Co słychać?
Gustavo Pacheco CC BY-NC-ND 2.0

23 minuty czytania

/ Literatura

Co słychać?

Zofia Król

Tworzona w fejsbukowych postach literatura nie jest już ciekawostką – rozwija się niezależnie od papierowego nurtu, z własną, liczoną lajkami hierarchią autorów, kilkuletnią historią i możliwymi do opisania etapami formowania się gatunku

Jeszcze 6 minut czytania

Pisaniu i mówieniu o Facebooku w kontekście poważniejszym niż potoczna rozmowa towarzyszy nadal często drobny, ale rozpoznawalny odcień zażenowania, wynikający przede wszystkim z językowej obcości. Samo słowo „Facebook” użyte w tekście wywołuje lekkie ukłucie wstydu, jakby przemycało się coś z innego rejestru, niepoprawnego nie tyle politycznie, ile właśnie językowo, zwłaszcza że rzeczownik tak pospolity zapisuje się wielką literą, co przypomina, że owo przytulne niebieskie miejsce w internecie, mimo cech oswojenia, pozostaje przede wszystkim prywatną firmą, która na nas zarabia. Poszukiwanie synonimu nie daje rezultatu, wszelkie próby zastąpienia angielskiego słowa innym okazują się jeszcze bardziej dziecinne. Dość udaną formą była „Książka twarzy” Marka Bieńczyka, ale to określenie raczej wydobywa ze słowa pierwotne znaczenie, niż stanowi jego zastępnik. Jedyne, co możemy zrobić, to spolszczyć pisownię fejsbuka i zrezygnować z wielkiej litery, nie będzie się przynajmniej tak rzucał w oczy. Język nie nadąża za rozwojem rzeczy, i przy tak szybkim tempie zmian w technologiach i tak zwanych – także nieporadnie – mediach społecznościowych nie ma na to żadnych szans. Częste kiedyś narzekania na anglicyzmy brzmią w tym kontekście śmiesznie; jedyne, co możemy dla polszczyzny robić, to dbać o świeże, twórcze przystosowanie słów – jak przynoszące humorystyczny efekt zapisywanie polskimi literami (łol, lajkować) czy tworzenie zdrobnień (jak bunio, od fejsbuka, fejsbunia). 

Niedostosowanie języka przyczynia się także do tego, że nadal rzadko potrafimy o tym, co się dzieje na fejsbuku, poważnie pisać. Choć zajmuje wielu z nas sporo czasu każdego dnia i już dawno przestało być rozrywką w przerwie na kawę. Pisać poważnie, czyli poza atmosferą ekscytacji „nowymi” mediami, które od dawna nie są już nowe, poza złudzeniem, że podglądamy czyjeś prywatne i prawdziwe życie. Analizy ślizgają się po powierzchni zjawiska, w dużej mierze właśnie dlatego, że dostępu do niego bronią słowa, przetłumaczalne, nieprzyswojone, pozbawione kontekstu, źle dopasowane do siebie nawzajem. Tymczasem, jak wszyscy już się zorientowaliśmy, podejmowane w niebieskim okienku aktywności są dla rozumienia współczesności niezwykle ważne. Zaś tworzona w postach literatura, o której tu będzie mowa, nie jest już ciekawostką – rozwija się niezależnie od papierowego nurtu, z własną, liczoną lajkami hierarchią autorów, kilkuletnią historią, możliwymi do opisania etapami formowania się gatunku. Jej bezpośrednia podatność na gusty czytelników jest zbyt jednoznaczna, żeby myśleć o niej jako w pełni autonomicznej, bliższa pozostaje tak zwanej literaturze środka. Ale reguły, jakimi się rządzi, niepostrzeżenie przenikają do literatury papierowej, nie tylko dlatego, że fejsbukowi autorzy często piszą także tradycyjne książki, zanim czy już po tym, gdy zostali gwiazdami internetu – lecz przede wszystkim poprzez tworzenie standardów pisania, reguł formowania wypowiedzi, która złapie uwagę czytelnika. Czytelnik zaś w obu przypadkach – fejsbukowym i papierowym – bywa ten sam. Może tylko w innej chwili swojego dnia.

Gatunki na łolach

Najbardziej oczywiste cechy fejsbukowej literatury wiążą się z nastawieniem na zaspokajanie najprostszych zapotrzebowań czytelnika i tworzą pozory zupełnej błahości. W tym sensie to literatura dość jednorodna, z założenia raczej obyczajowa i rozrywkowa, pozbawiona ambicji wychodzenia poza stawiane jej oczekiwania, co nie znaczy, że nie bywa eksperymentalna, że nie bawi się treścią i narzuconą przez medium formą, a przez to nie może być dla krytyka czy historyczki literatury interesująca.

