Patrzeć bez końca

14 minut czytania

/ Film

Patrzeć bez końca

Urszula Zajączkowska

Wchodzimy w ten wcześniej niedostępny dla nas – szybkich mrugaczy – świat roślin i już z niego nie wyjdziemy. Kępy traw w płytach chodnika, łany żyta, gerbery w kwiaciarni, glony w rynnie i cały las. Wszystko to się rusza

Jeszcze 4 minuty czytania

Śledzenie ruchu roślin byłoby dla mnie zbyt trudne, gdyby nie pomysł Ibn al-Hajsama z 1021 roku na przechwytywanie obrazów przez wąską szczelinkę skrzynki, po to, by dokładnie te same, odwrócone, zamknąć na jej wewnętrznej ściance. Camera obscura wciąż działa, tak jak wciąż działa światło. Podobnie fotografowanie – jest nadal przerywaniem ciągłości czasu i rysowaniem jego światłem. Więc i ja, mimo że filmuję rośliny w badaniach botanicznych, używając do tego sprzętu straszliwie nowoczesnego, wykonanego w dalekiej Japonii, z obiektywami z niemieckiego szkła, tak naprawdę nic innego nie robię, jak tylko wykorzystuję te same prawa optyki, co zawsze i wszędzie, i tylko obraz rzucam na wewnętrzną ścianę pudełka.

Jednakowo pewnie ruszają się rośliny, choć my, ludzie, całkiem dopiero od niedawna przyjmujemy myśl, że ten ruch roślin w ogóle się wydarza. W każdej chwili polegamy tylko na własnym, niedoskonałym patrzeniu, które w swej gwałtowności nie pozwala nam zauważyć przemieszczenia nieco wolniejszego, właśnie takiego, jakie cechuje rośliny. Z perspektywy botanika myślę, że może to i dobrze, bo co zrobić ze świadomością, że całe runo w lesie tańczy, że wierzchołki roślin zielnych zamykają w tańcu obwód okręgu średnio co dwie godziny? Jak ułożyć w świadomości to, że rośliny, w swojej skali czasu, rosną całkiem żywiołowo, często pulsem nie tylko dnia i nocy, ale swoim, własnym, wynikającym z charakteru, specyfiki – dokładnie takiej zmienności, która pozwala nam rozróżnić pokrzywę od fiołka. Co zrobić z nieoznaczonością tych różnic?

Jak rozumieć, że poszczególne gatunki nieco inaczej się poruszają? Może ich ruchy powinno się katalogować, dokładnie tak, jak powstają atlasy z cechami morfologii roślin – bo ludzie przecież, patrząc na kwiat, liść czy owoc, segregują rośliny do poszczególnych szufladek zaetykietowanych w formie nadanej przez język i kulturę.

Ruchy roślin są jednak elementem wciąż mało istotnym w badaniach botanicznych i myśleniu o roślinach w ogóle. Dlaczego? I jaka szkoda! Wchodzimy w ten wcześniej niedostępny dla nas – szybkich mrugaczy, analizatorów linijkowych, segregatorów roślinnych bytów – świat i już z niego nie wyjdziemy. Patrzenie zostaje odmienione. Kępy traw w płytach chodnika, łany żyta, gerbery w kwiaciarni, glony w rynnie i cały las. Wszystko to się rusza.

Jeśli roślina tańczy swoistego walca, jej wierzchołek pędu i jej wierzchołek korzenia rysują w przestrzeni okręgi, elipsy (ruchy nutacyjne) – to znaczy też, że właśnie w tym czasie rośnie. To dokładnie wtedy roślina się wydłuża, wypełnia sobą przestrzeń. Jak zupełnie inne jest to od naszego pospolitego podnoszenia ręki czy wysuwania nogi do przodu, kiedy chodzimy. To kolejny dowód na to, że patrząc na rośliny, w ogóle nie powinniśmy widzieć w nich stworzeń prymitywnych, według jakiegoś ludzkiego kryterium gorszych. Inność roślin wyraża się głównie tym, że one nie muszą zabijać, by się odżywiać, oraz tym, że są przyszpilone do miejsca życia na zawsze, umierają dokładnie tam, gdzie powstały.

