Kobieta-tornado

Kobieta-tornado

Adam Kruk

Brazylijski film „Aquarius” to pean na cześć kobiecości, która nie sprowadza się wyłącznie do piękna fizycznego ani laurek za wywiązywanie się z roli żony czy matki

Jeszcze 2 minuty czytania

Brazylia nie jest już demokracją”, „Trwa zamach stanu” „54501118 głosów wyrzucono do kosza”. Z takimi napisami ekipa „Aquariusa” – najgłośniejszego brazylijskiego filmu ubiegłego roku – wystąpiła na premierze w Cannes, gdzie dzieło Klebera Mendonçy Filho walczyło o Złotą Palmę. Protest przeciwko impeachmentowi prezydent Dilmy Rousseff i przejęciu władzy przez niepopularnego wiceprezydenta Michela Temera nie przeszedł bez medialnego echa, choć oczywiście nie poskutkował. Okazał się za to brzemienny w konsekwencje dla filmu. W ramach nieudolnie prowadzonej polityki kulturalnej rząd Temera zaczął film programowo zwalczać. „Aquarius” stał się dziełem wyklętym.

Pierwszą kłodę władza rzuciła dystrybucji, piętnując film kategorią „tylko dla dorosłych”. W żadnym innym kraju sceny seksu nie okazały się tak ostre ani nie szokowały obecne na ekranie narkotyki (w jednej scenie bohaterowie palą trawkę). Po protestach obostrzenie 18+ złagodzono, ale film nadal znajdował się na celowniku. Postanowiono nie dopuścić go do walki o Oscara – wymarzonego trofeum, którego nie zdobył dotąd żaden brazylijski film. Specjalnie w tym celu powołano nową komisję, na czele której stanął przyjazny władzy krytyk Marcos Petrucelli. Na zaszczyt ten zasłużył sobie, zarzucając twórcom „Aquariusa”, że do Cannes pojechali zabawić się za pieniądze podatników, a opuszczając festiwal bez nagrody ośmieszyli Brazylię.


Słowa Petrucelliego wywołały ostry sprzeciw środowiska filmowego i wymusiły jego konsolidację. Z wyścigu oscarowego Gabriel Mascaro wycofał
„Neonowego byka”, a Anna Muylaert „Nie nazywaj mnie synem”. Ostatecznie brazylijskim kandydatem zostało „Pequeno Segredo” Davida Shurmana, ale nie dostało się nawet na shortlistę (pierwszy brazylijski Oscar jest więc wciąż do wzięcia). Na ironię zakrawa fakt, że gniew decydentów ściągnął na siebie skromny pod względem budżetowym film, który opowiada właśnie o walce Dawida z Goliatem. Wprawdzie nie polityka z artystą, a samotnej kobiety z prężną deweloperką, analogie nasuwają się wszak same. 

Bohaterem poprzedniego dzieła Mendonçy Filho, „Sąsiednich dźwięków” byli mieszkańcy osiedla w Recife, stanowiący przekrój przez podzielone nierównościami społeczeństwo Brazylii. Choć „Aquarius” rozgrywa się w tym samym mieście, choć reżyser znowu podsłuchuje odgłosy zza lokatorskich ścian, zamiast bohatera zbiorowego otrzymujemy portret jednostki. I to nie byle jakiej. Clarę (Barbara Colen) poznajemy na początku lat 80. jako spełnioną zawodowo krytyczkę muzyczną, matkę trójki dzieci, szczęśliwą żonę. Nie bez powodu nosi krótką fryzurę „na Elis Reginę” (legendarną brazylijską piosenkarkę) – zmaga się bowiem z rakiem piersi, przebyła mastektomię i chemioterapię. Ale, jak nazywana furacãoRegina, jest prawdziwym huraganem – nie traci nic z siły charakteru i urody, doświadczenie choroby ją tylko umacnia.

Pierwsza część podzielonego na trzy rozdziały filmu nosi tytuł „Włosy Clary”, w drugiej – „Miłość Clary” – przenosimy się do czasów dzisiejszych. Bohaterka ma już twarz Sonii Bragi i długie, wypielęgnowane włosy. Owdowiała, dzieci wyprowadziły się z domu. Dobija do wieku emerytalnego, zamykają się przed nią kolejne drzwi, a otoczenie zaczyna traktować ją lekceważąco. Wojowniczka nie daje jednak za wygraną. Nie pozwala sobie wmówić, że „wypadła z rynku” – ani zawodowego (mimo przywiązania do winyli, nazywanych przez nią „listami w butelce”, próbuje oswajać się z nośnikami cyfrowymi), ani erotycznego, choć nie wszystkie podejmowane próby kończą się rozkoszami. Nie pozwala się też wyrugować z rynku mieszkaniowego: gdy wielki kapitał gentryfikuje jej dzielnicę i wykupuje grunt pod willę, w której mieszka, ona jedna nie sprzedaje mieszkania. Za dużo wspomnień. Niektóre z nich materializują się na ekranie. 