Najpowszechniejsze są znane już wszystkim użytkownikom fejsbuka wpisy, które relacjonują jakąś codzienną historię. Jej narratorem staje się w sposób naturalny autor, który z pozoru opowiada tylko, co mu się właśnie przydarzyło. Gdyby nie powtarzające się znamiona stylu, które spróbuję tu pokazać, znajomy piszącego mógłby wcale nie zauważyć – i często nie zauważa – że ma do czynienia z literaturą, czyli językiem świadomie ukształtowanym. Prozatorskie – rzadziej poetyckie – utwory są zwykle z konieczności krótkie, nierzadko dowcipne i zakończone wyrazistą puentą. Tyle oczywistości. Na uwagę zasługuje natomiast bohater tych wpisów – często ktoś spoza łączącej piszącego i czytających wspólnoty: „łysy” spod sklepu, nastolatka z tramwaju albo ojciec czy – pojawiająca się na przykład we wpisach Grzegorza Wysockiego – matka, którzy nie posługują się komputerem. Bohater to, mówiąc krótko, ten, kto nie przeczyta na fejsbuku o samym sobie. Wykluczony z grupy czytelników. Co nie znaczy, że pojawia się w tych fragmentach tylko po to, by zostać wyśmianym.

Dobra fejsbukowa literatura stroni w każdym razie od jednoznacznego kwalifikowania innego jako gorszego czy głupszego. Przeciwnie, przytaczane dialogi świadczą często o niezwykłej mądrości sąsiadów, klientów supermarketów i rodziców, mądrości w typie ludowej albo znacznie mniej oczywistej, nieuchwytnej mądrości kogoś, kto zna tajemnicę, choć sam być może o tym nie wie. Jak pewien „niski, który dotąd milczał – zahukany, niepewny swego pantoflarz” z wpisu Łukasza Najdera z 26 kwietnia 2016, który na widok pustej już beczki po ogórkach rzecze: „To jest bardzo smutne, proszę państwa!”. A my wiemy przecież, że mówi nie tylko o ogórkach, ale o całym naszym marnym tu i teraz. Jedną z odmian fejsbukowego innego bywa również pies. Nagrodzona Gdynią książka Michała Cichego „Zawsze jest dzisiaj” (2014) zaczęła się podobno od zamieszczanych w postach opowieści o spacerach z Myszką. Także we wpisach Adelajdy Truścińskiej, znanej kiedyś jako Adelka Cośtamgówno, wiodącą rolę odgrywa Tekla, która staje się pośredniczką pomiędzy autorką a spotkanymi osobami, a przede wszystkim rewizorką ich głupoty i nieokrzesania.

Autor jest zwykle tylko rewelatorem prawdy wypowiedzianej przez postać, pośrednikiem. Dialogi pozostają tu często bez komentarza, w tym sensie gatunek nosi cechy zdystansowanego reportażu, w którym postawa narratora pozostaje nieujawniona, a dokładniej – skrywa się w samym języku opisu. Tym bardziej ten język zasługuje na szczegółową analizę. We wpisach poetki Barbary Klickiej, które relacjonowały kilka kolejnych pobytów w sanatorium, to właśnie różnicowanie języka poszczególnych postaci – i subtelnej narracji, ślizgającej się na granicy ironii i zamyślenia – budowało jakość literacką z porządku najlepszej literatury uzdrowiskowej.

W alternatywnej wersji wpisów z życia wziętych korowód barwnych postaci zastępuje sama pokręcona, z trudem poddająca się opisowi codzienność. Piszący zwykle pozostaje tylko medium służącym temu, żeby pokazać powtarzalne zwyczaje oraz zaskakujące absurdy świata, drobne sploty dziwacznych okoliczności, które tego właśnie dnia zechciały się połączyć. Tak bywa u Agnieszki Wolny-Hamkało, u której surrealistyczne, oniryczne kolaże obrazów i scenek z codzienności albo ze snu przetykane są wyrazistymi konkretami typu psia kupa. „Wróciliśmy do siebie. Pies śpi, jem kisiel agrestowy. Wszystko przed nami” (5 maja 2016). U Natalii Fiedorczuk surrealistyczne odjazdy łączą się z opowieściami o macierzyństwie i w zderzeniu z aspektem pragmatycznym dają efekt humorystyczny. Jak we wpisie z 14 maja 2017, w którym otaczające dom dziecięce śmieci, wyblakłe ubranka i spleśniały wózek wytwarzają atmosferę rozpadu i przenoszą cały budynek w sferę Schulzowskiego niebytu: „Wewnątrz tamtego domu znajduje się antymateria. Zatacza coraz szersze koła, wpełza w szparę naszych drzwi, stopniowo pożerając wycieraczkę i stojącą przy wejściu roślinę doniczkową”.