Filmowanie roślin metodą poklatkową jest formą zapisywania przemian w ich ciele, w postaci ciągle tylko szkicu, zachowanego w bardzo grubym notesie, kartka za kartką, klatka za klatką, co kilka, kilkanaście minut. Odtwarzanie tego dokonuje się przez uwolnienie całego pliku, by kolejne strony pojawiły się na ułamek sekundy, budując złudę płynnego ruchu. Jeśli aparat odsłania migawkę co 15 minut, a ja potem z powstałych zdjęć montuję film o czasie odtwarzania 24 klatek na sekundę, to w 4 sekundach takiego filmu mieści się cała doba. Taki film pozornie wygląda na płynny – ale w rzeczywistości przecież jest tylko poszatkowaną ciągłością czasu, w 15-minutowych interwałach. A co pomiędzy tym? Zagęszczam więc częstotliwość fotografii do 5 minut – ale pytanie pozostaje to samo: co się tam działo w czasie 4 minut i 59 sekund, kiedy aparat tego nie widział? Można więc ściskać ten czas coraz gęściej, stężać go w nieskończoność, ale wiele to nie zmieni, bo wciąż mamy jednak nie aż tak wydajne mózgi i precyzyjne oczy, by taką ilość danych upchanych w wysokich hercach przełknąć i jeszcze coś z tym dalej zrobić.

Nie mówiąc już o najważniejszym dla mnie efekcie (absolutnie niepotrzebnym w świecie pracy naukowca, gdzie każdy eksperyment musi być spieniężony w postaci artykułu o wysokim punkcie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego) – o zachwycie. Zachwyt, który wzrusza, otwiera oczy na niewidzialne i pociąga dalej, odważniej w myślenie na temat odbierania czasu i przestrzeni przez rośliny. Zachęca do eksperymentowania i zwykle uderza z impetem we wszystkie niedoskonałe próby empirycznego dowodu na sam ten zachwyt.

Dlatego staram się filmować właściwie wszystkie formy i stany roślin, jakie bywają u mnie w laboratorium (zaczynając od roślin wodnych, przez mchy, drzewa, a kończąc na kaktusach). Filmuję je także wtedy, gdy hoduję je tylko, jak rolnik kury, do ścięcia. Na tym przykładzie widać sześć dni rosnącej mięty, która potem była analizowana anatomicznie. Tu jest jej wspomnienie. Łodyga kanciasta w mikroskopie skaningowym.

Przekrój poprzeczny przez łodygę mięty pieprzowejPrzekrój poprzeczny przez łodygę mięty pieprzowej

Na filmie w tej prędkości widać, że roślina jest żywiołowa, przepełniona jakąś niemal radosną witalnością. Nie przeszkadza jej fakt, że ani razu nie zaznaje nocy. A przecież rytm dnia i nocy jest tak pięknie wspólny dla nas wszystkich – roślin i zwierząt. Jednak gdy roślina zbyt długo rośnie w obfitości światła, po pewnym czasie ma dość. Mówi się, że przeżywa stres oksydacyjny – dokładnie to samo co my po kolejnej kawie szczypiącej nasze komórki w dzień, po nocy, której dla nas nie było. Roślina korzysta intensywnie z obfitości światła, więc i rośnie. Przez jakiś czas będzie jej to szło doskonale. Wtedy właśnie nastawiam aparaty. Bo tańczą rośliny duże i małe, te ledwo co i dominatorki, te z boku i te w środku, rosną.

W tej postaci widać w ruchu przestrzenne stosunki między osobnikami. Mamy czas, zmianę wysokości, ale i relacje między konkretnymi roślinami, które w przeciwieństwie do większości z nas przez całe życie są zmuszone do życia obok siebie. Kiedy nie ma się oczu i uszu, a wciąż jeszcze żyje – to bardzo ważne, by wiedzieć, co się dzieje dookoła. Dotyk roślin w grupie, rytm ich wspólnego ruchu, głaskania się i odpychania jest jednym z sygnałów zaświadczających, że kierunek wzrostu został obrany prawidłowo, bo w kinetyce i geometrii jest bardzo podobny do tego, jaki jest u innych, bliskich.


