Jeszcze 2 minuty czytania

Joanna Krakowska

KONFORMY: Żadnych ofiar

Joanna Krakowska

Joanna Krakowska

Chcemy od dyrektorów, kuratorów, urzędników i artystów odwagi i solidarności w obronie wolności artystycznej, choć pociąga to za sobą jakieś ewentualne ryzyko, jakieś może kłopoty, coś w rodzaju konsekwencji

Niektórzy uważają, że teatr znajdował zawsze upodobanie w ofierze, wręcz się w niej lubował, i uznają, że takie są jego źródła – widowiska ofiarnicze wszelkiego rodzaju, od składania danin bogom po lincze, od publicznych kaźni po wielkanocne rytuały. Irracjonalne ofiary tragedii antycznych, okrucieństwo na górze Moria i chrześcijański mit założycielski ufundowały więcej niż teatr, choć teatr przede wszystkim, bo ofiara domaga się spektaklu jako jedynej tak naprawdę możliwej gratyfikacji. Umówmy się, mało kto wierzy w odkupieńczą skuteczność cudzego bólu wobec naszych przewin. Ale co widowisko to widowisko – w pamięci pozostanie i będzie powtarzane w nieskończoność, stając się rytuałem. Ale można też uważać inaczej. Że teatrowi nie wolno odtwarzać rytualnych ofiar, ale powinien je kwestionować, nie może sankcjonować cierpienia, ale ma je piętnować.

Tymczasem, żeby poradzić sobie z nieczystym sumieniem z powodu bezsensownych śmierci, wymyśla się takie zgrabne frazy, jak „ofiary nie poszły na marne”, choć oczywiście poszły, i upamiętnia się je, żeby tym łatwiej się pocieszyć. Najbardziej przewrotna forma tej pociechy to mesjanizm – tu ofiara znieczula się manią wielkości i, co więcej, zaraża nią zbiorowość, anihilując za jednym zamachem zarówno domniemywany sens ofiary, jak i możliwą refleksję nad jej bezsensownością. Naród wybrany nie musi sobie zwracać głowy innymi, wszak się dla nich poświęca. Aktualnie na przykład poświęca się, biorąc na siebie odium rasizmu i nieczułości, bo wspólnie z Klaunem buduje przedmurze i ratuje Cywilizację Zachodu.

Skutki porzucenia ofiarniczego paradygmatu, który jest mitem założycielskim wiary katolickiej, historii narodowej i polskiego imaginarium z kanonem literackim na czele, byłyby prawdziwie rewolucyjne. Gorzej jednak, że nie wystarczy ogłosić – jak Maria Janion w posłaniu do Kongresu Kultury – że mesjanizm to przekleństwo, bo lata edukacji emocjonalnej, sentymentalnej i moralnej przeorały mózgi siedmiu pokoleniom, które nawet nie wiedzą, kiedy same reprodukują kult ofiary. Ostatnio obnażył to dosadnie Oliver Frljić, który po prostu odmówił uczestnictwa w ofiarniczym spektaklu i nie przyjechał do Polski, skoro mogły go tu spotkać nieprzyjemności – od wielogodzinnych rozmów w prokuraturze po wysłuchiwanie okrzyków „śmierć wrogom ojczyzny”. Ten gest odwrócenia się na pięcie – „pomogłem wam powiedzieć to, czego sami nie umieliście, ale nie mam zamiaru się narażać i odgrywać rolę ofiary (waszą ulubioną)” – jest jego równie mocnym, a może i mocniejszym przekazem niż ścinanie krzyża na scenie. Walcie się ze swoim mesjanizmem, cierpiętnictwem i wyobrażeniami o honorze, jestem reżyserem teatralnym, a nie Księdzem Piotrem i waszą niańką – mówi Frljić i ma oczywiście rację.

