Historia wesoła, a smutna

Monika Ochędowska

Opowiadania Weroniki Gogoli przywołują beztroski klimat „Przystanku Alaska”, z tą różnicą, że w Olszynach w każdym z dwunastu odcinków ktoś umiera

Historia wesoła, a smutna

Jeszcze 2 minuty czytania

Historia wesoła, a smutna

Olga Drenda wzięła na warsztat najntisy, nim pierwsze jaskółki nostalgii miały zwiastować ich powrót. Mieliśmy już co prawda na półkach „Nic” Dawida Bieńkowskiego oraz „Niedzielę, która zdarzyła się w środę” Mariusza Szczygła, a Anna Dziewit-Meller była właśnie nominowana do Gryfii za „Disko”, ale to dopiero za pośrednictwem słynnego fanpejdża Drendy duchy zza stylonowej kotary zaczęły nas na całego jednocześnie kręcić i przestraszać.

Duchologiczne archiwum Drendy dało początek licznym opowieściom, kierując nas (jako naocznych świadków i ochoczych czytelników) w obszar historii i fikcji. Obszar, którego granice zdają się coraz bardziej zacierać i deformować, bo historia tamtych czasów zamienia się powoli w „zastępowalną wyobraźnię” albo, jak chce Drenda, „nawiedza” teraźniejszość, nanosząc na nią kolejne warstwy informacji i fantazji. Jako uniwersalne i przystępne narzędzie, swojska duchologia otwiera z powodzeniem kolejne narracje balansujące „na styku sielskości i lęku”, jak chociażby te, które wyszły ostatnio spod pióra Grzegorza Bogdała, Salci Hałas, Weroniki Murek czy Dominiki Słowik oraz „zza kamery” Tomasza Wasilewskiego. Ale wywiedziona z prywatnego archiwum pamięć widmowa bywa też dobrym źródłem historii, których horyzont czasowy jest szerszy, jak choćby tej zawartej w „Rzeczach, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy.

 

Weronika Gogola, „Po trochu”. Książkowe Klimaty, 180 stron, w księgarniach od czerwca 2017

Debiutancka powieść Weroniki Gogoli, opisująca głównie lata 90. w małopolskich Olszynach, zdaje się, na pierwszy rzut oka, zarażona tą samą duchologiczną obsesją. Już rozpoczynająca książkę żałobna pieśń „Żegnam cię, mój świecie wesoły”, która w kolejnych zwrotkach jak w godzinach (tytułowe „Po trochu”) zatrzaskuje wspomnienia o bliskich, koresponduje z Proustowskim zaklinaniem czasu w materii. Proust porównywał w „Pamięci i intelekcie” proces odpomnienia z ludowymi wierzeniami, wedle których „jak w przypadku dusz zmarłych, każda godzina naszego życia, gdy tylko odejdzie w przeszłość, wciela się w jakiś materialny przedmiot i tam pozostaje w ukryciu, uwięziona dopóty, dopóki nie spotkamy go na swej drodze”.

Jednak w odróżnieniu od większości tekstów zdradzających nostalgię za najntisami, artefaktów charakterystycznych dla tamtego czasu (jak asymetryczne filiżanki do cappuccino, duraleks, piwo EB, „Bravo” i „Popcorn” czy simsonki) jest u Gogoli niewiele. Tworzą one dość subtelną scenografię świata, w którym „z Pałacu Kultury spadał komunizm”, a rodzicom z nieba – „fuszka życia” polegająca na lepieniu, w ilościach hurtowych, gipsowych cycków i siusiaków do niemieckich „klubów”. Zanim jednak Niemcy dostali swoje wyszlifowane rękami olszyńskich rodzin cycki, musiał spłonąć miejscowy GS. Jego pożar, oglądany przez małą Weronikę nie bez fascynacji, przywoływał smak jednego z najbardziej pożądanych towarów epoki – jajka niespodzianki. Ten płonący GS, który zdaje się u Gogoli symbolizować mijającą bezpowrotnie epokę, jest jednocześnie emblematem organizującym fabułę – trochę na przekór duchologicznemu archiwum, a wokół opowieści, fikcji i fantazji. Jest momentem wejścia w żałobę (pieśń otwierająca książkę) oraz jej nieustającą zapowiedzią (stypa w ostatnim rozdziale). Zbliżającym się – po trochu, anegdota za anegdotą – pożegnaniem wesołego, choć nieinterpretowalnego, świata dzieciństwa, podsumowanego słowami: „pomyślałam wtedy, że jestem nie tylko jak Breżniew, ale też jak Karol Marks: często mam dobre pomysły, tylko jakoś nikt mnie nie chce zrozumieć”.

