Królowa śniegu

Paweł Kozioł

„Zimną książkę” Marty Podgórnik łatwiej zwizualizować sobie jako ciąg filmowych, czarno-białych ujęć, niż jako zestaw wierszy afiliowanych przy tej czy innej tradycji literackiej. Jednak pojawiają się tu liczne dowody nadświadomości warsztatowej

Królowa śniegu

Jeszcze 2 minuty czytania

Królowa śniegu

1. 

Ta książka ma okładkę, która usiłuje pomylić twarz z zimowym krajobrazem: kobiece brwi, rzęsy i włosy przyjmują na niej kształty bezlistnej i przykrytej śniegiem roślinności. Najprościej byłoby powiedzieć, że ta estetyka doskonale współgra z pojawiającą się już w drugim wierszu deklaracją:

A jeśli Cię pokocham, to nie będzie dobre,
będzie zimne jak wszystko, czegokolwiek dotknę.

Marta Podgórnik, „Zimna książka”. Biuro Literackie, 48 stron, w księgarniach od czerwca 2017

Proste odczytania nie są tu jednak na miejscu – bo po co komu chłód, który nie byłby dostatecznie wyrafinowany? Okładkowy obraz komplikują więc wzmianki o poruszaniu się przez niegościnne krajobrazy: „Nie było za łatwo. Jakby się zgubić w tajdze / albo tundrze / I czołgać się po światło”. Albo te z wiersza „Reszty nie trzeba”. Albo ten obraz, nieco inaczej tłumaczący biel: „Zgubiłam się w tej mlecznej mgle, były jakieś drzewa, może krzewy, / które zaznaczałam skrawkami sukni”. Albo plany wyjazdu na narty z utworu „Seks z eks”, albo gdzie indziej pojawiająca się sanna, zaginiony Mikołaj i pogubione renifery, „w puszystym śniegu z gracją // wywinięty orzeł”. Podobnych sygnałów wystarczy, i to z nadmiarem, do interpretowania okładki w taki sposób, by „Zimna książka” zaczęła się jawić jako zapis podróży przez własną twarz, konstruowaną w dodatku jako oblicze Królowej Śniegu: 

Drobinki szkła tkwią mi w rozjaśnionych włosach i w ustach
(diademik i protezki, wybite perełki, przedziurawione uszka).

2.

Tomiku, podobnie jak zupy na gwoździu, nie ugotuje się na jednym składniku. Dlatego pojawia się drugi, konkurencyjny wątek, złożony z motywów katastroficzno-szpitalnych (do których, po chwili wahania, dodałbym jeszcze wzmianki o ciąży). Niektóre wiersze dość ogólnie nazywają odczucie obrzydzenia źle funkcjonującą fizjologią, część z nich natomiast zupełnie wyraźnie opowiada o wypadku samochodowym: 

Sześćdziesiąt siedem godzin, tyle leżałam pokornie
W farmakologicznej śpiączce, dla własnego dobra,
Ale dobra nie było, było tylko cicho, bo cicho znaczy dobrze.

Dwanaście sekund hamował ten pojazd.

W przyjętej przez „Zimną książkę” konwencji wypadek można czytać jako kolejny sposób pseudonimowania katastrofy z gatunku osobistych. Ważne jest natomiast co innego. Otóż obydwa wątki, zmrożonej twarzy i samochodu, zbiegają się w puencie ostatniego wiersza:

Don’t need a mirror, honey; mam lusterko wsteczne.

Ta kompozycyjna ścisłość już nie tylko na poziomie wiersza, lecz kompozycji całego tomu, stanowi w twórczości Marty Podgórnik nowe zjawisko. Dotychczas widziałem ją głównie jako mistrzynię emocjonalnego chaosu, do którego doskonale pasowało unikatowe rozwiązanie wersyfikacyjne, powtarzane także w „Zimnej książce”: wiersze zasadniczo rytmiczne, a nawet rymowane, zapisywane jednakże w sposób z tym rymem i rytmem niezgodny.

3.

Możliwe, że była to kwestia, którą przemyślałem zbyt pobieżnie. Równanie, które dałoby się zapisać jako: zachwianie wersyfikacji to emocje, przeważnie się sprawdza, ale zaraz, gdzie ja kiedyś to konkretne rozwiązanie wersyfikacyjne widziałem? U kogo rozpoznawalny rytm i rym sprzeciwiał się sposobowi zapisu? Ni mniej ni więcej, tylko u Zbigniewa Herberta:

cóż nam? Na wietrze drżeć
i znów w popioły chuchać mącić eter
gryźć palce szukać próżnych słów
i wlec za sobą cień poległych

(Zbigniew Herbert, „Do Marka Aurelego”)