Co z tego, kiedy podświadomie czekamy na rany, więzienia i prześladowania, bo wydają się nam nieuchronne, a staną się takie rzeczywiście, kiedy wokół odpowiednio wysoko wyrośnie mur strachu, kalkulacji, konformizmu i przyzwolenia na dwójmyślenie. Tyle że właśnie w ten sposób pakujemy się w paradoks: chcemy od dyrektorów, kuratorów, urzędników i artystów odwagi i solidarności w obronie wolności artystycznej, choć pociąga to za sobą jakieś ewentualne ryzyko, jakieś może kłopoty, coś w rodzaju konsekwencji. Czy to już ofiara, czy jeszcze nie? Czy to już poświęcenie, czy tylko bardziej lub mniej kosztowna przyzwoitość? Gdzie przebiega granica między integralnością a prometeizmem? Jak być uczciwym, ale nie dać się złapać w pułapkę gloria victis, Galilaee, vicisti i święta Winkelrida. Trudno nie pomyśleć, że odrzucając wzorzec ofiarniczy, jednocześnie nie bardzo umiemy wyobrazić sobie siłę polityczną bez męczeństwa. Obecna władza najwyraźniej tak właśnie sądzi, więc ani na chwilę nie porzuca swego wszechstronnego statusu ofiary (losu, komuny, spisku, transformacji, zamachu), który pielęgnuje w sobie i kultywuje na zewnątrz.

Tymczasem więc grozi nam permanentne rozdarcie. Z jednej strony tęsknota za bohaterką, z drugiej chęć zakazania bohaterstwa. Z jednej strony fantazja o ofiarach, które wzmocnią i nagłośnią naszą rację, z drugiej pragnienie, by za wszelką cenę łagodzić cierpienia. Z jednej strony podziw dla poświęcenia, z drugiej szczera złość na męczennictwo. Wydaje się więc, że są tylko dwa sposoby na przezwyciężenie martyrologiczno-mesjańskich fantazji. Albo wszyscy staniemy się mesjaszkami, albo przestaniemy oczekiwać od innych, by za nas cierpieli. To pierwsze jest proste – wystarczy solidarność, to drugie jest jeszcze prostsze – wystarczy uznać wszelkie cierpienie za zło. Szkoda, że jedno i drugie wydaje się niemożliwe.

Jak wiadomo, są trzy przeciwwskazania do karmienia piersią: otwarta gruźlica, zaawansowany nowotwór i niechęć matki. Jest kilka wskazań do usunięcia ciąży – jednym z nich jest wola kobiety. Integralność cielesna jest prawem człowieka – nikt nie może nakazać drugiemu oddać krwi ani nerki, karmić piersią ani donosić niechcianej ciąży. Naruszenie cudzej integralności cielesnej jest torturą. Tortury są zakazane, wymuszanie ofiary to przestępstwo. Dać nam do myślenia powinno więc oszczędzanie na znieczuleniach w watykańskim szpitalu dziecięcym nomen omen Bambino Gesù (Dzieciątka Jezus), koniec ze standardami „Rodzić po ludzku”, likwidacja oddziałów geriatrycznych i oświadczenie ministra zdrowia, że nie przepisałby tabletki ellaOne zgwałconej kobiecie.

Dowartościowanie i uwznioślenie cierpień to zarazem część bogoojczyźnianej tradycji, w której dobrowolna ofiara i świadome męczeństwo w imię wyższej sprawy jest godne najwyższego szacunku. To kwestia, która wymaga czym prędzej gruntownego przemyślenia, a najlepiej odwrócenia wektorów wartości – by uwznioślić, dowartościować, otoczyć szacunkiem i podziwem wszystko, co służy redukcji cierpień i minimalizowaniu ofiar. Nie ma żadnych gwiaździstych dyjamentów na dnie popiołu. Za to między mesjanizmem, karmieniem piersią, Frljiciem, ministrem Radziwiłłem a opozycyjną strategią na przyszłość jest ścisły związek.