, że: „Są ludzie, którzy nigdy by nie byli zakochani, gdyby nie słyszeli o miłości”. To prowadzi do pytania, czy emocje, które przeżywamy, naprawdę są nasze. Na ile są zależne od języka i kultury, w których funkcjonujemy?

Obserwuję ostatnio, w jaki sposób mój niespełna dwuipółletni synek poznaje rzeczywistość i widzę, jak jego doświadczanie świata wiąże się z językiem. Gdy nauczy się jakiegoś słowa, natychmiast rozpoznaje dokoła siebie przedmioty nim określane. Gdy poznał słowo koparka, zaczął zauważać koparki na ulicy, ukryte za drzewami, wystające gdzieś zza budynku. Kiedy nauczył się słowa tramwaj, wszędzie widział tylko tramwaje (albo po poznańsku – bimby). Autobusów nie dostrzegał, choć przejeżdżały mu tuż przed nosem. W jego świecie zaistniały dopiero wraz ze słowem „bus”.

Może w takim razie nie warto uczyć go niektórych słów?
T
o kuszące, ale krótkowzroczne. Zgadzam się z przesłaniem książki, że warto rozpoznawać stany emocjonalne, których doświadczamy, bo ta wiedza – a wiąże się ona właśnie z mówieniem i nazywaniem – czyni nas w pełni ludźmi. Autorka pisze, że do mówienia o emocjach nie trzeba mniejszej ilości słów, ale wręcz odwrotnie – większej. To prawda i to jest wspaniałe.

Cykl tekstów wokół tłumaczeń i tłumaczy publikowany jest we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku – organizatorem Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” oraz festiwalu Europejski Poeta Wolności.