Kolejną formą jest fejsbukowy felieton – gatunek idealnie dopasowany do medium, bo ważniejsza niż temat czy styl jest w nim sama osoba autora. Felieton, podobnie jak całego fejsbukowego łola kogoś, kogo folołujemy, czytamy przecież dlatego, że ciekawią nas opinie i żarty właśnie tej osoby. Nie będę się tu zajmować felietonami publicystycznymi, zawierającymi zgrabnie ujętą opinię autora i wypełniającymi wiele profili osób publicznie znanych – aktywnych dziś głównie przecież w mediach społecznościowych public intellectuals – dość powiedzieć, że ich fejsbukowa obecność stała się tak intensywna, że stawia pod znakiem zapytania sensowność felietonu jako gatunku prasowego – skoro wszyscy wypowiedzieli się od razu na fejsie, jaki sens ma publikowanie ich opinii dzień po zdarzeniach?

Jednak fejsbukowe felietony bywają też bardzo podkręcone literacko, i to ten pograniczny gatunek chciałabym umieścić na tworzonej na potrzeby tej analizy liście. Dobry przykład stanowią wpisy folołowanego przez prawie 5 tysięcy osób Piotra Czerskiego, niegdyś autora manifestu „My, dzieci sieci”. Ich tematem bywa komunikacja miejska, pendolino czy pasta do zębów z niewiadomych przyczyn nieobecna w hotelowych zestawach łazienkowych. Pretekstem jest zdarzenie czy obyczaj współczesny, ale wpis nie ogranicza się do relacji, stanowi raczej zapis opinii autora – podkręconej, wycyzelowanej, koniecznie dowcipnej i wyrazistej. Jeden z nowszych statusów, pisanych wiosną 2017 roku, zaczynający się od mocnego zdania – w którym stwierdza się, że „jeżeli chodzi o Polskę, to przede wszystkim należy sobie wyraźnie powiedzieć, że Polski nie ma” – został jednak zamieszczony na blogu i dopiero stamtąd podlinkowany na fejsbuka. Być może ten ruch nie jest bez znaczenia dla historii fejsbukowej literatury, zdawało się przecież ostatnio, że tendencja jest raczej przeciwna – to blogi przenosiły się na fejsbuka, nie odwrotnie. Podobnie wyraziście ustawione felietony zamieszcza także inny zwolennik absurdalnej teorii nieistniejącej Polski, Ziemowit Szczerek, choć równie często popełnia też lajkowane przez setki i tysiące wpisy z gatunku relacji obyczajowych. I także w jego przypadku pojawił się sygnał zmiany, być może schyłku złotego wieku literatury fejsbukowej – mniej więcej od początku 2017 roku częstotliwość tych wpisów wyraźnie spadła.

Poza wpisami relacjami i wpisami felietonami – których przykłady są tu oczywiście bardzo wybiórcze, gwiazd fejsbukowej literatury było w ostatnich latach znacznie więcej – mamy także fragmenty literackie tout court, z których wiele jest wrzucanych na fejsbuka, zanim zostaną opublikowane gdzie indziej. Nie noszą one znamion fejsbukowego stylu i nie są tu dobrym przedmiotem badania. Inaczej rzecz się ma jednak z tymi spośród nich, które powstają specjalnie z myślą o tym medium i jego specyfikę tematyzują, jak wpisy Łukasza Podgórniego na profilu – zwanym „pejem”, od „pejdża” – cichy nabiau. „CZAS POPRACOWAĆ DLA FEJSBUKA JAKIMŚ GUWNIAWAWYM STATUSEM BO KONTENT SIĘ PRZECIEŻ SAM NIE ZROBI”. Kapitaliki są w internecie uważane za rodzaj krzyku, ale w tym przypadku ważniejsza od stopnia nasilenia głosu jest potrzeba uwolnienia się od zasad rządzących medium. Podobnie jak zmiany czcionki czy wplatane w tekst małe obrazki i symbole, stanowi rozpaczliwą – i w tym przypadku nawet udaną – próbę urządzenia sobie łola inaczej niż wszyscy. Jak zobaczymy zaraz, największy wpływ na formę, i pośrednio na nieoddzielną od niej treść wpisów, ma samo medium. Sposoby na uwolnienie się od nudy identycznie wyglądających wpisów zostały już zresztą przez perfidny system wcielone – każdy tyran wie, że musi gdzieś zostawić pozory wolności – od wiosny 2017 na fejsie można publikować krótkie teksty (do 130 znaków) na dobranym dowolnie z szerokiej palety kolorowym tle.