Wywiedzionym z pożaru smakiem czekolady Gogola odwraca poniekąd Proustowski porządek pamięci. Jej mała Weronika, genetycznie obdarzona gawędziarską pamięcią absolutną („mało kto wie, że ja zapamiętuję wszystko”), pozbawiona jest troski o jakiekolwiek materialne świadectwa tak charakterystyczne dla opowieści o zafascynowanej obrazami epoce transformacji. Pozostaje, niczym Alicja spadająca w głąb króliczej nory, figlarną i wyemancypowaną dziewczynką, którą w fotograficznej ciemni wujka Zdziska ze zniecierpliwienia swędzą kolana.

Dlatego w opowieści Gogoli, trochę jak u Wichy, nie poznajemy dat, logicznego następstwa zdarzeń ani miejsc urodzenia. To książka gadana, „po trochu” nakręcająca historie: o kurze Siemesi, która nie mogła żyć bez Piotrka; o kocie Gryziskwarku, który zachowywał się jak papuga; o „świnka party” i bladym długowłosym chłopcu przypominającym Jezusa. Albo o Dziadku Lemoniadzie i jego tajemniczym zeszycie, w którym spisana została tajemna wiedza o tym, które rośliny i w jakiej fazie księżyca należy zbierać, żeby nie straciły swojej mocy.

Opowiadania małej Gogolówny przywołują beztroski klimat „Przystanku Alaska”, z tą różnicą, że w Olszynach, w każdym z dwunastu odcinków, ktoś umiera. Bohaterowie zawartych w książce anegdot pojawiają się tylko na chwilę, by wygłosić swoje kwestie, robią coś jednocześnie zabawnego i smutnego, po czym uprzejmie znikają. Ta doczesność wynika z samej natury opowieści, które w niekontrolowanym rytmie mnożą się i giną jak wiejskie, na wpół dzikie kocięta. Nie da się ich zaczipować i wpisać do rejestru. Albo jeszcze inaczej: są szczepione jak ojcowskie jabłonki, które na każdej gałęzi rodzą inny, coraz smaczniejszy, owoc. „Gogole już tak mieli, że ludzie przychodzili do nich z różnymi historiami. A oni te historie zapamiętywali. I opowiadali. Bo Gogola nie potrafi zatrzymać historii w sobie, chce ją zawsze posłać dalej”.

„Po trochu” jest też opowieścią, która reprezentuje pewien rodzaj wrażliwości charakterystyczny dla opowiadań Macieja Miłkowskiego z tomu „Drugie spotkanie”. Gdy bohater jednego z nich kupuje w łódzkim antykwariacie przedwojenne wydanie książki ulubionego autora, ostatecznie skupia się jedynie na drobnych zapiskach znalezionych na marginesach utworu. Zamiast, wzorem archiwisty Sebalda, krok po kroku odtwarzać historię pierwszego właściciela książki, prawdopodobnie świadka Zagłady, zbierać daty, miejsca i nazwiska – zamyka książkę i pisze jego historię na nowo, mieszając zmyślenie z biografią. Za radą Prousta rezygnuje z intelektu na korzyść intuicji. Aby pisać, należy bowiem archiwum przestudiować, a następnie (jak olszyński GS) spalić.

Tak jak rodziców Wichy, bliskich Gogoli konstytuują więc historie, anegdoty. Te, które opowiadają sami, i te, które opowiada się o nich. Anegdota to punkt, pisze Wicha, przeciwieństwo genealogii. Historie Wichów i Gogolów są trochę podobnym zbiorem rozrzuconych punktów, których nie sposób połączyć liniami.

Odwołania do artefaktów wymagają dopiero sytuacje wyjątkowe i tajemnicze. Świadomość istnienia ludzi, o których nikt mówić nie potrafi albo nie chce, jak o obdarzonej kruchym sercem babci Fredzi („nic o niej nie wiem, bo nikt nic o niej nie mówił”). Gogola rekonstruuje więc postać babci w sposób, w jaki swoich bliskich odpominała niedawno, na podstawie niespodziewanie odnalezionych zdjęć, Monika Sznajderman. To wywiedzione z lekcji Marianne Hirsch lepienie z postpamięci. Wymyślanie tych, których brakuje.

„Kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać” – wyznaje Wicha. „Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami, dopóki nie umiemy tego zrobić. Dopiero martwych ludzi mamy na własność, zredukowanych do jakiegoś obrazka czy kilku zdań. Dopóki nie mogę ich opisać, jeszcze trochę żyją”. Żyją – dodaje Gogola, kompulsywnie przywołując postać ojca („jak spuszczał wino z dymionka”, „jak kosił trawę i śmierdział potem”, „jak pił piwo pod lipą”, „jak w zimie lepił z nami wielkie anioły”, „jak szron zbierał mu się na wąsach i jak dzwonił sandałami”) – dopóki o nich gadamy, nawet śmieszkując. Smutek może być ładny, ale nie za często.

Cykl tekstów powstaje we współpracy z Krakowskim Biurem Festiwalowym, organizatorem Nagrody Conrada za debiut literacki, przyznawanej w ramach programu Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Nagroda Conrada