Geometryczne podejście do czasu, jak do skali linijki, na której przykładowo 0 traktujemy jako teraz, -x to wspomnienia i +x to przyszłość, albo inaczej, w postaci okręgu tarczy zegara nawijającego na szpulę nić istnienia (naszego, w sensie wszystkiego tu) – takie myślenie zostało przełamane absolutnie przez Einsteina. Ale ja go wolę nie słuchać, kiedy tak prosto mierzę rośliny, bo same w nich podziały komórek są szaleńczo nieskończone w swojej zawiłości, kwitujące figą z makiem głębsze próby pojęcia zjawiska. Dlatego w tych wszystkich zielonych przypadkach używam tylko linijki (tzn. współrzędnych kartezjańskich) i zegarka (wierząc pospolicie, że sekunda to 1/86400 część średniej doby słonecznej).

Czasem jednak linijka zawodzi, optyka zawodzi, bo obraz pulsującej rośliny, wrastającej w przestrzeń, wychodzi spoza pola ostrości. Z jednej strony mnie – jako analizatora kinetyki i podziałów komórkowych rośliny – powinno to może trochę irytować, zmuszać do kolejnych powtórzeń (bo jak to zmierzyć?). Ale jest też i tak, że właśnie wtedy mam szczególny czas do zachwytów. Tak jak tu.


Ta młoda roślina ma początkowo 8 mm wysokości, potem nieco więcej. Wciąż jednak ucieka ostrości obrazu. Nie mierzę, nie liczę, nie kreślę wykresów, tylko patrzę. W tym czasie niekiedy tylko siłuję się sama z sobą – ktoś, kto widzi pojawianie się na pędzie modułów, nowego międzywęźla, dorastanie liści, podziałów w merystemie wierzchołkowym (czubek dziko aktywnych komórek) – siłuje się z kimś, kto właśnie tylko patrzy. Wtedy można zobaczyć też tło. Co z tego, że ono już całkiem jest nie do policzenia, nie do mierzenia – zielone, całkiem rozmazane, ale wciąż poruszające się tło. Żywe przejścia tonalne tworzone przez roślinę tylko o tydzień starszą, poza ogniskowaniem soczewki i naszej jednoznacznej percepcji. Więc pytam, co daje mi ten nakaz: mierzyć tylko to, co jest wyraźne? Dlaczego tylko to ma być podstawą mojego opisu? Dlaczego ludzie patrzą na rośliny głównie wtedy, gdy są wyprostowane, pełne, jak w podręcznikach i rysunkach dzieci? Fascynujące jest przecież roślin pękanie, rozwarstwianie i umieranie.

Wielokrotnie obserwuję śmierć rośliny z jej zachłanności. Darwin byłby zadowolony. Selekcja kiepskich pomysłów na życie. Tak jak ona, rozpędzona do żarówki 800W, zanurzona w bogatej ziemi, nawadnianej co 6 godzin. Widać, że rośnie szybko, pulsuje, gdy woda z automatycznego zakraplacza zasili glebę i zaraz zwiększy ciśnienie w tkankach liści i pędu. Roślina z miejsca się napręży. Niestety, ekonomika wzrostu, brak inwestycji w tkanki wzmacniające (jak np. sklerenchyma) powoduje, że kolumna łodygi załamuje się. To dla niej koniec. Mogłabym ją uratować, wspomóc regenerację. Nie zrobiłam tego, dokładnie tak samo jak ci z BBC, którzy filmowali ginące w bagnie antylopy. Ja wtedy, w wieku 8 lat nie mogłam się nadziwić, że te sukinsyny im nie pomagają, ale nagrywają tę tragedię. Sama to teraz robię, patrzę na skończenie. Ta przełamana roślina wciąż pulsuje, czyli transportuje wodę, przeprowadza fotosyntezę, i będzie to robiła jeszcze trochę. Ty taką wyrwiesz pewnie z ziemi, uznając ją za martwą, a na pewno do niczego, jedynie dlatego, że widzisz tylko jedną klatkę jej filmu, całkiem statyczną, na której ona leży i nie wygląda już jak kiedyś.


W wielu przypadkach doszukiwanie się emocjonalnych ekspresji w zjawiskach roślin jest całkowicie nieuzasadnione, tak prawi nauka. Oczywiście w każdej naukowej dysertacji też tak piszę, bez dwóch zdań, mocno zasłaniając się liczbami i poważną miną. Swoje jednak wiem. Jesteśmy wszyscy zbudowani z tych samych liter 92 pierwiastków i umieszczeni w tej samej fizycznej przestrzeni, sprawiedliwie rozporządzającej swoimi prawami, którym podlegamy naprawdę wszyscy. Dlatego wszystko wydaje się podobne do wszystkiego. Pokazuje to doskonale geometria: nerwy w liściu i nerwy w skrzydełku ważki, spękania gleby, zmarszczki.