Warunki możliwości

Mniej oczywiste niż same gatunki wpisów są te zasady literatury fejsbukowej, które wiążą ją ze specyficznie ograniczonymi ramami czasu i przestrzeni. Są one zresztą akurat raczej pomocą niż przeszkodą w kształtowaniu się gatunku, działają odświeżająco, podobnie jak wymyślane przez członków grupy Oulipo restrykcje, zasady rozpisywania wersów i zdań, które miały nadać tworzeniu literatury dodatkowy sens. Ograniczenia potęgują językowy wysiłek, zmuszają do ponownego przemyślenia i przerobienia słów i zdań. O ile na początku lat dwutysięcznych ćwiczyliśmy lakoniczność języka, skracając pracowicie wyklikane esemesy ze względów ekonomicznych, o tyle w ostatniej dekadzie potrzeba skracania stała się mniej paląca – niektóre wpisy manifestują nawet wolność długością wykraczającą poza fejsbukowe miary – ale przyzwyczajenie do restrykcji pozostało. Jedną z najbardziej wyrazistych pozostaje konieczna forma mianownika przy tagowaniu osób i instytucji na fejsbuku („wpis opublikowany przez Piotr Czerski”) – co skutkuje wyzuciem polszczyzny z kolejnej po polskich znakach cechy charakterystycznej, ale i tym razem, podobnie jak w przypadku anglicyzmów, stylistyczne błędy tworzą niekiedy efekty wbrew pozorom literacko całkiem interesujące.

Ograniczenie czasu polega przede wszystkim na tym, że w postach relacja odbywa się na żywo – wydarzenia są zwykle opisywane w czasie teraźniejszym albo przeszłym, ale niedalekim, wrzucane zaraz po zalogowaniu się, czyli najpóźniej wieczorem tego samego dnia. Kiedy 4 lipca 2016, po powrocie z urlopu, jeden z najbardziej wyrazistych fejsbukowych autorów Łukasz Najder zamieścił wpis zaczynający się od słów: „Tydzień temu w Białymstoku, dwie”, wyczuwalny był spory zgrzyt – wydarzenia z tak dalekiej, z punktu widzenia tego medium, przeszłości straciły nośność, reporter zaś ujawnił niespodziewaną tajemnicę kuchni: zanim wrzucił, musiał przecież zanotować. Ta historia stała się zresztą początkiem dłuższej serii wpisów oznaczanych na początku datą roczną w nawiasie, przypominanych z poprzednich lat, kiedy autora nie śledziło jeszcze tak wielu czytelników. Folołujący przestali zapewne w końcu zwracać na to uwagę, jednak różnica w mocy słów pisanych „na żywo” i z czasowym opóźnieniem jest bardzo wyraźna. Relacje mają większą wartość, jeśli łapią sploty wydarzeń z tu i teraz. Stare statusy są trochę jak zeszłoroczny śnieg. Ich obecność w fidzie zdaje się kolejnym znakiem końca pewnej ery.

W kontekście czasowego aspektu wpisów warto też zwrócić uwagę, jak utrudnione jest – konieczne między innymi do tej analizy – poruszanie się po fejsbukowym archiwum, odnajdowanie starych treści według chronologicznego porządku. Jedynym narzędziem, które w fejsbukowej codzienności je wydobywa, jest przywoływanie „wspomnień”, zdjęć i wpisów sprzed roku czy dwóch, ale ten mechanizm, podobnie jak wspomniane kolorowe plansze, raczej potwierdza ograniczenie, niż je obala. Nie da się zresztą ukryć, że zanikanie przeszłości bywa procesem bardzo przyjemnym. To w tym także należy zapewne upatrywać popularności młodszej niż fejsbuk aplikacji Snapchat – wysyłane znajomym filmiki znikają natychmiast po wyświetleniu, archiwum, czyli przeszłość, w ogóle nie istnieje. Co za ulga w przeciążonym danymi świecie. Trzeba w każdym razie pamiętać, że analizując tu posty z fejsbuka jako literaturę, układając je w ciągi i próbując wyłowić pewne prawidłowości, postępujemy wbrew samemu medium. Medium mści się zresztą skutecznie, każąc skrolować w nieskończoność, żeby odnaleźć literaturę z zeszłego roku.

