POWOLNOŚĆ: Kropki na łyżeczce

13 minut czytania

/ Obyczaje

POWOLNOŚĆ: Kropki na łyżeczce

Jakub Socha

Mówi się, że zielone wełniane sukno, którym zazwyczaj pokryty jest stół snookerowy, przyciąga i hipnotyzuje. Siedzisz i przez wiele godzin patrzysz na dwóch facetów ubranych w spodnie od garnituru, kamizelkę, koszulę i muchę. Wszystko zwalnia, jest spokojnie

Jeszcze 3 minuty czytania

Spodobał mi się ostatnio pewien patent zastosowany w skrótach meczów tenisowych – w tych skrótach jest cały mecz, każda wymiana, każdy zdobyty punkt, montażysta wyciął jedynie momenty, gdy zawodnicy odbijają piłkę o kort przed serwisem, wycierają twarz ręcznikiem, poprawiają wrzynające się w krocze majtki, zmieniają rakiety, w których siadł już naciąg, siedzą na krzesełkach w trakcie przerwy, popijając izotoniki i jedząc banany. Jest tylko czysta gra. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby podobnych skrótów chciał ktoś używać w meczach snookera. Gdyby ograniczyć ten sport jedynie do momentów wbijania bil, oglądanie go straciło by sens.

Esencją snookera – przez wiele lat jednego z najbardziej ulubionych sportów angielskiej klasy robotniczej, uprawianego w barach, przy paperosach i stoucie – jest cały teatr, który ogrywa się wokoło wbijania. Jego powolność. Ubrany w garnitur sędzia co chwilę mówi do publiczności, grożąc jej palcem: proszę o ciszę. W świeżo wypranych białych rękawiczkach ustawia bile na stole i przeciera je z niewidzialnych dla ludzkiego oka pyłków. Gdy dochodzi do sytuacji spornych, uważnie sprawdza, czy np. biała bila nie styka się z czerwoną albo czy biała schowała się całym obwodem za kolorowymi. Przy niektórych faulach zmuszony jest odtworzyć układ wszystkich bil sprzed faulu, co nierzadko jest zadaniem karkołomnym i czasochłonnym – przywrócenie kilku, niekiedy kilkudziesięciu bil idealnie na swoje miejsce trwa. Zawodnicy w tym czasie po prostu czekają, ale gdy podchodzą do stołu – też się nie spieszą. Uważnie pocierają kredą końcówkę kija, otwartą dłonią przecierają sukno na stole, przechadzają się wokół niego, żeby wybrać najlepsze rozwiązanie, potem pochylają się nad bilami, prostują, znowu pochylają, przymierzają się w skupieniu do uderzenia. Jeśli bila wpadnie, powtarzają raz jeszcze swoje czynności. Jeśli nie, idą w stronę swojego fotela, siadają wygodnie, nalewają wody do szklanki i pijąc z niej małymi łykami, czekają na swoją kolej.


Choć snooker jest powolnym sportem, są w nim różne kategorie powolności. Ktoś kiedyś zestawił ze sobą styl gry dwóch snookerzystów – Ronniego O'Sullivana i Petera Ebdona – i wrzucił to zestawienie do sieci. Ekran jest podzielony na dwa kwadraty. Po lewej stronie ten, którego Keith Richards określił Mozartem snookera, po prawej ten, który nazywany jest Internet Exlorerem tego sportu. Żeby było jasne: obydwaj mają na swoim koncie tytuł mistrza świata. Zaczynają w tym samym momencie, każdy zaczyna od zera. Pierwszy trafia O'Sullivan. Trafia i przyspiesza. To coś jak trans, bile wpadają do łuz jedna za drugą w niezmiennej sekwencji: czerwona-kolor. Znikają w nich tak szybko, że sędzia nie nadąża z wyciąganiem kolejnych kolorowych bil i przywracaniem ich na stół – kolorowe bile (czarna, różowa, niebieska, brązowa, żółta, zielona) zawsze wracają w snookerze na stół, dopóki na stole są jeszcze bile czerwone. Ebdon w czasie, gdy O'Sullivan gra swój koncert, stoi jak słup: między skrzyżowanymi ramionami umieścił kij, jedną ręką podtrzymuje podbródek, wzrok utkwił w nieruchomych bilach, wygląda, jakby zastanawiał się nad upadkiem telekinezy. Mijają trzy minuty – mijają jakby w innej czasoprzestrzeni. W ich trakcie pan po lewej uzyskuje z łatwością osiemdziesiąt punktów, pan po prawej – po wielkich mękach tylko dziesięć.

