POWOLNOŚĆ: Telewizja ogląda widzów
tpmartins CC BY-NC-SA 2.0

12 minut czytania

/ Film

POWOLNOŚĆ: Telewizja ogląda widzów

Darek Arest

Mamy w dziedzinie telewizyjnej powolności własne osiągnięcia – kiedy „Klan” przestał udawać brazylijską telenowelę, przeszedł zadziwiającą przemianę w serial o stygnącej herbacie i świecie, w którym wszystko jest zawsze po staremu

Jeszcze 3 minuty czytania

Nie, ja już chyba zgłupiałem, żeby patrzeć na talerz. No naprawdę, ja chyba jakiś debil jestem. W telewizji pokazują talerz, a ja tępo patrzę się w ten talerz (…). Żaden tam kosmiczny talerz. Zwykły talerz, no. Pokazują w telewizji jak się robi talerz widocznie. Taki jakiś z kwiatkami, czy ptaszkami. No paranoja! Aż mówię do żony, znaczy byłej żony, tylko razem telewizję oglądamy:
– Ty też patrzysz na ten talerz?
– Też
Przez kwadrans patrzyliśmy we dwójkę na talerz.

To Adaś Miauczyński. Niespełniony reżyser, nieukojony kochanek, zrozpaczony bohater „Nic śmiesznego” Marka Koterskiego. Trudno o lepszą metaforę pasywności: życie wali mu się w gruzy, a on ogląda w telewizji talerz. Banał, w którym odbijają się egzystencjalne lęki: „prawdziwe życie” na pewno jest gdzieś indziej (na innym kanale?). Ale co tam kwadrans! Pociąg z Bergen do Oslo potrzebuje na przebycie tej trasy ponad 7 godzin, a norweska telewizja publiczna relacjonowała to wydarzenie – zgodnie z tytułem programu – minuta za minutą. Jakby tego było mało, transmisja okazała się sukcesem, inspirując podobne inicjatywy w innych krajach i przecierając drogę kolejnym hitowym produkcjom NRK: 12-godzinnej transmisji palenia drewna w kominku, maratonowi szydełkowania oraz relacji ze 134-godzinnego rejsu z Bergen do Kirkenes. Bez cięć montażowych, minuta po minucie. I znowu się spodobało.

Sensacja na plaży w Darłowie

Można wzruszyć ramionami. Po pierwsze, wiadomo, Skandynawia. Tu działają pomysły i instytucje, które gdzie indziej istnieją jedynie jako mgliste koncepcje (na przykład taka telewizja publiczna). Po drugie – może po prostu wahadło odbiło po prostu w drugą stronę? Zdesperowana telewizja wciąż szuka krzykliwych skrajności, a ponieważ w temacie „fast” wyczerpała wszystkie możliwości, robi zwrot o 180 stopni i sięga po modne „slow”. Po szokujących reality shows, relacjonowanych na żywo wojnach, teleturniejach ze słoniami balansującymi na linie, przyszedł czas szydełkowania (przynajmniej w Norwegii – patrz punkt pierwszy). Wreszcie, po trzecie: potrzeba zwolnienia nie musi być niczym nowym, nowa jest tylko możliwość jej zaspokojenia. Coraz liczniejsze media mogą i muszą zadowalać się mniejszymi kawałkami tortu – krojąc przekaz pod konkretnego odbiorcę, wykroją czasem coś dziwnego. Ale czy telewizja, która przegrała walkę o szybkość z internetem, może wygrać z nim potyczkę o powolność?

Podlasie Slow Fest

Między 1 lipca a 17 września 2017 w Supraślu odbywa się pierwsza edycja festiwalu Podlasie Slow Fest, skierowanego do osób poszukujących kameralnych wydarzeń kulturalnych, wyciszenia oraz alternatywnych form spędzania wolnego czasu. Festiwal z założenia ma być rozciągnięty w czasie – przez dwa i pół miesiąca odbywać się będzie jedno lub dwa artystyczne wydarzenia dziennie, co ma sprzyjać uważniejszemu odbiorowi sztuki oraz kontemplacji.
Program i opis idei festiwalu


Stacje telewizyjne, które obiecują, że będą dla swoich widzów całym światem, to wyspy na oceanie kanałów tematycznych, a nawet te ostatnie nie mogą przecież konkurować na poważnie z internetem. W sieci każdy widz sam dba o swoje potrzeby, streamuje albo zasysa to, co lubi, kiedy mu pasuje, ze źródła, które przemówi do jego wrażliwości. Zamiast hollywoodzkiego hitu może podglądać wysiadującego jaja sokoła wędrownego, a jeśli wokół kamerki umieszczonej na Time Square, czy na plaży w Darłowie zrobi się zbyt tłoczno, za parę złotych może kupić tanią kamerkę sieciową i urządzić sobie prywatne slow tv. Serwisy webcamowe, które umożliwiają podgląd na żywo tysięcy miejsc na całym świecie, nie wzbudzają dziś przesadnych sensacji. Różnica między nimi a norweskim eksperymentem telewizyjnym to aspekt wspólnotowy: 134-godzinny rejs z Bergen do Kirkenes podglądała w tym samym czasie blisko połowa norweskiej populacji. Wynik dość szokujący, nawet jeśli uwzględnić, że dotyczy raczej fragmentów, niż całości transmisji.

