Przekraczanie wywiadu rzeki
estefani bravo CC BY-NC 2.0

14 minut czytania

/ Literatura

Przekraczanie wywiadu rzeki

Adam Wiedemann

Juszczak stawia się „poza wszelką współczesnością”, niby to żyje z nami i wśród nas, ale tak naprawdę przebywa poza czasem. Dla niego wszystko współwystępuje, może nie całkiem wszystko, ale wszystko to, czym skłonny jest się zająć

Jeszcze 4 minuty czytania

Z każdym dniem staję się coraz to bardziej niedzisiejszy i raczej mnie to martwi, niż pociesza, niekiedy jednak dochodzę do wniosku, że niedzisiejszy byłem chyba zawsze, o czym świadczy chociażby moja wieloletnia sympatia do pisarstwa Wiesława Juszczaka. A przecież gdybym miał wskazać kogoś najbardziej, krańcowo wprost niedzisiejszego, wskazałbym właśnie jego. Juszczak stawia się „poza wszelką współczesnością”, niczym ów wazon ze sztuki Mieczysława Piotrowskiego, niby to żyje z nami i wśród nas, ale tak naprawdę przebywa poza czasem, niby to jest historykiem (sztuki), lecz wzdraga się przed uznaniem czegokolwiek za „fakt historyczny”, trwale zrośnięty z taką czy inną epoką. Dla niego wszystko współwystępuje, może nie całkiem wszystko, ale wszystko to, czym skłonny jest się zająć.

Celowo użyłem przed chwilą słowa „pisarstwo”, choć mógłbym użyć też słowa „myśl”, Juszczak jest bowiem przede wszystkim myślicielem, co do tego nie ma dwóch zdań, mnie jednak interesuje i zachwyca głównie jego pismo, ten klarownie prowadzony wywód, dotyczący problemów w zasadzie obojętnych mojemu pojmowaniu, ale przedstawionych w sposób czyniący je arcyciekawymi. Wszyscy, rzecz jasna, lubimy dowiadywać się rzeczy, które nie mają dla nas żadnego praktycznego znaczenia, w przypadku czytania Juszczaka osiąga to jednak stadium wręcz ekscesu.

Cóż nas obchodzi fakt, że jakaś pani była pierwszą Angielką, której stopa stanęła na ziemi greckiej, i że pisała wtedy listy do Alexandra Pope'a, tłumaczącego akurat „Iliadę” czy też „Odyseję”? Powiedzmy wprost: nic nas to nie obchodzi, jednak w ujęciu Juszczaka fakt ten nabiera pierwszorzędnego znaczenia, staje się czymś ekscytującym, wciągającym jak powieść przygodowa, w której wszak też nieznaczącość wszystkich faktów jest zasadą podstawową. Sam nigdy nie byłem w Grecji i nawet nie mam na to większej ochoty, nie wiem nawet, czy dobrnąłem do końca „Odysei”, choć przebieg akcji znam na podstawie opery Luigiego Dallapiccoli „Ulisse” i ciekaw jestem z kolei, czy słuchał jej Juszczak, który zresztą do Grecji wybrał się dosyć późno, będąc już w niej dobrze „zadomowiony intelektualnie”. Czy warto zatem jechać tam, skoro nie da się już powtórzyć wyczynu tej pani? Czy warto być poetą polskim, skoro się nie jest Kochanowskim?

Na to drugie pytanie Juszczak na szczęście odpowiada twierdząco: każdy twórca zaczyna tworzenie „od zera”, jest niczym pani Wortley Montagu, co więcej, jest jak Homer albo anonimowi autorzy malowideł naskalnych. Nieważne, czy nawiązuje do tradycji, czy przeciwstawia się jej, istotą sztuki jest bowiem asymptotyczne zbliżanie się do „matryc”, których istnienie bądź nieistnienie znów nie ma większego znaczenia, nie są to bowiem żadne obiekty, aczkolwiek dość obiektywnie, jako hipotetyczny punkt nie-dojścia, zdolne są decydować o jakości i wartości człowieczego geniuszu, talentu czy też zwykłej aktywności twórczej. Dla Juszczaka sztuka nie jest źródłem zadowolenia, lecz narzędziem poznania (podobnie myślał Henryk Bereza, autor zapewne z gruntu Juszczakowi obcy, gdyż zajmował się polską literaturą współczesną, którą Juszczak akurat zbywa milczeniem), poznanie to dotyczy „dna skończoności”, jest na swój sposób gruntowne, zawsze nieostateczne, co jednak nie znaczy, że złudne.