Mimo wszystko Łukasz Najder nie zdecydował się przenieść podsłuchanego dialogu z 4 lipca na dzień, w którym powstał wpis, a mógłby to przecież zrobić bez większego trudu – może to oznaczać, że wierność faktom jest w tym gatunku literackim jeszcze ważniejsza niż ich odniesienie do teraźniejszości. Ważny dla reportera kontrakt prawdy – o którym pisał kiedyś na przykład na łamach „Magazynu Świątecznego” Piotr Nesterowicz w odpowiedzi na mój tekst o ruchomej granicy między reportażem a fikcją – zawierany jest tu z czytelnikiem niezależnie od tego, czy chodzi o relację z tramwaju, czy z własnego snu, a jeśli piszący nieco koloryzują, to odbywa się to raczej na poziomie koniecznego dostosowywania języka niż tworzenia faktów. Obok dialogów pojawiają się swoiste didaskalia: lakoniczne określenie miejsca i liczby występujących bohaterów („Tramwaj nr 16, dwóch”) albo miejsca i czasu, przypominające podpis pod zdjęciem czy na początku filmu („Polska, rok 2016”). Najder nawiązuje też w kolejnych postach do poprzednich, zaczynając na przykład od słów: „Albo kiedy jestem w markecie ogólnospożywczym”. Wszystko to razem tworzy opowieść o Zgierzu, gdzie autor mieszka, i o Polsce – najwspółcześniejszą kronikę wydarzeń podpatrzonych i podsłuchanych.

Bohaterem serii postów Julii Szychowiak, które ukazały się także w wydaniu książkowym (WBPiCAK 2016), jest jej ojciec. Bogdan Szychowiak, malarz, nie używa internetu, mimo to stał się „najsłynniejszym ojcem polskiego fejsa”. Równie dobrze mógłby być zmyślonym ojcem, czytelnikom byłoby to obojętne, jednak wszystko wskazuje na to, że Julia Szychowiak także dotrzymuje kontraktu prawdy. Dialogi zostały pewnie podkręcone, ale raczej nie wyssane z palca, potwierdzeniem ich autentyczności jest niedoskonałość konstrukcji, brak wyrazistości niektórych puent, nieoczywistość, która czyni z nich literaturę nie tylko fejsbukową. Choć jedna z czytelniczek w komentarzu na stronie wydawnictwa daje wyraz swojemu rozczarowaniu: „Bardzo się zawiodłam. Historyjki jakby w większości przepisane ze statusów Julii na Facebook i to poczucie marnotrawstwa papieru”. „Przepisane” ze statusów, czyli mniej wartościowe, skopiowane – czytelniczce nie przychodzi do głowy, że statusy były już w tamtej wersji literaturą. Przecież „Facebook” nawet nie chce jej się odmienić przez przypadki.

Pisałam o ramach czasu, jakie wpisom wyznacza specyfika medium. Nie mniej istotne są ramy przestrzenne. I nie ograniczają się one do tego, że wpisy zwykle bywają krótkie – zwłaszcza że, jak wspomniałam, od jakiegoś czasu można też obserwować odwrotną, wydłużającą tendencję, fejsbukowe long ready powstają jakby wbrew przekonaniu, że internet lubi krótkie formy, a być może także ze względu na to, że dłuższy wpis wymaga przekierowania na podstronę, oderwania się na chwilę od wszystkiego, co pozostało jeszcze poza tym do przeskrolowania. Istotna dla warunków przestrzennej możliwości jest także sama fejsbukowa formatka – kolor, szerokość kolumny, proporcje elementów, powtarzalność układu ikonek – która tę przestrzeń wyznacza i wszystkie statusy ujmuje dokładnie w ten sam schemat, ujednolica najróżniejsze treści do tej samej formy. O niebezpiecznie ujednolicającym aspekcie mediów społecznościowych, najpoważniejszej konsekwencji przestrzennych warunków, w jakich się ta komunikacja odbywa, pisała na łamach „Guardiana” Katherine Viner, a w „Dzienniku Opinii” ukazał się komentarz Jakuba Dymka: prawda i kłamstwo wyglądają na fejsbuku tak samo.