Przebywanie z roślinami długo, dłużej niż z ludźmi, jak jest w moim przypadku, napełnia mnie przekonaniem, że idea inteligencji roślin, poszukiwanie na to dowodów, to bardzo ważny kierunek dla rozwoju człowieczeństwa w ogóle. Może spadnie z nas trochę pychy, pazerności na rzecz rozumienia i szanowania tego zielonego życia? Wchodząc w kwitnącą łąkę, pełną traw rozmaitych gatunków, wonną od kwiatów i nagrzanych liści, brzęczącą, strzykającą owadzimi językami, idąc tam, oddychając ziołową parą z roślin transpiracji – wielu ludzi wzrusza się, osiąga równowagę, spokój. W pracach mistrzów zen jest opis natury jako miejsca harmonii i spokoju. Jako biolog roślin mam z takim podejściem problem. Bo nie ma spokoju w naturze. Nawet śmierć jest początkiem żarłocznego zajmowania nowopowstałej niszy do życia. Istnieje wyłącznie konkurencja i szaleńczy wyścig. Ta sielska łąka niewiele różni się od relacji w korporacjach na warszawskim Mordorze. Bezwzględny pośpiech i skreślanie słabszych. Ale jakże pięknie to wygląda. Tak jak ta wirująca pszenica w czasie eksplozji pylników. Im szybciej to zrobi, im więcej pyłku rozsypie, tym większy jej zysk i premia. Patrząc na ten jeden drobny przykład, jeden kwiatostan, który jest jak piksel całej matrycy łąki, wyobrażam sobie, co tam się dzieje naprawdę, w ich czasie. Piękne szaleństwo.


Niekiedy też bawię się czasem inaczej, bo go rozcieńczam, zwalniając filmowo. 50 000 klatek na sekundę – oto rozdzielczość obrazu prowadząca do niesamowitych odkryć. W tym zapisie oglądam zjawiska gwałtowne, by rozciągnąć je nieprzyzwoicie i obnażyć do obrazów niewidzialnych dotąd, a przecież wciąż istniejących, jak tu, przy kropli spadającej na liść widłozębu (to mech, który depczesz w lesie). Mchy nie transportują wody w swoim ciele, są jak gąbki. Kiedy jest wilgoć dookoła, to wyglądają jak mchy, kiedy jej nie ma, przypominają zielone siano. Po deszczu jednak odradzają się jak Feniks z popiołów i znowu są jak w atlasie. Jeśli tak, jeśli runo borów pokryte jest często w stu procentach mszakami, to jak to wygląda w czasie prawdziwego deszczu, kiedy miliardy kropel spadają na ich liście? Czym jest więc deszcz z tej perspektywy i w tej skali czasu, jaką widać na tym filmie? Woda idealnie współgra z formą i strukturą liścia. Oblepia ją i obmywa. Niby można to wszystko wytłumaczyć, studiując cechy H2O, jak chociażby jej napięcie powierzchniowe, adhezję, nie mówiąc już o działaniu samej grawitacji. Tak, być może jest szansa to pojąć, ale i tak od tego czasu, tych studiów, kropla deszczu stykająca się z rośliną stała się dla mnie zjawiskiem jednak wcale nienadającym się do analizy.

Tekst jest częścią książki pisanej do serii „Eko” wydawnictwa Marginesy.


Więc dochodzimy do końca, do sedna sprawy, do tej męczarni codziennej, powszechnej, własnej niepełnosprawności w wyrażaniu zjawisk i odkryć, zwyczajnie prostych, niemodernistycznych, całkiem klasycznych: roślina po prostu rośnie, wspina się, wiruje i gdzie kropla spada na liść. A ja konfrontuję się z nieprzemożnym ograniczeniem języka dla opisu spraw najprostszych. Ale już wiem, że mogę chociaż tam iść, mogę próbować, na nowo, bez końca próbować i patrzeć, ciągle tylko patrzeć.

Współfinansowanie:

aaa