Każdy artysta ma szansę zbliżyć się do matryc, choć zbliżenia te bywają niebezpieczne, sukces niejednokrotnie równa się szaleństwu lub kompletnemu niezrozumieniu przez współczesnych, którym „dno skończoności” nie w smak.

Porzućmy już jednak ten temat, być może zbyt ezoteryczny dla przeciętnego czytelnika, przyznajmy za to, że powodem tych moich rozważań o Juszczaku jest ukazanie się „Ruin czasu”, czyli wywiadu rzeki, który z Juszczakiem przeprowadził Dariusz Czaja, antropolog kultury i również wytrawny eseista. Mój stosunek do wywiadów rzek jest ambiwalentny, sam kiedyś porwałem się na tę formę i wiem, jak jest trudna, niewdzięczna, jednocześnie zaś nie jest to nigdy „dzieło”, lecz raczej „czytadełko”, pozwalające trochę pobyć z kimś, kogo się lubi, bądź z kimś, komu nigdy prywatnie nie podałoby się ręki. „Ruiny czasu” są rzeczą udaną, wręcz piękną, ale nie da się ukryć, że jest to wywiad rzeka.

Wiesław Juszczak, Dariusz Czaja, „Ruiny czasu. Rozmowy o twórczości”. Czarne, 296 stron, w księgarniach od maja 2017Wiesław Juszczak, Dariusz Czaja, „Ruiny czasu. Rozmowy o twórczości”. Czarne, 296 stron, w księgarniach od maja 2017 Nie da się również uznać, że Juszczak mówi tu coś, czego by wcześniej nie napisał. Ważny jest raczej fakt, że oto mówi, nie pisze (sam zaś w dodanym na wstępie tekście „Lekcja pisania” wyznaje, że nie jest człowiekiem mowy, lecz pisma), zostaje więc postawiony w sytuacji niekomfortowej i nienaturalnej, i przy pozorach komfortu (winogrona, oliwki i kozi ser na stole) oraz naturalności („przyjacielska pogawędka”), nie ulega bynajmniej tym pozorom, stara się pozostać takim sobą, jakiego znamy z tekstów. Zamiast spodziewanego „odsłonięcia” obserwujemy więc wysiłki w kierunku „bycia zasłoniętym”, Juszczak zasłania się nieustannie i jeśli zdobywa się na intymne wyznanie, to takie, że „popłakałem się przy «Nenufarach» Moneta” (co dziwne u kogoś, kto zasadniczo nie znosi impresjonizmu), albo (to już zupełny hardkor): „[Gerard Philipe] był nie tylko największym aktorem swoich czasów, ale najpiękniejszym zjawiskiem. Mówiono brednie o wadach jego urody. To tak samo, jak ktoś określił twarz delfickiego Aurigi jako pospolitą czy wręcz chamską. A w całej rzeźbie greckiej trudno o coś bardziej uduchowionego! Kiedyś stałem przed nim w pustej sali sam i poczułem lęk, że gwałtowniejszy ruch może spowodować zniknięcie tego zjawiska. Philipe był takim obrazem samego piękna i wdzięku, istotą czystą, unoszoną przez natchnienie”. Sami więc Państwo widzą, zero skandalu, Juszczak nie opowiada o swoich miłościach ani związkach (choć czasami o nich mimochodem napomyka), cały jest pochłonięty kontaktami ze sztuką, z artystami bądź profesorami, nawet anegdoty o znanej z ciętego języka Irenie Eichlerównie wypadają raczej blado. Spodziewalibyśmy się zatem choćby odsłonięcia „prywatnych” upodobań artystycznych Juszczaka. Te jednak albo okazują się zbieżne z tymi wyrażonymi w tekstach, albo też – jak by to powiedzieć – dość zwyczajne.