Jeśli ten trop jest właściwy, to niesłusznie dziwiły mnie inne wiersze. Te, w których zwyczajowy ton Marty Podgórnik – smutek, glamour, kontrolowany kicz i zadziorność – niespodziewanie przełamywany był przez stylistykę, którą tu, przepraszając i krygując się, najchętniej nazwałbym neoklasyczną:

niejedną straż się pełniło przy grobli
by doprowadzić do upadku Troi

dziś nie smakuje dwuwers z Horacego
jeśli się było przez noc przyjaciółmi

(Marta Podgórnik, „Miss Mahagonny”, z tomu „Dwa do jeden”)

Pozornie nie ma to nic wspólnego z „Zimną książką”, którą daleko łatwiej zwizualizować sobie jako ciąg filmowych, koniecznie czarno-białych ujęć, niż jako zestaw wierszy afiliowanych przy tej czy innej tradycji literackiej. Jednakże pojawiają się w tej książce rozliczne dowody nadświadomości warsztatowej. Po pierwsze – ćwiczenia w zapomnianej sztuce metonimii (na przykład gdy zamiast o byłych mówi się o „martwych”, i gdy potem informacja o rozstaniu przekazywana jest słowami „Każdy w końcu umrze. /  Widziałam kilka śmierci”) Po drugie – opisane wcześniej gry z rytmem. Po trzecie – żartobliwe spiętrzenie metafor dopełniaczowych: „w brytfannie przeczuć utknął mój / blady pieniążek”. Po czwarte – długi, napisany trzynastozgłoskowcem i bliźniaczo podobnym jedenastozgłoskowcem tytuł zawierający archaiczny przymiotnik: „Gdy mijam Twoje miasto, i pociąg nieprędki zwalnia troszeczkę, bym mogła popatrzeć”.

4.

Poza tym omawiany tomik cechuje dystans, branie spraw na zimno, zamienianie ich w pretekst do wymieniania rekwizytów (na przykład: krwawe róże i brandy). Wiersz, w którym się pojawiają, wspominający o istnieniu tej trzeciej, dumnie nosi tytuł „Mały chłopiec się skaleczył pinezką w przedszkolu i robi raban na cały powiat”.

Jest on również dobrym przykładem na to, że zdystansowana, czarno-biała elegancja „Zimnej książki” pojawia się kosztem pewnych literackich koncesji. Pierwsze, co zostaje poświęcone, to wrzask. Kiedy na jednej stronie pojawiają się „raban” i „krwawe róże”, kiedy jedna fraza unieważnia nastrój drugiej, wówczas jasnym się staje, że Marta Podgórnik nie będzie tym razem pisać z dawniejszą, debiutancką gwałtownością:

to jest poezja seryjna. a to obosieczna. zżółkły wrzód
rozkrawam tym nożem trzymając za ostrze. w obie
strony bryzga, jak z chuja?
tym tam to nie przeszkadza. oni już tylko sobie
sami.

(Marta Podgórnik, „literacki”, z tomu „Próby negocjacji”)

Mniej jasne jest, dlaczego poetka obywa się tym razem bez elementów zabawowych, takich jak pastiszowanie piosenek, za sprawą którego śpiewane przez Leonarda Cohena „I’m guided by the birthmark on my skin” zmieniało się w inne znaczeniowo, lecz identyczne rytmicznie „prowadzi mnie mozaika ciętych żył”. Czyżby takie sztuczki jawiły się jej jako za mało zimne?

Oczywiście, teraźniejszy, zimny styl też jest już wypraktykowany – nowość stanowi wspomniane już rozciągnięcie go na całą książkę w taki sposób, by dyktował także jej kompozycję. I nie wiem w tej chwili, czy spójność i kompozycyjne zamknięcie „Zimnej książki” uznać za osiągnięcie, czy za ograniczenie. Wiem za to, że autorka sprawnie porusza się w obrębie tancbudy, którą na potrzeby tego tomiku sobie zdefiniowała. Widzę także, iż nie jest to taniec ekstatyczny, lecz jego wersja świadoma spojrzenia widza. Wiem też, że tomik kończy się jeszcze innym, pożegnalnym spojrzeniem:

Patrzę przez zgruchotany kalejdoskop
Na nasz lunapark wspomnień, w połowie chybionych.

I zbieram teraz różne słowa z tych wierszy, przymierzam je do autorskiej strategii: tancbuda, kalejdoskop, lunapark. Sprawdzam, które z nich trafi najlepiej. Zastanawiam się, co zmienia umieszczenie tych obiektów i lokacji w zimowym krajobrazie. I nie wiem. Tomik ma gładką, lodową powierzchnię, interpretacja odbija się od niej bezsilnie.