Może tu tkwi tajemnica sukcesu – nie w samej treści przekazu, ale w sposobie odbioru, do jakiego zachęca. Widzowie mogą dołączyć do transmisji i opuścić ją, kiedy przyjdzie im na to ochota, nie trzeba ich wprowadzać w akcję, nęcić widmem odpowiedzi, które pojawią się w finale. To telewizyjny festiwal, na którym wszyscy się spotykają, choć każdy przechodzi przez niego swoją drogą, robiąc przerwy na obiad i spotkania ze znajomymi. Podobną konwencję i temperaturę mają w telewizji wybory prezydenckie, finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy te mniej telewizyjne wydarzenia sportowe: mityngi lekkoatletyczne, skoki narciarskie, snooker i kolarstwo. Przekazy, które nie terroryzują odbiorców, zgadzają się na odgrywanie roli tła. Wybaczają szybki wypad do kuchni (czy nawet do sklepu), chwilową zmianę kanału, dodatkową lekturę, bardziej lub mniej udane symulowanie uczestnictwa w rozmowie. Kto więc zadecydował, że są to wszystko „mniej telewizyjne” przyjemności?

Telewizja jako nieustający teledysk

Pomysł, że to szybkość jest żywiołem telewizji w Polsce, wiąże się z perspektywą transformacji. Nawet jeśli wcześniej telewizja była oknem na świat (przybrudzonym i przesłoniętym propagandową firanką), to w latach 90. dostała ostrego przyspieszenia. Do polskich mieszkań i odbiorników wciśniętych w meblościanki zaczęła wlewać się gwałtownie amerykańska popkultura lat 80. Podstawą telewizyjnego menu stały się lekko przechodzone filmy i seriale, kupowane hurtowo po atrakcyjnych cenach. A że lata 80. to wybuch popularności teledysku, to właśnie jego estetyka wyznaczała polskie standardy nowoczesności (szefostwo MTV przypisywało sobie w swojej skromności nawet zasługę obalenia Muru Berlińskiego). Miarą jego sukcesu są wykute wtedy i żywe do dziś inwektywy. „Teledyskowość” – rozumiana jako szybki montaż, powierzchowność, obrazkowość, barwna jaskrawość, efekciarstwo, desperackie zabieganie o uwagę – zlała się z „telewizyjnością” i rozlała na inne media (a nawet na dizajn i architekturę).


Duch telewizji rozpanoszył się w radiu – prywatne rozgłośnie utopiły słuchaczy w dżinglach, zagadały luzackimi prowadzącymi, wypluwającymi słowa z prędkością karabinu. „Nie jesteśmy telewizją, ale robimy co możemy” – mawiali z przekąsem dziennikarze radiowej Trójki, choć przecież to telewizja zawsze naśladowała radio. Programy sprzed epoki „infotainment” wyglądają, jakby powstały w wyniku wprowadzenia kamer filmowych do studia radiowego (ten format przeżywa dziś wskrzeszenie w sieci – stacje radiowe realizują nagrania wideo albo transmisje na żywo z nadawanych na radiowej antenie audycji). Radiowy charakter zachowały opery mydlane – jeden z najważniejszych telewizyjnych gatunków, w którym rozrzedzona do granic fizycznej możliwości akcja zamknięta jest w dialogach. Czas zastyga w miejscu, bohaterowie prowadzą tygodniami jedną rozmowę, obraz wlecze się za dźwiękiem na doczepkę, a fakty powracają jak echo – nie ma obawy, że stracimy wątek odrywając oczy od ekranu. Mamy w dziedzinie telewizyjnej powolności własne osiągnięcia – kiedy „Klan” przestał udawać brazylijską telenowelę, przeszedł zadziwiającą przemianę w serial o stygnącej herbacie i świecie, w którym wszystko jest zawsze po staremu.