Tu dygresja: Juszczak stał się dla mnie postacią rozpoznawalną po audycji radiowej, w której opowiadał o dwóch pseudoliturgicznych arcydziełach Rossiniego, „Stabat Mater” i „Małej Mszy Uroczystej”. Sam te utwory uwielbiam, więc pełna zgoda: są to niewątpliwe szczyty muzyki oratoryjnej XIX wieku. Lecz mam wrażenie, że nasze uwielbienia wypływają z innych źródeł, dla mnie Rossini jest tu łącznikiem między klasycyzmem i modernizmem, kimś tak staromodnym, że aż nowoczesnym, dla Juszczaka – okazją do posłuchania bel canto w religijnej otoczce. Tak przynajmniej wnioskuję po lekturze „Ruin czasu”, gdzie dochodzi do pewnego wręcz starcia: Juszczak przyznaje się do swej atencji dla pięknych głosów i romantycznej opery włoskiej, podczas gdy Czaja atakuje go z pozycji wielbiciela oper barokowych, chyba wręcz zbyt ofensywnie, bo zamiast skłonić swojego rozmówcę do emfatycznych bądź analitycznych wyznań, sprawia, iż ten skrywa się za zasłoną encyklopedycznej wiedzy i trzymanych w zanadrzu programów koncertowych, i cała dyskusja robi się z gruntu nieciekawa. W swoich tekstach raczej rzadko wypowiada się na temat muzyki, ale zdarzają mu się intrygujące zdania typu: „W odczuciu przeciętnego odbiorcy Mozart częściej się jawi jako elegancki i «słodki» niż jako żarliwie naturalny i przejmująco dramatyczny”. Jaki stąd wniosek? Czy Rossini jest „żarliwie sztuczny”? Warto by o to zapytać. Inny przykład: „Lulu” Berga jawi się Juszczakowi jako „koszmar i świństwo w dodatku” – dlaczego? Wszak to jedna z najbardziej „liturgicznych” oper wszech czasów, nie tylko XX wieku (do którego Juszczak – wyjąwszy kinematografię – pała ewidentną niechęcią). Czy zawinił tu temat prostytucji? Czy może dodekafonia?

Skoro już Juszczak jest takim wielbicielem głosu Kiri Te Kanawy (którą ja osobiście uważam za śpiewaczkę typowo „instrumentalną”, przedkładającą technikę nad interpretację), mógłby powiedzieć dwa słowa o tym jej głosie, tak jak kiedyś Milorad Pavić napisał o głosie Luciano Pavarottiego, przydając mu mityczne zapośredniczenia i zmuszając mnie do rewizji wszystkich mniemań na temat tego śpiewaka. Tymczasem o słynnej Kiri niczego się nie dowiadujemy poza tym, że wystąpiła kiedyś w Warszawie oraz że wzięła udział w nagraniu „Capriccia” Richarda Straussa (ale – śmiem twierdzić – nie tym najlepszym). Atencja dla „Capriccia” jest akurat jak najbardziej zrozumiała, gdyż to zupełnie wyjątkowy na gruncie całej sztuki europejskiej „muzyczny esej” (ten argument jednak w tekście się nie pojawia i bardzo mi go brak), jeśli wszak najwyższym komplementem dla dzieła sztuki jest w ustach Juszczaka „liturgiczność” (a dramatami liturgicznymi są dlań również dramaty antyczne), dlaczego nie zwrócił uwagi na takie dzieła, jak „Oedipus Rex” Strawińskiego, „Three Saints” Thomsona czy choćby wspomniany „Ulisse”? Najwyraźniej jego słuchanie muzyki nieco odbiega od założeń przyjętych w odniesieniu do innych sztuk, ma wymiar raczej „przyjemnościowy” i w gruncie rzeczy żadną „wędrówką do źródeł” nie jest.