Willa nazywa się Aquarius, ale i sama Clara jest dzieckiem Ery Wodnika. Jako spadkobierczyni hipisowskich ideałów skorzystała z równouprawnienia kobiet, walczy z rasizmem, wspiera homoseksualnego syna. Stara się żyć w harmonii z naturą – w scenach, kiedy oddaje się kąpielom w Atlantyku, widać, jaką rozkoszą jest dla niej życie na własnych zasadach. Nie da się tego zamienić na pieniądze oferowane za przeprowadzkę. Ale też, czego bohaterka zdaje się nie rozumieć, nie sposób zahibernować nawet najlepiej urządzonej rzeczywistości. Kurczowo trzymając się status quo, nie wygra w urynkowionym świecie, gdzie liczy się wieczna zmiana, nieustanny rozwój. W jego imię nawet najbardziej postępowe jednostki sprowadzone zostają w końcu do reliktów przeszłości. Clara, która kiedyś ściągała do Brazylii muzyczne nowości (takie jak „Another One Bites the Dust” grupy Queen), dziś nie potrafi sama zgrać empetrójek na telefon, prosi o to bratanka.

O ileż zgrabniej Mendonça Filho ukazał mechanizm „wyłączania” starzejących się jednostek z życia społecznego niż jego zeszłoroczny konkurent do Złotej Palmy, Ken Loach, który kazał swojemu Danielowi Blake’owi ciągnąć myszką po ekranie. Wielka w tym także zasługa damy i seksbomby brazylijskiego kina – Soni Bragi, której wybitna rola w „Aquariusie” jest czymś więcej niż tylko przypomnieniem o sobie. Jest protestem przeciwko przezroczystości kobiet „w pewnym wieku”, podobnym, jakim w „Glorii” Sebastiana Lelio był występ Pauliny Garcíi. Filmy te zresztą stanowią podobny rodzaj peanu na cześć kobiecości, która  nie sprowadza wyłącznie do piękna fizycznego ani laurek za wywiązywanie się z ról żon czy matek. Co ważne, jednocześnie tych ról nie bagatelizują, pokazują, że można czerpać z nich siłę i radość, że są ważnym składnikiem tożsamości. „Aquarius” wydaje się przy tym znaczeniowo bogatszy – staje nie tylko w kontrze do ageismu, ale i klasizmu, problematyzując i pod tym kątem Clarę i świat przedstawiony.

„Aquarius”, reż. Kleber Mendonça Filho. Brazylia 2016, w kinach od 30 czerwca 2017„Aquarius”, reż. Kleber Mendonça Filho. Brazylia 2016, w kinach od 30 czerwca 2017Na drugim planie obserwujemy tu bowiem sprzątaczki, pomoce domowe, nianie, które całe życie poświęciły nieswoim rodzinom. „My ich wykorzystujemy, oni nas okradają i tak to się kręci” – mówi o nich w pewnym momencie bratanica Clary. Bohaterka, jak się okaże, posiada pięć mieszkań i sporo oszczędności – sprzeciwiając się wysiedleniu, wcale nie jest takim maluczkim Dawidem. Wkłada kij w szprychę młynów wielkiego kapitału nie w obronie uciskanych przez bezduszny biznes, ale – dokładnie tak jak deweloperzy – w imię własnego interesu. Inaczej jednak niż oni, postrzega go nie tylko w kategoriach finansowych, lecz także jako strefę komfortu. Nie rozumie tylko, że pozostając w nieustannej konfrontacji, komfortu i tak nie utrzyma – za bycie „niepokorną, niezłomną, wyklętą” płaci się wysoką cenę. Clara staje się coraz bardziej nerwowa i samotna, nawet własne dzieci nie wspierają jej walki. Mimo to, nie odpuści. Nie potrafi iść na kompromisy.

Właśnie tu rodzi się moja wątpliwość co do przekazu filmu. Dopingowana przez reżysera nieustępliwość Clary, zapierającej się w „Aquariusie” niczym Drzymała w swoim wozie, może i jest heroiczna, ale na dłuższą metę musi okazać się destrukcyjna. Dla otoczenia i dla niej samej. Coraz bardziej nabuzowane tornado w końcu wybucha. Bohaterka mówi, że poczuje się lepiej, jeśli chociaż popsuje humor swoim adwersarzom. Ile złych emocji trzeba w sobie mieć, by powiedzieć coś takiego? Ale też – jaki w tym sens? Choć w walce z Goliatem kibicować powinno się Dawidowi, w tym momencie życzyłem już Clarze tylko tego, by odłożyła kamień. Poszła popływać, poleżała na hamaku, posłuchała muzyki – nawet, jeśli musiałaby to zrobić w innej dzielnicy. Zasłużyła.