Podlasie Slow Fest

Między 1 lipca a 17 września 2017 w Supraślu odbędzie się pierwsza edycja festiwalu Podlasie Slow Fest, skierowanego do osób poszukujących kameralnych wydarzeń kulturalnych, wyciszenia oraz alternatywnych form spędzania wolnego czasu. Festiwal z założenia ma być rozciągnięty w czasie – przez dwa i pół miesiąca odbywać się będzie jedno lub dwa artystyczne wydarzenia dziennie, co ma sprzyjać uważniejszemu odbiorowi sztuki oraz kontemplacji.
Program oraz opis idei festiwalu

Montażysta zestawił tu dwa różne pojedynki, ale do historii przeszło ich bezpośrednie starcie z 2005 roku w ćwierćfinale mistrzostw świata w Sheffield. Ebdon, przegrywając wysoko z O'Sullivanem, postanowił wybić przeciwnika z uderzenia i maksymalnie zwolnić swoją grę. Było na co patrzeć: trwające w nieskończoność pocieranie kredy, trwające tyle samo składanie się do uderzenia. Każdy ruch tak ostentacyjny w swej flegmatyczności, że prawie gamoniowaty. Upiorny i śmieszny. O'Sullivan nie mógł tego znieść – kładł sobie ręcznik na głowę, pytał widzów o godzinę, stawał na fotelu, żeby móc lepiej dojrzeć to fantastyczne uderzenie, do którego od kilku minut składa się Ebdon. Jednym słowem: lekko odchodził od zmysłów. Nie był to oczywiście pierwszy raz, O'Sullivan nieprzypadkowo ma ksywę „Psycho Rocket” – wbija jak rakieta, ale w jego głowie zawsze się sporo dzieje. W swojej drugiej autobiografii opisuje, w jaki sposób próbował sobie z głową radzić – raz były to spotkania dla ludzi uzależnionych od seksu, raz zaangażowanie się na farmie jako opiekun trzody chlewnej, raz piwo, a raz – bieganie. Wracają do pojedynku, O'Sullivan oczywiście się zagotował i wypuścił zwycięstwo z rąk. Kilka lat później w podobny sposób przegrał finał mistrzostw świata z Markiem Selbym, chyba najwybitniejszym obecnie zawodnikiem spośród tych, którzy uwielbiają innym psuć nerwy i wiedzą, co to znaczy esencja „slow”.

O'Sullivan, co podkreśla większość znawców, człowiek obdarzony najbardziej naturalnym talentem w całej historii snookera, któremu zagrania przychodzą zdumiewająco łatwo, wielokrotnie mówił, że powolna gra go wykańcza. Obserwowanie Anglika, wtedy gdy zostaje wciągnięty w powolną grę i czeka na swoją kolei, to opowieść o człowieku, który próbuje się nie rozpaść. Skubie tip, czyli końcówkę kija, smaruje go kredą, sprawdza czystość paznokci, obgryza skórki, długie w oku, niekiedy w nosie. W trakcie jednego z tych bardzo powolnych meczów wziął łyżeczkę, która leżała na stojącym przy jego fotelu stoliku, i zaczął liczyć wypukłe kropki na jej rączce. Później opowiadał, że po każdej ze stron było ich 108.

Snookerzyści, choć ubrani tak elegancko, podlegają ogromnym przeciążeniom psychicznym. Większość z nich związana jest z utrzymywaniem wielogodzinnej koncentracji, radzeniem sobie z wielogodzinnym stresem i tym, że jest się samemu jak palec. Gdy jest się samemu przy stole, to jeszcze pół biedy, gorzej, gdy musi się czekać w fotelu, aż przeciwnik się pomyli albo odda pole. A już najgorzej, gdy obserwuje się go, jak nic nie robi. „Nie możesz wtedy podejść do tego, który niesie twoje kije golfowe, i powiedzieć: ten idiota naprawdę gra za wolno”, pieklił się w jednym z wywiadów O'Sullivan, pięciokrotny mistrz świata, pijąc oczywiście do golfa, który bywa określany powolnym sportem, ale w porównaniu ze snookerem jest dynamiczny.

O Ebdonie złośliwi mówią, że widziano go ostatnio, jak gra w zeszłorocznej edycji China Open, chociaż tegoroczna skończyła się kilka miesięcy temu. Teoretycznie mógłby. W snookerze nigdy wolna gra nie jest za wolna, nie istnieją przepisy, które sankcjonowałyby, ile maksymalnie zawodnik może poświęcić czasu na uderzenie. Istnieją niestandardowe odmiany snookera, takie jak Shoot-Out i Power Snooker, w których zawodnicy mają określony czas na wykonanie uderzenia, traktuje się je jednak jedynie jako wybryki natury i ciekawostki – żadna z nich nigdy nie prześcignęła popularnością oryginału.


Powolność w snookerze nie wynika jedynie z taktyki. Niektórzy gracze grają wolniej, potrzebują więcej czasu na zastanowienie się i złożenie do uderzenia. Czasami też zdarza się, że w trakcie partii bile tak niefortunnie układają się na stole, że nie ma możliwości, żeby cokolwiek wbić, wtedy zaczyna się gra taktyczna – szukanie snookera: poprowadzenie w taki sposób białej bili, żeby schowała się za którąś z kolorowych i tym samym przysłoniła kolejnemu zawodnikowi dostęp do bil czerwonych, od których zawsze zaczyna się każde kolejne podejście do stołu.