Tak tu wchodzę w bezowocną dyskusję z osobistymi upodobaniami Juszczaka, bo część „Ruin czasu” poświęcona muzyce okazała się dla mnie rozczarowująca, pewnie dlatego, że najwięcej się po niej spodziewałem. Skądinąd rozdział „kinematograficzny” też sprawia pewien zawód, jest dość monotonnym katalogiem arcydzieł, od których trudno przeprowadzić przekonujący łącznik do „trylogii” ulubionych filmów Juszczaka, czyli „Uczty Babette”, „Godzin” i „Wszystkich poranków świata”. Jeśli chodzi o język filmowy, są to dzieła raczej zachowawcze, nijak się mające do osiągnięć Antonioniego, Buñuela czy Bergmana. Ale znów wychodzi na to, że Juszczak po prostu lubi „filmy o artystach”, skłonny jest przypisać im wyższą wartość, nie bacząc na „rzemieślnicze” wykonanie. W rozdziale „teatralnym” zaskakuje natomiast pochwała koncepcji twórczych Adama Hanuszkiewicza przy absolutnej negacji teatru współczesnego, który wszak z Hanuszkiewicza cały wyrasta, być może doprowadzając jego metodę do skrajności i nawet się do niego nie przyznając, niemniej jednak są to te same metody, wśród których funkcję niebagatelną ma estetyczna kategoria „szoku”.

Dość jednak tych zarzutów, w momencie przejścia od upodobań do autorefleksji książka robi się naprawdę pasjonująca, zwłaszcza gdy dochodzi do rozpatrzenia kwestii „realności bogów”, której Juszczak poświęcił jedną z ostatnich swoich rozpraw, budząc w świecie naukowym spore kontrowersje. Tym razem Czaja staje na wysokości zadania, nie przypierając rozmówcy do muru, lecz pozwalając mu snuć wątek, tyleż ważny, co nieoczywisty i wręcz ekscentryczny. Przekonanie o realności wszystkich istot uznawanych za bogów na przestrzeni wszystkich czasów i kultur (nie jest to hipoteza ani też wiara, lecz właśnie przekonanie), wypływające prawdopodobnie ze „znużenia absolutem” („Absolut sam w sobie i dla siebie nie oferuje żadnej różnorodności, w tym sensie jest dla rozsądku absolutną pustką” – pisał już Schelling), nie jest w literaturze polskiej niczym nowym, podzielał je niewątpliwie Zbigniew Herbert (o czym świadczy chociażby jego, opublikowany niedługo przed śmiercią, pseudodekalog), podobne intuicje pojawiają się też w twórczości Ryszarda Krynickiego. Juszczak jednakże stawia tę tezę z wyjątkową mocą i śmiałością, znów zresztą nieco się zasłaniając, tym razem postacią Waltera Friedricha Otto, który wyraził ją jako pierwszy. Książka Juszczaka na ten temat jest dość niewdzięczna w lekturze ze względu na obfitość cytatów, wśród których ginie głos samego autora; forma wywiadu rzeki pozwala wyminąć te rafy, otrzymujemy wykład usiany co prawda dygresjami, niemniej jasny i przekonujący, zwłaszcza gdy Juszczak relacjonuje swoją rozmowę z o. Kłoczowskim (podczas której doszło do pogodzenia stanowisk obu myślicieli na gruncie idei „świętych obcowania”), a także kiedy Czaja opowiada anegdotę o rzekomym objawieniu się Demeter w autobusie z Aten do Koryntu, na co Juszczak reaguje „długim westchnieniem”, bo to przecież tak, jakby dotarłszy do Matryc, ktoś ujrzał tam wyciskarkę do wielkanocnych baranków z masła. Najgłębsze myśli muszą pozostać nieudowodnione.

Piszę o tej niedzisiejszości Juszczaka, a przecież zdarzają mu się diagnozy niepokojąco wręcz aktualne. Jedną z nich wręcz przytoczę: „Postawę realistów cechował gorączkowy aktualizm, poddanie się teraźniejszości, co wywołać miało obojętny stosunek do tradycji. (…) Twórczość uwięziona tu była w ciasnych granicach doraźnego reportażu, a jej normy ustalane na miarę gustów i zdolności pojmowania najprzeciętniejszego odbiorcy” – tak pisał Juszczak o ideologach XIX-wiecznego pozytywizmu w 1984 roku, trochę też mając na myśli tryumfującą wówczas „literaturę stanu wojennego”. Ale czy nie jest to również doskonały opis stanu, w jakim znalazła się obecnie cała sztuka polska – agresywnej krytyki wymuszającej na niej „aktualność”, w istocie zaś ograniczającej jej wolność, zmuszającej do doraźnych robót na rzecz takiego czy innego „poglądu”, co ze sztuką nie ma nic wspólnego, a uświadamiają nam to osoby typu Juszczak, które na szczęście wciąż istnieją i – śmiem twierdzić – warto ich czasem posłuchać.