Kiedyś Wojciech Mann podskakiwał i fikał koziołki, parodiując wesołkowatego Jacka Kawalca, który prowadził kolejny odcinek popularnej „Randki w ciemno”. Dziś telewizyjne „fast” wydaje się odporne na parodię. Od latających kamer, wymyślnych animacji i połączeń satelitarnych w serwisach informacyjnych, po tancerki flamenco wyskakujące zza kotary, by uatrakcyjnić 30-sekundowy fragment muzyczny w popularnym teleturnieju – trudno telewizję przejaskrawić, zrobić coś, czego sama by sobie wcześniej nie zrobiła. Nawet sport okazał się dla niej nie dość dynamiczny, zaczęła więc wpływać na kształt samej rozgrywki. Współczesna koszykówka i siatkówka to produkt telewizyjny, docięty do potrzeb nowoczesnej ramówki, ze zmyślnie zaplanowanym miejscem na przekaz reklamowy. Na tym tle klasyczna amerykańska publicystyka telewizyjna w rodzaju „Firing Line” Williama F. Buckelya z lat 60. wydaje się szalona w swojej powściągliwości. Powolny rytm, długie pauzy, nierozładowywane przerywnikami napięcie mają w sobie coś hipnotycznego, raczej awangardowego, niż anachronicznego.

Zapatrzeni w kominek

Jeśli uznać telewizję za zwierciadło społecznych potrzeb, kompensujące rozmaite niedobory, slow tv byłaby dowodem, że norweskie społeczeństwo ma dziś potrzeby zasadniczo inne od polskiego, choć i u nas powrót na antenę „Pegaza” czy „Sondy” wywołał zaskakujące emocje. Być może narodziny wolnej telewizji są naturalną konsekwencją symbolicznej śmierci teledysku – mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pociąg z Bergen do Oslo wyruszał w swoją podróż na antenie NRK2 (2009), MTV wyrzuciła ze swojego logo słowa „music television” i skupiła się na promocji reality shows – formatu będącego kompromisową fuzją slowfast (2010).


Dziennikarze piszący o norweskim fenomenie czują się w obowiązku szukać jego korzeni w kultowym anty-filmie Andy’ego Warhola „Sleep”, który relacjonuje pięciogodzinną drzemkę jego przyjaciela – Johna Giorno. Warholowi daleko do precyzji, z jaką zwolnieniem posługują się dziś w kinie Cristi Puiu czy Michael Haneke. Jego prowokacja zawiera się nie tyle w samym obrazie, co w sytuacji – ludzie z nabożeństwem oglądają na wielkim ekranie banał: śpiącego mężczyznę, majestatyczny widok („13 jezior” Jamesa Benninga), płynący patyk („Five Dedicated to Ozu” Abbasa Kiarostamiego). Artysta w tej sytuacji zawsze wygrywa. Widzowie albo czerpią z tej sytuacji jakieś głębokie duchowe profity, albo wychodzą (kontrowersja!), albo kompromitują się zaciskając zęby i wyczekując niecierpliwie końca seansu, zamiast zrobić ze swoim czasem coś konstruktywnego, na przykład samemu się zdrzemnąć. Gdyby przenieść sytuację przed ekran telewizji, niewiele zostałoby z prowokacji – jedni by posnęli, drudzy zmienili kanał, jeszcze inni – wpatrywali się z ponurą determinacją, niby Miauczyński w talerz. Dla prozy i banału telewizja jest przecież środowiskiem naturalnym.

W kinie spowolnienia używa się dziś głównie dla wzmocnienia poczucia autentyczności. Ciągłe, niemontowane ujęcia lepiej ukrywają obecność pociągającego za sznurki autora. Czas ekranowy zlewa się z rzeczywistym, pęka konwencja, pada trochę bariera ekranu. W telewizji jest podobnie. Prowadzący późnonocną audycję zapomina, że jest na antenie, komentatorzy wyścigu kolarskiego wymieniają hermetyczne żarty. Niedomagające się uwagi media lepiej sprawdzają się w roli towarzysza, zapewniają poczucie jeśli nie współuczestnictwa, to chociaż współistnienia w tej samej czasoprzestrzeni. Odwracając się od ideologii i manipulacji, po prostu relacjonują coś, co się dzieje, i zapraszają do współuczestnictwa. Zamiast atakować treścią, chłoną emocjonalne potrzeby widza. Wśród rodziców niemowlaków wielkim powodzeniem cieszy się udostępniony na Youtubie dźwięk suszarki (13 milionów wyświetleń). Pracujący w domu freelancerzy chętniej wybierają zapętlony 10-godzinny klip z „dźwiękami biura”. Można oczywiście zapytać: po co oglądać telewizję, zamiast samemu przejechać się pociągiem, czy wziąć za szydełkowanie? Gdybym miał okazję przejechać się norweską koleją z Bergen do Oslo, artykuł o telewizyjnej powolności byłby gotów pewnie już jakiś czas temu.


Cykl tekstów o POWOLNOŚCI powstaje we współpracy ze Stowarzyszeniem Nowe Horyzonty, organizatorem festiwalu Podlasie Slow Fest, który odbywa się w dniach 1 lipca-17 września 2017 w Supraślu.

.