Piwko na łączce

Rozmaicie przebiega relacja między wpisami a drukowanymi utworami autorek i autorów. Natalia Fiedorczuk w książce „Jak pokochać centra handlowe” pisze na ten sam temat, ale forma pozostaje bardzo różna: zamiast zbieraniny wpisów z fejsbuka, tradycyjnie ciągła proza; Agnieszka Wolny-Hamkało wydaje książki z wpisami bezpośrednio niezwiązane, ale w jej poezji daje się odczuć podobny, lekko surrealistyczny ton; Łukasz Najder opublikował jakiś czas temu fejsbukowe wpisy, ale nie jako papierową książkę, lecz elektroniczną publikację na Bookrage’u; opowieści Barbary Klickiej, razem ze zrekonstruowanym sanatoryjnym pokoikiem, stały się częścią wystawy „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych” w warszawskim MSN-ie; statusy Szczerka wylądowały w jego felietonach na łamach dwutygodnik.com; Julia Szychowiak z kolei stworzyła z postów wspomniany tomik próz, wydany w WBPiCAK i zatytułowany „Wszystko o moim ojcu”. Powstał także tom z wpisami Łukasza Podgórniego, zatytułowany po prostu „PAMIĘTNE STATUSY”, który kończy się zresztą peanem na cześć bezimiennych bohaterów statusów, omawianych na początku tekstu fejsbukowych „innych”: „WSZYSTKIM TYM LUDZIOM, KTÓRZY NIEŚWIADOMIE DOSTARCZYLI SWOIM ROZMÓWCOM SUROWCA NA CHUJOWE STATUSY ZBUDUJĘ KIEDYŚ POMNIK Z ROZSZERZENIEM PNG”.

Jedna z recenzentek „PAMIĘTNYCH STATUSÓW” zwraca uwagę na przywołany przez autora przy okazji premiery tomiku aspekt, który odróżnia te wpisy w formie fejsbukowej od ich wydrukowanych odpowiedników – drugie można czytać na łączce, popijając piwko. I choć niektórzy uprą się, że równie dobrze można je czytać w tych okolicznościach na smartfonie, to przedstawiciele pokolenia, które tworzą literaturę fejsbukową w ostatniej dekadzie, w każdym razie tego, które tworzy ją w mojej społecznościowej bańce – dobrze wiedzą, że to niezupełnie to samo. Jestem daleka od absurdalnego w samych założeniach stwierdzenia o wyższości druku nad ekranem, a przede wszystkim wyraźnego oddzielania jednego medium od drugiego, być może zresztą rozwój elektronicznego papieru utnie na zawsze ten nudny dylemat. Wychodzi jednak na to, że pewne skrajne literackie przyjemności wciąż wiążą się ze sferą analogową, nawet jeśli dotyczą tak eksperymentalnych form jak wpisy z cichego nabiauu – tym bardziej należy się spodziewać, że styl fejsbukowych wpisów nie pozostanie w obrębie właściwego sobie medium, ale będzie miał coraz większy wpływ na przekształcanie się tradycyjnych form literackich, wchodząc coraz bardziej na ich, wciąż raczej papierowe, pole.

Na razie jednak wspomniane czasowe i przestrzenne warunki ograniczają możliwości statusów – analogicznie jak w przypadku prawdy i kłamstwa, identycznie na fejsbuku wygląda dobrze i źle napisany ciąg zdań, dobra i zła literatura. Jak odróżnić jedną od drugiej? Lajki – kryterium wyraziste, ale z nieco innego porządku – nie wystarczają, bywają często raczej znakiem uwielbienia dla autora, wciąż część czytelników to przecież znajomi. Medium niweluje – i tak znajdujące się w opłakanym stanie, także jeśli chodzi o tradycyjną literaturę – kryteria krytycznej oceny i samą potrzebę ich stosowania. Zarazem jednak fejsbukowe wpisy wykonują dobrą robotę na rzecz bardzo potrzebnego w publicznej rozmowie rozluźnienia ram myślenia o literaturze, a także dla jej upowszechniania. Pokazują mianowicie, że odległość między codziennym słowem, statusem o – dajmy na to – jajku na twardo i parówkach na śniadanie, a wypowiedzią literacką zależy wyłącznie od nadanego kontekstu. „Co słychać?”, pyta medium – odpowiedź na to pytanie może już być literaturą.