Niektórzy mówią, że nie wbijanie, tylko właśnie gra na tzw. odstawne, jest solą tego sportu. Sól solą, faktem jest, że taktyczne rozgrywki trwają zazwyczaj dużo dłużej. Nie dalej jak dwa lata temu dwóch zawodników – Barry Pinches i Alan McManus – grali jedną partię sto minut. Te sto minut to był rekord, zwykle jedną partię gra się krócej, ale żeby wygrać mecz, zazwyczaj trzeba zwyciężyć w co najmniej pięciu z nich. W mistrzostwach świata, które co roku odbywają się w Sheffield, już od pierwszej rundy gra się do dziesięciu wygranych partii, a w samym finale do osiemnastu. Mecze dzielone są na trzy sesje i na dwa dni. Słynny finał z 1985 roku między Dannisem Taylorem i Stevem Davisem, zakończony w poniedziałkowy ranek wynikiem 18-17, trwał 14 godzin i 50 minut.  Po tylu godzinach nawet laik dostrzeże, jak bardzo jest to wykańczający sport.

Wykańczający i trudny, może też dlatego tak niewielu ludzi w niego gra. W klubach bilardowych na kilka stołów do bilarda przypada zazwyczaj jeden stół do snookera – prawie dwukrotnie większy od bilardowego, z naprawdę wąskimi łuzami, do których wbija się bile. Dla amatora gra przy takim stole to męczarnia, naprawdę trudno coś trafić. Potrzeba wielu godzin treningów, żeby gra nabrała płynności, oczywiście nigdy takiej, jak u profesjonalistów, którzy trenują po kilka godzin dziennie od dziecka. A i tak wedrzeć się na szczyt udaje się tylko nielicznym. Graczy, którzy mają realną szansę na tytuł mistrza świata, jest na całym świecie może z dwudziestu. Równocześnie snooker przyciąga dużo więcej widzów niż bilard – Eurosport pokazuje najważniejsze mecze w prime timie, w Wielkiej Brytanii i w Chinach pojedynki śledzą miliony.


Mówi się, że zielone wełniane sukno, którym zazwyczaj pokryty jest stół snookerowy, przyciąga i hipnotyzuje. Tych, którzy siedzą na trybunach i tych przed telewizorem. Mecz oglądany z trybun to prawdziwe dziwowisko – siedzisz i przez wiele godzin patrzysz na dwóch facetów ubranych w spodnie od garnituru, kamizelkę, koszulę i muchę. Wszystko zwalnia, jest spokojnie. Nikt nie odpala rac, nikt nie śpiewa żadnych przyśpiewek, niczego nie skanduje. Nikt niczego od ciebie nie chce. Nie wolno robić zdjęć, rozmawiać, lepiej w ogóle się nie ruszać, żeby nie wytrącać zawodników z równowagi. W berlińskim Tempodromie, gdzie kilka lat temu oglądałem turniej German Masters, czas jakby stanął w miejscu. Reflektory podświetlały kilka stołów ustawionych na płycie, widzowie byli schowani w cieniu. Zawodnicy grali, ludzie obserwowali ich w skupieniu. Wszyscy wydawali się zadowoleni.

Oglądanie w telewizorze jest oczywiście inne, po pierwsze dlatego, że są reklamy, po drugie, że zawsze można oglądać z książką na rękach i w każdej chwili wyjść po kanapkę albo na papierosa. No ale siłą rzeczy, gdy mecze trwają kilka godzin, a turnieje najcześciej tydzień, człowiek zwyczajnie zaczyna się wyłączać ze świata. Wgapia się w ekran, obserwuje powtarzające się raz za razem te same gesty i wsłuchuje w komentarz sportowy, nierzadko cudownie abstrakcyjny – ile w końcu godzin można opowiadać o rodzajach rotacji i kątach odbicia. Pamiętam takie momenty, gdy komentatorzy milkli na dobrą minutę i w telewizorze była prawie idealna cisza albo dostawali prawdziwej głupawki, orientując się, że od dobrych trzech minut śmieją się z koloru bil. Oczywiście nie tylko dla takich momentów warto oglądać snookera, choć dla nich też.

*

Moją najwierniejszą towarzyszką meczów snookerowych jest babcia. Nie przeczę, inni chętnie się wkręcają, ale prędzej czy później zaczyna im się nudzić. Babci nie nudzi się nigdy – co dziesięć minut pyta o zasady, kij, który zwodnicy trzymają w rękach, białe rękawiczki sędziego. Czasami milknie i po prostu patrzy na zielone sukno oraz zestaw różnokolorowych bil, by po chwili, niezależnie od pory roku i miesiąca, w jakim oglądamy mecz, zapytać z ekscytacją, którą podzielam: czy to już Wigilia? Rzeczywiście, stół snookerowy wygląda trochę jak ubrana choinka.

Cykl tekstów o POWOLNOŚCI powstaje we współpracy ze Stowarzyszeniem Nowe Horyzonty, organizatorem festiwalu Podlasie Slow Fest, który odbywa się w dniach 1 lipca-17 września 2017 w Supraślu.

.